Jakoś się człowiek-pijak rozleniwił i zapomniał o blogu – pora nadrabiać zaległości. Nawiedzili go goście z Rosji (w tym rosyjski Ukrainiec), kibicowali swojej drużynie i niestety zawiedli się sromotnie. Czy tak sromotnie jak Polacy? W rankingu UEFA Rosja zajmuje 9 miejsce, a w rankingu FIFA 13 – Polska analogicznie 23 i 62 (Grecja 10 i 15, Czechy 11 i 27). Jeśli ktoś mógł być zaskoczony porażką, to jednak zdecydowanie Rosjanie, a nie my. Za to Rosja wygrała tym razem (jak zawsze zresztą) w reprezentacji alkoholowej. Na stół wjechały najlepsze rosyjskie (a raczej radzieckie, bo także z byłych radzieckich republik) produkty, czyli wódka, brandy i wino musujące. Znany już wcześniej rosyjski czteroletni koniak (zostańmy przy terminologii producenta) Trofiejnyj, charakterystyczna butelka w kształcie piersiówki z napisami „Za pobiedu!” – tym razem raczej ironicznymi; równie dobry pięcioletni mołdawski koniak Biełyj Agat; ukraińskie wytrawne wino musujące Liegienda Kryma wyprodukowane ze szczepu Pinot Franc; no i najważniejsze – czyste wódki zbożowe. Jedna to ukraińska Chortica, druga to wódka Kristall z państwowej moskiewskiej fabryki Kristall, znanej głównie jako producent wódek Stolicznej, Posolskiej i Putinki. Obie wódki mimo, że producent opisuje je jako uzyskane ze spirytusu rektyfikowanego zachowują wyraźny zbożowy smak i zapach – czyli smakują jak zbożowa wypalanka. To zapewne jakiś efekt receptury, bo do wódki ukraińskiej dodano destylat z mięty pieprzowej, a do rosyjskiej zbożowy (oprócz spirytusu rektyfikowanego zbożowego).
Czym człowiek-pijak mógł się zrewanżować? Brak polskich win musujących i koniaków jest zrozumiały, gorzej z wódkami. Nasze wódki czyste są produkowane na wzór skandynawski, to 60 procentowy roztwór wody w spirytusie rektyfikowanym – po prostu pozbawiony smaku, a jeśli niedostatecznie, to zwyczajowa temperatura podania zabija resztki tegoż (wódki rosyjskie pite były w temperaturze pokojowej) . Żeby uniknąć kompromitacji człowiek-pijak podawał wódkę Maximus polecając ją jako fińską. W rzeczywistości jest to produkt polski – tak samo jak wódka Smirnoff (ale tak bezczelny człowiek-pijak już nie był, żeby ją podawać). Niestety w dziedzinie piwa Rosjanie też wygrywają, o czym niedługo, jako że flagowy-koncernowy produkt rosyjski – piwo Baltika – jest dostępny w Polsce.
Co Rosjanie chcieli kupić w polskim sklepie monopolowym? Oczywiście nieboszczyka – śp. Goldwasser. Ale w zamian udało im się nabyć wina gruzińskie –z powodu międzynarodowych waśni kupno owych w Moskwie graniczy z niemożliwością.
To co łączy nasze produkty to nalepka z akcyzą. Rosjanie co prawda też wygrywają, bo mają bardzo solidną nalepką na butelkę, z hologramem, kodem paskowym i zabezpieczeniem przed odklejeniem. Porządek musi być.
sobota, 28 lipca 2012
środa, 20 czerwca 2012
Co pił Søren Kierkegaard?
Jak wiadomo ten duński filozof nie wylewał za kołnierz, człowiek-pijak niestety nie zna szczegółów jego alkoholowego menu. Ale lista klasycznych duńskich specyfików jest chyba dość krótka (a każdy z nich zaczął być produkowany za życia filozofa). Dominuje wiśnia i kminek. Wzmocnione (spirytusem z buraka cukrowego) wino wiśniowe Cherry Kijafa, którego nazwa pochodzi od słów Kirsebær Jacobsen Faaborg („wiśnia” + nazwisko producenta + miejsce produkcji), początek produkcji datowany na rok 1841, obecnie niestety ofiara umiędzynarodowienia biznesu alkoholowego, więc trudno określić czym naprawdę jest Kijafa, na rynku w kilku wersjach (przynajmniej na etykiecie), jedna wskazuje jako miejsce pochodzenia Finlandię, inna Danię, w USA sprzedawana w wersji koszernej (czyli ma znaczek OU, K-star albo jakiś z wielu certyfikatów koszerności), istnieje też wersja porzeczkowa (podobno też brzoskwiniowa i czekoladowa). Na wszystkich dyskretny rysunek z rzygającym ptakiem. Producentem tego wynalazku jest obecnie Pernod Ricard, ale producent skrzętnie skrywa tę informację jak i opis tego, co właściwie produkuje. Wino jest nawet dostępne w Polsce, np. tu (w wyszukiwarce sklepu trzeba wpisać „kijafa”). Niska cena odzwierciedla paskudny smak – człowiek-pijak próbował tego przed laty i nie zamierza powtarzać tego doświadczenia.
Kolejny napój wiśniowy to Heering Cherry Liqueur (zobaczcie co piją panie na obrazku). Bynajmniej nie jest to napój ze śledzia, Peter Heering to wynalazca likieru, a narodził się ten trunek w 1818 roku. Likier ma jedynie dwie odmiany, klasyczną, porzeczkową (24%, butelka 0,7 l kosztuje ok. 155 DKK, 0,35 l = 85 DKK) i kawową (35%, 0,5 l = 130 DKK). Niestety akurat nie był dostępny na lotnisku. To są mainstreamowe produkty, dostępne także poza Danią, ale na miejscu można znaleźć wina i likiery porzeczkowe od mniejszych producentów – prawdopodobnie lepsze.
No i na koniec akvavity – jak to w Skandynawii, są to po prostu kminkówki. Najpopularniejszy chyba producent to Aalberg – także własność Pernod Ricard. Po krótkiej kwerendzie na jego stronie wybór padł na Jubilaeum Akvavit – po pierwsze opis sytuował go na górnej półce, po drugie był leżakowany w beczce, po trzecie w opisie smaku nie wymieniono kminku. Pierwsze się zgadza: akvavity Aalborga kosztują od ok. 75 DKK za butelkę 0,7 l, najtańszy ma nazwę jak nasza historyczna najtańsza wódka – nazywa się „Taffel” – a więc „stołowa”, a od koloru nalepki „Rød Aalborg” – a wiec „z czerwoną kartką”. Kolejne rodzaje drożeją aż do najdroższego Jubilaeum. Ten kosztuje w sieci 145 DKK, a na lotnisku normalnie 150 DKK, ale bywa w promocjach po 99 DKK! Trunek wyprodukowano po raz pierwszy w 1946 roku na stulecie producenta. Smak? Z opisu wynikało, że miał mieć smak kopru (!) i kolendry (!). Okazało się, że to leżakowana w dębie kminkówka, faktycznie z jakimiś kuchenno-ziołowymi posmakami, z lekką słodką nutą, przyjemnie gryząca gardło. Takie mniej słodkie Linie (a jest nawet droższa od Linie, które można kupić za 150 DKK za 1 litr). Tak więc generalnie rozczarowanie, nie da się uciec od kminku, ale w konsumpcji trunek znośny. Z tym, że niewart swojej wysokiej ceny. W Polsce można kupić Aalborg Taffel Akvavit, ale w skandalicznej cenie 89 zł, czyli właśnie tyle, ile kosztuje Jubilaeum Akvavit.
