Czy polski nabywca będzie kiedyś mógł bez problemów nabywać polskie trunki pochodzące od rodzimych rzemieślniczych producentów? Ależ oczywiście, jak tylko skończy się w Polsce komunizm. Bo niczym innym nie można nazwać obecne obowiązywanie przepisów stworzonych w czasach PRL. Zawsze można się pocieszyć, że fani tytoniu mają gorzej – oni za niezarejestrowaną hodowlę jednego krzaka tytoniu pójdą siedzieć na rok, bo takie kary przewidziane są w obowiązującym dziś „Dekrecie z dnia 24 czerwca 1953 roku o uprawie tytoniu i wytwarzaniu wyrobów tytoniowych”. Paradoksalnie dużo łatwiej jest legalnie sprzedać nieletniemu narkotyk w postaci dopalacza niż wyprodukować sto litrów cydru w celu sprzedania ich turyście odwiedzającemu gospodarstwo sadownika. Pisałem już o tym przy okazji cydru wareckiego, który jest produkowany, podawany i sprzedawany zupełnie po partyzancku. Ale pojawił się w tym roku kolejny cydr wyprodukowany zupełnie legalnie i sprzedawany tak samo. Cydr Ignaców dostępny jest w kilku sklepach w Warszawie, Krakowie i Poznaniu, liczba tych miejsc codziennie rośnie, a sam cydr doczekał się licznych tekstów w prasie papierowej i w internecie – wyguglajcie sobie więc szczegółowe informacje sami, zwracając uwagę na to, jakie przepisy o produkcji cydru i zmianie wysokości podatku akcyzowego ułatwiły jego produkcję, a jakie inne – z korzeniami głęboko w PRL – nadal je utrudniają. Efektem jednego z nich są śliczne banderole akcyzowe na każdej buteleczce – przypominam, ze oprócz GB jesteśmy jedynym krajem w UE, każącym je naklejać producentom i importerom alkoholi. Cydr jest wytrawny, z wyraźną goryczką skórki jabłkowej. Niestety cena 9–9,5 zł za butelkę 0,275 l jest zaporowa. Cydr litewski w półlitrowych puszkach kosztuje 5,50 w sieci Tesco, a jego jakość nie jest znowuż taka gorsza niż Ignacowa. Na rynku znalazłem jeszcze legalny cydr od producenta win owocowych z Konina, ale ten jest tylko rozlewany z nalewaków i dostępny na razie w lokalach w Poznaniu, Warszawie i Krakowie. Kosztuje 17 zł za litr, jest słodki, bardziej przypomina sok jabłkowy lub quasi-cydr Sommersby. Tu opis i nota degustacyjna. Polskim cydrom przybywa za to konkurencja ze wschodu. Na rynku pojawił się cydr Royal z Ukrainy wyprodukowany przez Royal Fruit Garden. Oprócz cydru jabłkowego jest jeszcze gruszkowy i cydry z dodatkiem smaków innych owoców. Butelka 0,33 l kosztuje ok. 6 zł, a co najważniejsze – to bardzo dobry cydr. Lepszy nawet niż ten z Ignacowa – a tańszy. Jeśli chodzi o cydry o smakach owocowych to polskim producentem jest H2O, produkt nazywa się Joker, jak wszystkie produkty H2O ma certyfikat koszerności, niestety jak wszystkie ich produkty jest po prostu niesmaczny. Ich bazowy cydr nie jest dobry, a dodatki smakowe nie smakują jak naturalne. Przetestowałem coś co chyba było truskawką, nie polecam. Ale mają ładną butelkę, rynkowej ceny nie znam, znowu kupiłem jakiś przeceniony egzemplarz. I znowu jest konkurencja ze wschodu, smakowe cydry Kiss z Estonii. Puszka 0,5 l kosztuje 6,50 zł, smakuje tak jak produkt H2O – smakowe nieporozumienie. Dystrybutorem jest Kamron, firma, która wprowadziła na nasz rynek całkiem niezłe cydry litewskie. A jak się mają producenci polskich win gronowych? Jest ich już wielu, listę można przeczytać na zacnej stronie Vinisfera. Ale sprzedaje niewielu, przepisy oczywiście nie sprzyjają. Dla porównania Czesi nawet znieśli akcyzę na wino, żeby wesprzeć swoich producentów – efektem co prawda jest wykupywanie tanich win hiszpańskich i włoskich. Za największego producenta podaje się winnica Zbrodzice, wytwórca wina Herbowego – czerwonego ze szczepu regent i białego z solarisa. To chyba jedyny producent, który przebił się do sprzedaży sieciowej – wina dostępne są w sieci Fresh Market, a mają być w Żabkach. Co prawda powstaje pytanie, jak na dwóch hektarach można wyprodukować tyle wina (a jest go tak dużo, że producent butelkuje je we Włoszech), ale to już temat dla portali winiarskich (plotkarskich?). Polityka cenowa producenta to strzał w stopę – na swojej stronie oferuje butelkę za 50 zł, na szczęście we Fresh Markecie wino kosztuje tylko 35 zł (choć to „tylko” jak dla mnie to jednak „aż”) – czyli winnica bazuje na jakiejś niebotycznej marzy. A jak wino smakuje? Zadziwiająco dobrze – zarówno czerwone jak i białe. Nie znałem wcześniej tych szczepów, oba mi odpowiadały. Niestety za te cenę nie mogę ich kupować.