Skaal!
Kolejny napój wiśniowy to Heering Cherry Liqueur (zobaczcie co piją panie na obrazku). Bynajmniej nie jest to napój ze śledzia, Peter Heering to wynalazca likieru, a narodził się ten trunek w 1818 roku. Likier ma jedynie dwie odmiany, klasyczną, porzeczkową (24%, butelka 0,7 l kosztuje ok. 155 DKK, 0,35 l = 85 DKK) i kawową (35%, 0,5 l = 130 DKK). Niestety akurat nie był dostępny na lotnisku. To są mainstreamowe produkty, dostępne także poza Danią, ale na miejscu można znaleźć wina i likiery porzeczkowe od mniejszych producentów – prawdopodobnie lepsze.
No i na koniec akvavity – jak to w Skandynawii, są to po prostu kminkówki. Najpopularniejszy chyba producent to Aalberg – także własność Pernod Ricard. Po krótkiej kwerendzie na jego stronie wybór padł na Jubilaeum Akvavit – po pierwsze opis sytuował go na górnej półce, po drugie był leżakowany w beczce, po trzecie w opisie smaku nie wymieniono kminku. Pierwsze się zgadza: akvavity Aalborga kosztują od ok. 75 DKK za butelkę 0,7 l, najtańszy ma nazwę jak nasza historyczna najtańsza wódka – nazywa się „Taffel” – a więc „stołowa”, a od koloru nalepki „Rød Aalborg” – a wiec „z czerwoną kartką”. Kolejne rodzaje drożeją aż do najdroższego Jubilaeum. Ten kosztuje w sieci 145 DKK, a na lotnisku normalnie 150 DKK, ale bywa w promocjach po 99 DKK! Trunek wyprodukowano po raz pierwszy w 1946 roku na stulecie producenta. Smak? Z opisu wynikało, że miał mieć smak kopru (!) i kolendry (!). Okazało się, że to leżakowana w dębie kminkówka, faktycznie z jakimiś kuchenno-ziołowymi posmakami, z lekką słodką nutą, przyjemnie gryząca gardło. Takie mniej słodkie Linie (a jest nawet droższa od Linie, które można kupić za 150 DKK za 1 litr). Tak więc generalnie rozczarowanie, nie da się uciec od kminku, ale w konsumpcji trunek znośny. Z tym, że niewart swojej wysokiej ceny. W Polsce można kupić Aalborg Taffel Akvavit, ale w skandalicznej cenie 89 zł, czyli właśnie tyle, ile kosztuje Jubilaeum Akvavit.
Skaal!
środa, 6 czerwca 2012
Doniesienia z frontu (1)
Człowiek-pijak rozpoczyna cykl krótkich relacji z frontu sklepowego. Zachęcił go do tego fakt, że odwiedzający jego blog to między innymi guglacze hasła „mcillroy”. A McIllroy House to whisky sprzedawana w niemieckiej sieci Penny Markt. Jak już wspominano na tym blogu, sieć nie należy do najdroższych, tak jak jej klienci nie należą do najbogatszych, w necie nazywa się ich penerami, co kojarzy się też z poznańskim (i nie tylko) określeniem „penerstwo”, „pener”, nie najlepiej oceniającym tymi słowami opisywanych. Penny Markt oprócz Niemiec funkcjonuje też na Węgrzech, w Czechy i Bułgaria, ale nie u nas. Właściciel tej sieci (REWE) posiada sklepy marki Selgros, ale tam chyba tego wynalazku nie ma. Czyżby informacji o cenie tej whisky szukali rodacy zza granicy albo przywróceni ojczyźnie emigranci?
(Przy okazji: gazetki sieci oferujących alkohole – niedostępne w sieci lub dostępne pod warunkiem podania numeru karty klienta – można bez problemu oglądać na stronie okazjum.pl.)
McIllroy House to sieciowy wynalazek z kategorii „whisky do 35 zł z 0,7 l” – zapewne niepijalny. Ale skoro nieosiągalny w kraju, człowiek-pijak przebija tę ofertę propozycją z sieci Simply. To odnoga Carrefoura, takie większe sklepy osiedlowe. Można dostać w nich dwie ciekawe szkockie whisky: River Queen Blended Scotch Whisky oraz Glen Scanlan Blended Scotch Whisky – obie uwiecznione na zdjęciu. A oto ceny i pojemności: River Queen 1,5 l = 64,99 zł (1 l = 43,30 zł), Glen Scanlan 1 l = 53,99 zł (1 l = 54 zł). Tak więc RiverQueen przebija kategorię 07, l za 35 zł (1 l = 50 zł). Jak widać z linków obie pochodzą z Havru, producent (rozlewca?) ma w swojej olbrzymią ofertę alkoholi świata (a może tylko różnych etykiet) – od absyntu do tequili. Z kwerendy w sieci wynika, że poza Polską alkohole tego producenta cieszą się popularnością głównie w Tajlandii.
Obie whisky są nazwane szkockimi, Glen Scanlan ma nawet uściślone miejsce produkcji: Inverness-shire. Problem z tym miejscem jest taki, ze w zasadzie go nie ma. To nazwa historyczna, teraz to część Highland, ale formalnie już nieistniejąca. Bez bicia człowiek-pijak przyznaje się, że butelek nie nabył i nie spróbował, po prostu wie, że to sieciowa podróba whisky, wyprodukowana w Havrze z spirytusu i aromatów. Ale jeśli ktoś się odważy, recenzja mile widziana. Warto dodać, ze temat whisky będzie wracał, bo jak się okazuje to jeden z najbardziej dynamicznych działów spożycia alkoholu w kraju. Ma w ciągu 4 lat wzrosnąć o 50%, podczas gdy wino tylko o 1,6%.
(Przy okazji: gazetki sieci oferujących alkohole – niedostępne w sieci lub dostępne pod warunkiem podania numeru karty klienta – można bez problemu oglądać na stronie okazjum.pl.)
McIllroy House to sieciowy wynalazek z kategorii „whisky do 35 zł z 0,7 l” – zapewne niepijalny. Ale skoro nieosiągalny w kraju, człowiek-pijak przebija tę ofertę propozycją z sieci Simply. To odnoga Carrefoura, takie większe sklepy osiedlowe. Można dostać w nich dwie ciekawe szkockie whisky: River Queen Blended Scotch Whisky oraz Glen Scanlan Blended Scotch Whisky – obie uwiecznione na zdjęciu. A oto ceny i pojemności: River Queen 1,5 l = 64,99 zł (1 l = 43,30 zł), Glen Scanlan 1 l = 53,99 zł (1 l = 54 zł). Tak więc RiverQueen przebija kategorię 07, l za 35 zł (1 l = 50 zł). Jak widać z linków obie pochodzą z Havru, producent (rozlewca?) ma w swojej olbrzymią ofertę alkoholi świata (a może tylko różnych etykiet) – od absyntu do tequili. Z kwerendy w sieci wynika, że poza Polską alkohole tego producenta cieszą się popularnością głównie w Tajlandii.
Obie whisky są nazwane szkockimi, Glen Scanlan ma nawet uściślone miejsce produkcji: Inverness-shire. Problem z tym miejscem jest taki, ze w zasadzie go nie ma. To nazwa historyczna, teraz to część Highland, ale formalnie już nieistniejąca. Bez bicia człowiek-pijak przyznaje się, że butelek nie nabył i nie spróbował, po prostu wie, że to sieciowa podróba whisky, wyprodukowana w Havrze z spirytusu i aromatów. Ale jeśli ktoś się odważy, recenzja mile widziana. Warto dodać, ze temat whisky będzie wracał, bo jak się okazuje to jeden z najbardziej dynamicznych działów spożycia alkoholu w kraju. Ma w ciągu 4 lat wzrosnąć o 50%, podczas gdy wino tylko o 1,6%.
sobota, 26 maja 2012
W poszukiwaniu utraconej ceny (przy jabłkach o polityce społecznej)
Plan był prosty. Kupić w Paryżu butelkę niezłego calvadosa, butelkę niezłego cydru, wypić i opisać. Pobyt krótki, program wizyty gęsty, ale chyba nikomu do głowy nie przyszło, że mogą być z tym jakieś problemy. Optymalne miało być nabycie najtańszego leżakowanego trunku – nazywa się taki „fine” – ma za sobą dwa lub trzy lata w dębowych beczkach. W e-sieci i w Paryżu kosztuje średnio 25 €, w miejscu produkcji można go kupić już za 15 €, czyli za mniej więcej tyle, ile kosztują w sieciach hipermarketów calvadosy nieleżakowane, przykre w smaku, gorzkie, kacogenne (kiedyś testowany był taki na blogu). Ideałem byłoby znalezienie butelki 0,35 l, wtedy wydatek wyniósłby 15 € – ale producenci rzadko leja do innych butelek niż 0,7, choć leja też do dwulitrowych – niestety bez istotnego wpływu na cenę za litr. Starsze trunki, 5-letnie (to wiek najmłodszego składnika), kosztują 30–40 €, 10-15 lat to wydatek ok. 50 €, najwięcej trzeba zapłacić za calvadosy rocznikowe, np. cena przedwojennej butelki z 1939 roku to tysiąc euro.
Polska była po długim majowym weekendzie, ale okazało się, że nie jest to nic nadzwyczajnego w Europie. Francuzi nie mają co prawda święta 3 maja, ale 8 maja świętują zakończenie IIWW. Tak więc rozciągają sobie weekend jak gumę od majtek, otwarte są tylko hipermarketowe sieciówki, a w nich tylko to, czego człowiek-pijak pić już nie chciał. Najpopularniejsza sieć z alkoholami – Nicolas – zamknięta na głucho. Kiedy już nadeszło wielkie otwarcie sklepów, okazało się, że przerwa obiadowa wynosi trzy godziny i z powodu kolizji zi innymi planami z zakupów wyszły nici. Tydzień pracy wynosi obecnie we Francji 35 godzin, zachętą – nieskuteczną – do brania nadgodzin jest nie tylko większa płatność za nie, ale też zwolnienie z podatku dochodowego. Sarkozy podniósł wiek przechodzenia na emeryturę z 60 do 62 lat, Hollande chce go skrócić do 60 lat. Efekt – niezakupiony calvados! Ostatnią szansą zostało lotnisko. Zakupiona została butelka cydru i calvadosa. Przystąpmy do opisu.
Butelka cydru Père Magloire z Pays d’Auge (najważniejszy i najdroższy okręg), kosztuje 6 €, objętość 0,7 l, moc 4,5%, kształt butelki szampański. Po otwarciu czuć natychmiast intensywny zapach dzikich drożdży, smak też jest przez nie zdominowany, nuta jabłkowa na drugim miejscu (raczej skórka niż miąższ), trunek jest bardzo mętny, gorzki, taninowy, nie czuć w nim w ogóle cukru, mocno gazowany. Super! Niestety dość drogi, ale markowe cydry są i po 8 €.
Dla porównania został nabyty w sieci Marks & Spencer cydr Somerset Vintage 2010 firmy Thatchers. Chyba jest jakoś filtrowany, bo płyn jest przezroczysty. Zapach i smak drożdży znacznie słabszy, wyczuwalna słodycz. Gorszy niż francuski, ale też tańszy – kosztuje 8 zł. O dziwo jest to cena podobna do angielskiej, choć ten oferowany obecnie przez producenta jest mocniejszy (7,4%) i młodszy (rocznik 2011), niż ten z M&S (6,6%, 2010). Na etykiecie francuskiego była jedynie informacja, że zawiera siarczyny, na angielskim już jest groźniej: skład to sok jabłkowy z koncentratu, woda, glukoza-fruktoza (to chyba sacharoza?), syrop (jaki?), dwutlenek węgla, kwas jabłkowy, siarczyny, drożdże. Mocno podejrzane, ale to jednak cydr. Teraz można też ocenić opisywany wcześniej wynalazek Somersby (podobieństwo nazwy przypadkowe?) jako napój jabłkowy, niestojący nawet koło cydru, za to koszmarnie przesłodzony. Za to na Somersecie piękna winna akcyza, powód do dumy, jako że jesteśmy jedynym w UE krajem oblepiającym wina (w tym cydry) nalepkami.
Calvados był tylko od jednego producenta – rzeczony Père Magloire, wersja XO (extra old), producent lokuje ją między napojem 12 i 15 letnim. Butelka 0,7 l kosztowała... 50 €. Niestety ten wiek i miejsce produkcji plus marka producenta kosztuje właśnie tyle i nic z tym nie można zrobić. Żeby kupić taniej, trzeba pojechać do Normandii i zwiedzić mniej znane calvadoskie okręgi. Tam 25-letnie calvadosy można kupić za ok. 25 €. A smak? Tu sprawa jest prosta, trunek w tej cenie nie może być zły. Krótko mówiąc: smakował tak jak kosztował. I tak to z powodu lenistwa Francuzów człowiek-pijak jest o jakieś 25 € do tyłu, za to o kolejne doznania smakowe bogatszy. À votre santé!
PS. Gdzie calvados kupić w Polsce? Jest jakiś w Makro za przeszło sto złotych (szczegóły po dawno planowanej wizycie), w sklepach z alkoholami bywają pięciolatki za 199 zł, tu jest 12-latek za 249 zł, tu aż sześć. Ceny wyższe niż w kraju produkcji (to norma), a generalnie destylaty owocowe w Polsce nie cieszą się popularnością, więc wybór niewielki.
Polska była po długim majowym weekendzie, ale okazało się, że nie jest to nic nadzwyczajnego w Europie. Francuzi nie mają co prawda święta 3 maja, ale 8 maja świętują zakończenie IIWW. Tak więc rozciągają sobie weekend jak gumę od majtek, otwarte są tylko hipermarketowe sieciówki, a w nich tylko to, czego człowiek-pijak pić już nie chciał. Najpopularniejsza sieć z alkoholami – Nicolas – zamknięta na głucho. Kiedy już nadeszło wielkie otwarcie sklepów, okazało się, że przerwa obiadowa wynosi trzy godziny i z powodu kolizji zi innymi planami z zakupów wyszły nici. Tydzień pracy wynosi obecnie we Francji 35 godzin, zachętą – nieskuteczną – do brania nadgodzin jest nie tylko większa płatność za nie, ale też zwolnienie z podatku dochodowego. Sarkozy podniósł wiek przechodzenia na emeryturę z 60 do 62 lat, Hollande chce go skrócić do 60 lat. Efekt – niezakupiony calvados! Ostatnią szansą zostało lotnisko. Zakupiona została butelka cydru i calvadosa. Przystąpmy do opisu.
Butelka cydru Père Magloire z Pays d’Auge (najważniejszy i najdroższy okręg), kosztuje 6 €, objętość 0,7 l, moc 4,5%, kształt butelki szampański. Po otwarciu czuć natychmiast intensywny zapach dzikich drożdży, smak też jest przez nie zdominowany, nuta jabłkowa na drugim miejscu (raczej skórka niż miąższ), trunek jest bardzo mętny, gorzki, taninowy, nie czuć w nim w ogóle cukru, mocno gazowany. Super! Niestety dość drogi, ale markowe cydry są i po 8 €.
Dla porównania został nabyty w sieci Marks & Spencer cydr Somerset Vintage 2010 firmy Thatchers. Chyba jest jakoś filtrowany, bo płyn jest przezroczysty. Zapach i smak drożdży znacznie słabszy, wyczuwalna słodycz. Gorszy niż francuski, ale też tańszy – kosztuje 8 zł. O dziwo jest to cena podobna do angielskiej, choć ten oferowany obecnie przez producenta jest mocniejszy (7,4%) i młodszy (rocznik 2011), niż ten z M&S (6,6%, 2010). Na etykiecie francuskiego była jedynie informacja, że zawiera siarczyny, na angielskim już jest groźniej: skład to sok jabłkowy z koncentratu, woda, glukoza-fruktoza (to chyba sacharoza?), syrop (jaki?), dwutlenek węgla, kwas jabłkowy, siarczyny, drożdże. Mocno podejrzane, ale to jednak cydr. Teraz można też ocenić opisywany wcześniej wynalazek Somersby (podobieństwo nazwy przypadkowe?) jako napój jabłkowy, niestojący nawet koło cydru, za to koszmarnie przesłodzony. Za to na Somersecie piękna winna akcyza, powód do dumy, jako że jesteśmy jedynym w UE krajem oblepiającym wina (w tym cydry) nalepkami.
Calvados był tylko od jednego producenta – rzeczony Père Magloire, wersja XO (extra old), producent lokuje ją między napojem 12 i 15 letnim. Butelka 0,7 l kosztowała... 50 €. Niestety ten wiek i miejsce produkcji plus marka producenta kosztuje właśnie tyle i nic z tym nie można zrobić. Żeby kupić taniej, trzeba pojechać do Normandii i zwiedzić mniej znane calvadoskie okręgi. Tam 25-letnie calvadosy można kupić za ok. 25 €. A smak? Tu sprawa jest prosta, trunek w tej cenie nie może być zły. Krótko mówiąc: smakował tak jak kosztował. I tak to z powodu lenistwa Francuzów człowiek-pijak jest o jakieś 25 € do tyłu, za to o kolejne doznania smakowe bogatszy. À votre santé!
PS. Gdzie calvados kupić w Polsce? Jest jakiś w Makro za przeszło sto złotych (szczegóły po dawno planowanej wizycie), w sklepach z alkoholami bywają pięciolatki za 199 zł, tu jest 12-latek za 249 zł, tu aż sześć. Ceny wyższe niż w kraju produkcji (to norma), a generalnie destylaty owocowe w Polsce nie cieszą się popularnością, więc wybór niewielki.
sobota, 12 maja 2012
Haust historii
Człowiek-pijak szuka trunków mocno związanych z historią miejsc, w których powstawały. Trudno o lepszy przykład niż Marskin Ryypyy – fińska wódka, a raczej drink o mocy wódki (40%). Prosząc w fińskim sklepie monopolowym o coś najbardziej fińskiego dostaniecie właśnie to. Nazwa oznacza „marszałkowski drink”. Ów marszałek to Carl Gustaf Mannerheim – wybitny polityk i wojskowy fiński, który dwa razy przetrzepał czerwonym tyłki – raz dławiąc rewolucję w 1918, drugi raz zwyciężając z ZSRS w latach czterdziestych. Ponieważ im bardziej system przesuwa się na lewo, tym większe kłopoty mają ludzie z produkcją i konsumpcją alkoholu, sympatia człowieka-pijaka jest po stronie marszałka.
Mannerheim edukację wojskową odbywał w Rosji, i nabył tam przyzwyczajenia do częstej konsumpcji wódki. Niestety wódka ta była tak złej jakości, że kazał swojemu adiutantowi eksperymentować z różnymi dodatkami, które zabiłyby jej odór. Marskin Ryypyy to efekt tych eksperymentów – choć oryginalny przepis nie jest znany, wiadomo, że jest to mieszanka wódki, wermutu i ginu.
Żołnierze armii carskiej dostawali rację jednego kieliszka wódki dziennie, żeby nie stracić ani kropli nalewali ją sobie do kieliszków z meniskiem wypukłym. Tak też należy spożywać Marskin Ryypyy, co chyba nawet jest napisane na etykiecie: „till bradden fyllt snapsglas” (napisy są dwujęzyczne, cytat pochodzi z języka bardziej zrozumiałego niż fiński).
No i finał – smak. Nie musicie jechać do Finlandii, żeby zorientować się jak to smakuje. Wystarczy zmieszać wódkę z niewielkimi ilościami ginu i wermutu. Efekt porażający. Totalna smakowa porażka. Prawdopodobnie smakuje tak samo w obie strony. Jak widać nauka historii wymaga wyrzeczeń, może stąd tak niewielkie nią zainteresowanie? Kippis!
Mannerheim edukację wojskową odbywał w Rosji, i nabył tam przyzwyczajenia do częstej konsumpcji wódki. Niestety wódka ta była tak złej jakości, że kazał swojemu adiutantowi eksperymentować z różnymi dodatkami, które zabiłyby jej odór. Marskin Ryypyy to efekt tych eksperymentów – choć oryginalny przepis nie jest znany, wiadomo, że jest to mieszanka wódki, wermutu i ginu.
Żołnierze armii carskiej dostawali rację jednego kieliszka wódki dziennie, żeby nie stracić ani kropli nalewali ją sobie do kieliszków z meniskiem wypukłym. Tak też należy spożywać Marskin Ryypyy, co chyba nawet jest napisane na etykiecie: „till bradden fyllt snapsglas” (napisy są dwujęzyczne, cytat pochodzi z języka bardziej zrozumiałego niż fiński).
No i finał – smak. Nie musicie jechać do Finlandii, żeby zorientować się jak to smakuje. Wystarczy zmieszać wódkę z niewielkimi ilościami ginu i wermutu. Efekt porażający. Totalna smakowa porażka. Prawdopodobnie smakuje tak samo w obie strony. Jak widać nauka historii wymaga wyrzeczeń, może stąd tak niewielkie nią zainteresowanie? Kippis!
niedziela, 6 maja 2012
Jak przemienić wino w piwo?
Człowiek-pijak obiecał napisać coś o prawie IIIPRL, ale go ubiegł portal gazeta.pl. Chętni niech sobie przeczytają o problemach z produkcją cydru, a człowiek-pijak wyjaśni tylko, że inspiracją do podjęcia tego tematu było nabycie „apple drink beer” marki Somersby, będącego w rzeczywistości produktem firmy Carlsberg. Otóż Carlsberg sprzedaje ten płyn na świecie jako cydr, ale w Polsce – z powodu wspomnianych przepisów – sprzedaje go jak piwo jabłkowe. Z etykiety wynika, że napój zawiera piwo, ze smaku to akurat w ogóle nie wynika – zero chmielowej nuty. Napój bije na głowę analogiczny wynalazek pt. Redds. Somersby pakowany jest w szkło (0,4 l) lub puszkę (0,5 l), kosztuje od 4 zł w Tesco do 4,80 w sklepikach osiedlowych, zawiera 4,5% alkoholu. W opisie produktu oryginalnego Carlsberg podaje, że zawiera on 15% soku jabłkowego (jak cydr może zawierać 15% soku jabłkowego? czy jest tu mowa o sfermentowanym czy niesfermentowanym soku?), na etykiecie polskiej wersji jest to już 55%. Człowiek-pijak podejrzewa, że oba trunki są identyczne, to są jakieś wyroby cydropodobne, choć w smaku dobrze cydr udające. Tak więc wino, jakim jest w Polsce cydr, stało się piwem. Nie jest to może taki numer jak przemiana wody w wino, ale zawsze jakiś postęp jest.
Czy są w takim razie na rynku polskie cydry? To pytanie już tu kiedyś padło, niestety odpowiedź nie zmieniła się jakoś radykalnie. Browarowi w Łomży cydru nie udało się wystawić na rynek (vide artykuł), cydry (?) nadal produkuje firma z Chociszewa, obecnie nazywająca się H2O*. Niestety zapewne nadal są to rzeczy słabopijalne.
W zalinkowanym artykule wspomina się też o tym, jak prawo IIIPRL sprzyja polskim winiarzom. Efekt jest taki, że legalnych producentów jest dwudziestu, z czego tylko mniejszość sprzedaje wino na rynku, a ono – przy słabej jakości , wynikającej z warunków klimatycznych – kosztuje od 40 zł za butelkę, więc zapewne sprzedaż można policzyć na palcach kilku rąk. Proszę się więc nie dziwić peanom człowieka-pijaka na cześć naszych ustawodawców.
Alternatywą mógłby być rynek win owocowych, ale takich producentów jak na razie człowiek-pijak znalazł... jednego. To firma Vinkon z Konina. Wina są m.in. dostępne w sieci Piotr i Paweł (w dziale z wermutami), w cenie ok. 16 zł za butelkę. Ocena smaku jest trudna, a to z powodu braku materiału do porównania. Człowiek-pijak wie, jak smakują wina owocowe domowej roboty, ale to inna technologia. Pozostaje zupełnie subiektywna ocena – wina są pijalne, jedne lepsze (wiśnia zdecydowanie lepsza od win japońskich), inne gorsze (wino jarzębinowe jest aromatyzowane, i niestety smak jarzębiny ginie w smaku bazy), nie należy się kierować określeniem słodkości, gdyż wino słodkie owocowe jest w smaku dużo bardziej wytrawne niż słodkie gronowe. Może ktoś z czytelników zaryzykuje i podzieli się opinią? Vinkon produkuje też trunki dla odważnych, czyli klasyczne nalewki i alpagi – ale chyba się tego wstydzi, bo informacja na stronie www jest bardzo skąpa.
* Firma H2O na każdej podstronie podkreśla swoje związki z Gminą Żydowską, która dała certyfikat koszerności ich śliwowicy. Otóż butelka tej śliwowicy o mocy 70% jest dostępna w cenie niewiele większej niż 20 zł, to był tak alarmujący sygnał, ze człowiek-pijak jej nie skonsumował, i może tylko współczuć Żydom namówionym na kupno tego wynalazku. H2O weszło też na rynek alkopopów, choć nie wspominają o certyfikacie od miejscowego popa.
Czy są w takim razie na rynku polskie cydry? To pytanie już tu kiedyś padło, niestety odpowiedź nie zmieniła się jakoś radykalnie. Browarowi w Łomży cydru nie udało się wystawić na rynek (vide artykuł), cydry (?) nadal produkuje firma z Chociszewa, obecnie nazywająca się H2O*. Niestety zapewne nadal są to rzeczy słabopijalne.
W zalinkowanym artykule wspomina się też o tym, jak prawo IIIPRL sprzyja polskim winiarzom. Efekt jest taki, że legalnych producentów jest dwudziestu, z czego tylko mniejszość sprzedaje wino na rynku, a ono – przy słabej jakości , wynikającej z warunków klimatycznych – kosztuje od 40 zł za butelkę, więc zapewne sprzedaż można policzyć na palcach kilku rąk. Proszę się więc nie dziwić peanom człowieka-pijaka na cześć naszych ustawodawców.
Alternatywą mógłby być rynek win owocowych, ale takich producentów jak na razie człowiek-pijak znalazł... jednego. To firma Vinkon z Konina. Wina są m.in. dostępne w sieci Piotr i Paweł (w dziale z wermutami), w cenie ok. 16 zł za butelkę. Ocena smaku jest trudna, a to z powodu braku materiału do porównania. Człowiek-pijak wie, jak smakują wina owocowe domowej roboty, ale to inna technologia. Pozostaje zupełnie subiektywna ocena – wina są pijalne, jedne lepsze (wiśnia zdecydowanie lepsza od win japońskich), inne gorsze (wino jarzębinowe jest aromatyzowane, i niestety smak jarzębiny ginie w smaku bazy), nie należy się kierować określeniem słodkości, gdyż wino słodkie owocowe jest w smaku dużo bardziej wytrawne niż słodkie gronowe. Może ktoś z czytelników zaryzykuje i podzieli się opinią? Vinkon produkuje też trunki dla odważnych, czyli klasyczne nalewki i alpagi – ale chyba się tego wstydzi, bo informacja na stronie www jest bardzo skąpa.* Firma H2O na każdej podstronie podkreśla swoje związki z Gminą Żydowską, która dała certyfikat koszerności ich śliwowicy. Otóż butelka tej śliwowicy o mocy 70% jest dostępna w cenie niewiele większej niż 20 zł, to był tak alarmujący sygnał, ze człowiek-pijak jej nie skonsumował, i może tylko współczuć Żydom namówionym na kupno tego wynalazku. H2O weszło też na rynek alkopopów, choć nie wspominają o certyfikacie od miejscowego popa.
piątek, 27 kwietnia 2012
Zapuszkowany (o zawartości toniku w toniku)
Jeden z komentatorów polecał drinki w puszkach z zawartością oryginalnych spirytualiów – tzw. alkopopy lub RTD (rea-dy to drink) – więc człowiek-pijak się wykosztował i kupił sobie trzy. Gordon’s Gin z tonikiem, Jack Daniel’s z colą i tenże z ginger ale. Wpierw uwaga o cenach –puszki kosztowały w Tesco ok. 6 zł, co daje około stu złotych za butelkę alkoholu, a więc dość dużo (piekielnie dużo!). Ale w sklepach, w których kupuje Jarosław Kaczyński, cena za puszkę to 9,60, więc Jack Daniel’s nabiera wartości średniego malta. No to może dodatek był wart tej ceny. Okazuje się, że tonic i cola nie są firmowe, to jakieś totalne zlewki, psują smak całego drinka i czynią go ledwie pijalnym. Prawdopodobnie koszt licencji na Coca-Colę albo tonic Schweppesa był nie do uniesienia przez producentów i wyszło jak wyszło. Dla chętnych najprostsza recepta na świecie – kupujecie Gordon’sa i butelkę tonicu Schweppesa albo Jacka Daniel’sa i butelkę Coca-Coli, mieszacie, ewentualnie trochę lodu i jesteście kilka dych do przodu – plus smak bez niemiłych niespodzianek. Odpowiednik trzeciej puszki można uzyskać dodając klasyczne ginger ale – np. Schweppesa – ale czy są one dostępne w Polsce, człowiek-pijak nie wie.Na puszce z Gordon’sem podana jest cena za zwrot puszki (w skandynawskich koronach). Niestety nie udało się jej wyegzekwować w warszawskim Tesco. W ofercie są jeszcze puszki z wódką Finlandia wymieszaną z sokami owocowymi, których nie będzie tak łatwo uzyskać w sposób naturalny, bo te mieszanki są gazowane, więc nie wystarczy po prostu zmieszać wódkę z sokiem (a raczej napojem). Potrzebny jest jeszcze syfon do wody – na Allegro od 150 zł.
Jak podała prasa te puszkowe wynalazki cieszą się u nas coraz większą popularnością, co zgodne jest z drugim prawem człowieka-pijaka, które brzmi identycznie jak prawo Kopernika-Greshama (oczywiście z zamianą pieniądza na alkohol).
Niealkoholowy dodatek to ważny składnik mieszanki. Weźmy taki tonik. Angielsko-indyjski wynalazek mający ułatwiać przyswojenie chininy, stał się najpopularniejszym dodatkiem do ginu – podobno większość produkcji Schweppesa spożywana jest w ten sposób. Onegdaj główny jego konkurent – coca-colowy tonik Kinleys – zamiast chininy zawierał wyłącznie kwasek cytrynowy i tę różnicę było czuć aż zbyt wyraźnie. Teraz Kinleys dumnie głosi na etykiecie, że chininę posiada – i tak jak Schweppes, nie głosi ile jej posiada. Zgodnie z polskimi przepisami powinno jej być tam zero, bo nie zezwalają one na dodawanie chininy do produktów spożywczych – jej nadmiar działa jak narkotyk, stąd niepokój o nasze zdrowie. Na szczęście Polska jest bardziej krajem lewa niż prawa, więc chinina jest. Na nieszczęście polski konsument woli płyny słodkie i tanie, więc tonik jest jedynym dobrym produktem Schweppesa na naszym rynku, zniknął z niego bitter lemon, nie było chyba nigdy american ginger ale, pozostały za to niepijalny citrus mix oraz słabo pijalny i przesłodzony lemon. Ale nie jesteśmy znowu tak mało wymagający – większość toników Schweppesa sprzedawanych na świecie to właśnie wersja dla niewymagających – wersja brytyjska zawiera tylko 51 g cukru na litr (europejska aż 87 g) i jest zdecydowanie bardziej gorzka (chininowa?). W UK producentem Schweppesa jest Coca-Cola, ale ta sama firma produkuje go np. w Danii i tam jest słodki na modę kontynentalną. A znowuż w Polsce producentem jest Pepsi i jest tak samo słodki jak duński – wiec to nie kwestia producenta, prawdopodobnie wersja z wysp jest najbliższa indyjskiemu oryginałowi.A człowiek-pijak wie to stąd, bo nie miesza trunków z dodatkami, tylko wypija je osobno. Czego i wam życzy.
PS. Człowiek-pijak przeprasza IIIPRL za krytykę, chinina jest dozwolona w produktach spożywczych, ograniczenie dotyczy tylko obowiązku informowania o jej obecności. Przepis, na który powoływał się człowiek-pijak musiał być tak stary jak on, więc śladu po nim w sieci nie ma. Chininę - a dokładnie wodorocośtam chininy - można poznać po świeceniu w promieniach UV. Wystarczy niebieska świetlówka, a wasz tonik będzie iluminował.
PS2. Ale coś jest na rzeczy - też z wiki. Przy okazji zdjęcie świecącego toniku.
PS3. Następny wpis w takim razie będzie pochwałą przepisów IIIPRL. Już wkrótce!
piątek, 20 kwietnia 2012
„Znowu mam doła” (przy wyrzucaniu butelek)
Człowiek-pijak chciałby uszczęśliwić ludzkość informacjami o dobrych cenach na dobre alkohole, ale na razie wyrzucił opróżnione butelki i nie znalazł powodu do dobrych wiadomości. W desperacji pojedzie chyba do dawno nieodwiedzanego Makro (teraz otwarte 24/7!), może tam się coś atrakcyjnego nawinie. Niestety polskie przepisy dotyczące alkoholu napisane były w głębokiej komunie, a że jest to ulubiony okres historyczny obecnych polityków, więc w sieci nie można sprawdzić co wysokoprocentowego (i nisko też) oferują sklepy. Wyjątkiem są internetowe sklepy spożywcze, ale one mają kiepski wybór i zdecydowanie zawyżone ceny. Zresztą to ogólna zasada (siódme prawo człowieka-pijaka): „po wejściu do netu cena butelki wzrasta o co najmniej 20%”.
Sieci takie jak Lidl czy Tesco w ogóle nie umieszczają w internecie pełnej oferty, a przepisy zabraniają reklamowania alkoholu w gazetkach – Tesco obchodzi ten zakaz wysyłając njusleter. Żeby obejrzeć gazetkę Makro trzeba podać numer karty klienta. Dla porównania kraje skandynawskie, robiące wszystko by zniechęcić konsumenta do spożycia alkoholu, w sieci umieszczają pełną ofertę swoich sieci sklepów monopolowych. Na całym świecie w gazetkach Lidla są reklamy alkoholu – tylko w nie w III PRL-u. Co prawda dzięki temu blog człowieka-pijaka ma już średnio dziesięć odsłon dziennie (kiedyś miał tyle miesięcznie), ale gdy spojrzeć na zadawane pytania, to odpowiedź na 90% powinna być jedna – „cena 35 zł, nie nadaje się do picia, lepiej nie wylewać do zlewu”.
Sieci takie jak Lidl czy Tesco w ogóle nie umieszczają w internecie pełnej oferty, a przepisy zabraniają reklamowania alkoholu w gazetkach – Tesco obchodzi ten zakaz wysyłając njusleter. Żeby obejrzeć gazetkę Makro trzeba podać numer karty klienta. Dla porównania kraje skandynawskie, robiące wszystko by zniechęcić konsumenta do spożycia alkoholu, w sieci umieszczają pełną ofertę swoich sieci sklepów monopolowych. Na całym świecie w gazetkach Lidla są reklamy alkoholu – tylko w nie w III PRL-u. Co prawda dzięki temu blog człowieka-pijaka ma już średnio dziesięć odsłon dziennie (kiedyś miał tyle miesięcznie), ale gdy spojrzeć na zadawane pytania, to odpowiedź na 90% powinna być jedna – „cena 35 zł, nie nadaje się do picia, lepiej nie wylewać do zlewu”.
środa, 4 kwietnia 2012
Krótki tekst o kupowaniu (w Kauflandzie i nie tylko)
Zachęcony przez czytelnika człowiek-pijak był już w Kauflandzie i nabył tam 999. Ale się spieszył i obiecał sobie wrócić i kupić żelki firmy Kaufland. No i oczywiście uważniej przyjrzeć się działowi alkoholowemu. Ale zanim tam wrócił, to odwiedził Biedronkę, kupił prosto z kartonu Stocka 84 za 39,99, za to nie kupił win słynnych portugalskich, bo ich tam nie było. A potem wrócił do Kauflandu. A tam niespodzianka. Nie z kartonu, ale prosto z półki 0,7 l Stocka 84 w cenie... 39,99 zł. Do wyboru, do koloru, bo nawet w dwóch wersjach etykietowych: Riserva Vecchia i Riserva Invecchiata. Na czym polega różnica – nie wiadomo, może „vecchia” mówi się na północy Włoch, a „invecchiata” na południu (oba wyrazy znaczą „stara”).
Na półkach sporo trunków (jakieś 100 razy więcej niż w Biedronce), dużo mocnych alkoholi markowych, trochę wynalazków, ale nie dominują w ofercie. Za pierwszym razem rozczarowująca była oferta win musujących, ale widać w Kauflandzie jest spora rotacja na półkach, bo tym razem były wytrawne cava i prosecco w cenach około 25 zł. Dużo różnych dziwnych win – niestety niewiele win niemieckich, co dziwi w niemieckiej sieci. Za to pokaźna półka z winami różowymi – których chyba nikt w Polsce nie pije – robiła wrażenie.
Poprzednim razem zakupione zostały 999, ale produktów litewskiej firmy Stumbras było więcej. Człowiek-pijak wybrał Krupnikas – 29,9 zł za 0,5 l. W porównaniu z polskim produktem jest on mniej słodki, ma dodatki ziołowe, to pewnie one dają lekko miętowy, orzeźwiający posmak. Niestety, tak jak polski odpowiednik, następnego dnia pozostaje efekt ciężkości i zamętu w głowie, coś jak po nadużyciu włoskiego Fernetu czy ryskiego balsamu. Produkty Stumbrasa zresztą są dość dziwne: wśród zwykłych wódek i bitterów jest tam na przykład starka – ale według braci Litwinów jest to „nalewka z liści jabłoni i grusz oraz innego surowca roślinnego”. Nie są to jakieś wybitne trunki, ale można spróbować – choć nie zachęcają do powtórki. Na półkach stoją też wynalazki czeskiej firmy Jelinek, jest nawet cośtam-cośtam tuzemski, czeska broń masowego rażenia (ex rum).
Warszawski Kaufland położony jest na Pradze Północ, sąsiaduje z Rossmanem, w którym jest poszukiwany od dawna dział winiarski. Niestety to są wina, jakie można spotkać w sieciowych marketach, na przykład na półce z winami musującymi są cavy i prosecca, a nie ma sektów. Ale na przykład jest weisser burgunder za 13,99, okazał się pijalny. Generalnie rozczarowanie ofertą.
W międzyczasie wypite zostały wina z Biedronki, białe włoskie było pijalne, ale czerwone hiszpańskie (ceny w okolicy 20 zł) jechały piwnicą (chemią?) i gdyby kosztowały 5 zł to może warto by je kupić. Za to podstawowa cena wina w Marksie i Spencerze urosła do 26 złotych, co czyni ten sklep niekonkurencyjnym chociażby do Kauflandu. Szkoda.
No i była jeszcze wizyta w Realu w poszukiwaniu polecanych tu win krymskich, ale win nie było, ceny tam są absurdalne (Stock 84 w cenie 67 zł za litr, podczas gdy w Kauflandzie kupując 0,7 l płaci się za litr o 10 zł mniej), wybór mizerny, tłok niemiłosierny, a kupujący atakowani są dziwnymi dźwięki z głośników – zapewne jest to podprogowy przekaz mówiący, że warto tu wrócić, bo co prawda jest drogo, ale za to wybór jest kiepski.
Żeby nie było, że człowiek-pijak przestał się poświęcać dla czytelników, kupił i wypił białoruską brandy Kristall, na której producent lojalnie napisał, ze składa się z: „uzdatnianej wody do picia, spirytusu etylowego rektyfikowanego LUX, spirytusu koniakowego starzonego z dębowym ekstraktem taniny i wyczuwalnym smakiem wanilii”. Chyba woda była kiepsko uzdatniona, bo smakowało to jak denaturat z coca-colą. Na etykiecie są dwa adresy www, białoruski kieruje do handlarza diamentami, polski nie istnieje. Jeśli ten wpis okaże się ostatnim, wiecie co zabiło człowieka-pijaka.
Na półkach sporo trunków (jakieś 100 razy więcej niż w Biedronce), dużo mocnych alkoholi markowych, trochę wynalazków, ale nie dominują w ofercie. Za pierwszym razem rozczarowująca była oferta win musujących, ale widać w Kauflandzie jest spora rotacja na półkach, bo tym razem były wytrawne cava i prosecco w cenach około 25 zł. Dużo różnych dziwnych win – niestety niewiele win niemieckich, co dziwi w niemieckiej sieci. Za to pokaźna półka z winami różowymi – których chyba nikt w Polsce nie pije – robiła wrażenie.
Poprzednim razem zakupione zostały 999, ale produktów litewskiej firmy Stumbras było więcej. Człowiek-pijak wybrał Krupnikas – 29,9 zł za 0,5 l. W porównaniu z polskim produktem jest on mniej słodki, ma dodatki ziołowe, to pewnie one dają lekko miętowy, orzeźwiający posmak. Niestety, tak jak polski odpowiednik, następnego dnia pozostaje efekt ciężkości i zamętu w głowie, coś jak po nadużyciu włoskiego Fernetu czy ryskiego balsamu. Produkty Stumbrasa zresztą są dość dziwne: wśród zwykłych wódek i bitterów jest tam na przykład starka – ale według braci Litwinów jest to „nalewka z liści jabłoni i grusz oraz innego surowca roślinnego”. Nie są to jakieś wybitne trunki, ale można spróbować – choć nie zachęcają do powtórki. Na półkach stoją też wynalazki czeskiej firmy Jelinek, jest nawet cośtam-cośtam tuzemski, czeska broń masowego rażenia (ex rum).
Warszawski Kaufland położony jest na Pradze Północ, sąsiaduje z Rossmanem, w którym jest poszukiwany od dawna dział winiarski. Niestety to są wina, jakie można spotkać w sieciowych marketach, na przykład na półce z winami musującymi są cavy i prosecca, a nie ma sektów. Ale na przykład jest weisser burgunder za 13,99, okazał się pijalny. Generalnie rozczarowanie ofertą.
W międzyczasie wypite zostały wina z Biedronki, białe włoskie było pijalne, ale czerwone hiszpańskie (ceny w okolicy 20 zł) jechały piwnicą (chemią?) i gdyby kosztowały 5 zł to może warto by je kupić. Za to podstawowa cena wina w Marksie i Spencerze urosła do 26 złotych, co czyni ten sklep niekonkurencyjnym chociażby do Kauflandu. Szkoda.
No i była jeszcze wizyta w Realu w poszukiwaniu polecanych tu win krymskich, ale win nie było, ceny tam są absurdalne (Stock 84 w cenie 67 zł za litr, podczas gdy w Kauflandzie kupując 0,7 l płaci się za litr o 10 zł mniej), wybór mizerny, tłok niemiłosierny, a kupujący atakowani są dziwnymi dźwięki z głośników – zapewne jest to podprogowy przekaz mówiący, że warto tu wrócić, bo co prawda jest drogo, ale za to wybór jest kiepski.
Żeby nie było, że człowiek-pijak przestał się poświęcać dla czytelników, kupił i wypił białoruską brandy Kristall, na której producent lojalnie napisał, ze składa się z: „uzdatnianej wody do picia, spirytusu etylowego rektyfikowanego LUX, spirytusu koniakowego starzonego z dębowym ekstraktem taniny i wyczuwalnym smakiem wanilii”. Chyba woda była kiepsko uzdatniona, bo smakowało to jak denaturat z coca-colą. Na etykiecie są dwa adresy www, białoruski kieruje do handlarza diamentami, polski nie istnieje. Jeśli ten wpis okaże się ostatnim, wiecie co zabiło człowieka-pijaka.
czwartek, 29 marca 2012
Niemcy nas biją! Dygresje o bourbonie z Leedla
Człowiek-pijak jeszcze raz chciałby podziękować internautom, którzy poparli go w sporze z fanami „bourbona” z Leedla. Ale niestety człowiek-pijak niewiele ma do napisania o whisky – dobra whisky nie jest jego domeną, bo nie ma dobrej whisky za niewielkie pieniądze. Za niewielkie pieniądze można kupić złą whisky, i o tym między innymi jest ten blog. Dziś na celowniku Tesco. Pojawił się tam bourbon Tesco, wyprodukowany w USA i rozlewany w Niemczech. Tyle etykieta. No i jeszcze czas leżakowania – trzy lata. Teoretycznie taki bourbon może być nazwany „straight”, ale producent nie zaryzykował. Cena – legendarne 35 zł. Na półce stoi obok opisywanego już przez kolegów-pijaków Blue Barrel (cena nieco wyższa, 40 zł, pewnie przecenią). Na najniższej półce whisky „no name” Tesco – 0,7 litra za 30 zł (czyli litr za 40)! To zapewne napój nienajlepiej wchłanialny – może ktoś coś o tym napisze. Ale na półce z promocjami Lawsons za... 50zł! Czyli zakup za 30 zł był dobrą okazją, a cena lokuje Lawsonsa na półce wyższej niż leedlowskie wynalazki (nie wspominając o smaku, ale ta kwestia jest oczywiście subiektywna).
Co polecić w zamian? Na przykład Black and White. Whisky z recepturą z XIX wieku, dla niewymagających, lecz zdecydowanie pijalna. Cena 38 zł – np. w Carrefourze.
Większość opisywanych złych whisky przeszła przez niemieckie ręce, ale trzeba oddać Niemcom, że mają dobre przepisy nakazujące podawać na etykietach dodatki do trunków. I tak człowiek-pijak zdębiał widząc, że 18-letni Laphroaig ma „farbstoff” (whisky bardzo dobra, ale bardzo droga, więc niepolecana). Ale tylko ten sprzedawany w Niemczech (i Danii) – na oryginalnych angielskich etykietach dodrukowano w obu językach informacje o karmelu. Po co karmel w 18-letniej malt whisky?! Ten temat nurtuje znawców-amatorów w sieci od dawna – i od dawna nie jest do końca wyjaśniony. Rozwiązanie może jest tu – ale nie zachęca ono do przepłacania za Laphroaiga. Talisker kupiony w Niemczech nie ma takiej adnotacji, więc kupujcie Taliskera! W Tesco za niecałe dwieście złotych.
PS. Nota degustacyjna i ciąg dalszy tu.
Co polecić w zamian? Na przykład Black and White. Whisky z recepturą z XIX wieku, dla niewymagających, lecz zdecydowanie pijalna. Cena 38 zł – np. w Carrefourze.
Większość opisywanych złych whisky przeszła przez niemieckie ręce, ale trzeba oddać Niemcom, że mają dobre przepisy nakazujące podawać na etykietach dodatki do trunków. I tak człowiek-pijak zdębiał widząc, że 18-letni Laphroaig ma „farbstoff” (whisky bardzo dobra, ale bardzo droga, więc niepolecana). Ale tylko ten sprzedawany w Niemczech (i Danii) – na oryginalnych angielskich etykietach dodrukowano w obu językach informacje o karmelu. Po co karmel w 18-letniej malt whisky?! Ten temat nurtuje znawców-amatorów w sieci od dawna – i od dawna nie jest do końca wyjaśniony. Rozwiązanie może jest tu – ale nie zachęca ono do przepłacania za Laphroaiga. Talisker kupiony w Niemczech nie ma takiej adnotacji, więc kupujcie Taliskera! W Tesco za niecałe dwieście złotych.
PS. Nota degustacyjna i ciąg dalszy tu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