Na koniec rada dla młodych – jeśli chcecie konsumować produkty lokalnych producentów alkoholi, jest na to prosty sposób. Wystarczy wyemigrować. Czego wam i sobie życzę.
Grudniowa grypa zaczęła mijać w styczniu, ale za to w lutym przytrafiło się zapalenie zatok – no i mamy trzeci miesiąc z zerowym lub mocno ograniczonym zmysłem smaku. Przeróżne alkohole odłożone zostały na półkę i czekają aż smak wróci. Tu co prawda nie uprawia się notek smakowych, notki są dla smakoszy, a nie dla pijaków, ale jednak czasami brak takiego opisu czyni cały wpis bezużytecznym. Więc dziś polecimy nie w jakość, ale w ilość. Pojawiają się na naszym rynku winiarskim tzw. BIB-y, czyli bag-in-boxy. To kartonowe opakowania zawierające plastikowy worek o pojemności od 3 do 10 litrów wypełniony winem, które rozlewa się przez plastikowy kranik (ta sama konstrukcja co przy świeżych sokach owocowych z kartonów). W worku nie ma powietrza, przy nalewaniu wina nie dostaje się ono do niego, wiec po pierwszym nalaniu można wino przetrzymywać w kartonie jeszcze przez dwa tygodnie. Wino od momentu rozlania do toreb nie ulega zepsuciu przez około rok, choć w przypadku białych należy ten okres zmniejszyć o połowę. Opakowanie jest ekologiczne, karton nie jest impregnowany, tak więc zamiast kilku butelek, które wylądują na wysypisku, wyląduje tam kawałek kartonu i elementy plastikowe. Z oczywistych powodów wino nie będzie korkowe, trzeba też pamiętać o oszczędności na korkociągu – hardcore’owi wyznawcy boxów w ogóle go nie potrzebują! Największa oszczędność może jednak być na cenie, gdyż standardowa cena boxu o pojemności 3 l (odpowiednik czterech butelek) to okolice 60 zł (nie tylko w Polsce), co daje znakomity wynik za butelkę. Te same wina dostępne w szkle są o około 100% droższe. Zdarzają się droższe wina w kartonie – w sklepie Mielżyńskiego wyczaiłem kartony po 200 zł, a przy nich dumna informacja, że kupując karton w stosunku do czterech butelek oszczędza się 4 zł. To oczywiście wali na łeb cały pomysł marketingowy, bo przy tej samej cenie każdy przy zdrowych zmysłach wybierze butelkę – i to jedną. Dlaczego? Bo minusem kartonu jest nieznajomość zawartości i związane z tym ryzyko kupienia 3 litrów płynu do mycia naczyń. Jak się uchronić przed pomyłką? Pytać czy wino z kartonu jest dostępne też w butelce – i wpierw ją kupić, dopiero potem ewentualnie cały box. Ale musi to być identyczne wino! Taki przypadek znam na razie jeden. Drugie rozwiązanie to czytanie blogów konsumenckich – w tym mojego. Dziś przegląd pięciu boxów z winami z Półwyspu Iberyjskiego. Cztery zakupione w sklepie Marka Kondrata w cenie 49 – 57 zł. Trzy czerwone, z czego dwa to hiszpańskie stołowe: tempranillo i tempranillo z czymś tam, oraz jedno portugalskie DOC Douro, mieszanka touriga nacional, tinta roriz i touriga franca. Tylko to trzecie ma firmowy karton, z opisami i dobrym wzornictwem. I na jakie byście stawiali? Oczywiście na to trzecie (prawy słupek, góra). A więc trzecie było niepijalne, albo się popsuło, albo producent traktuje karton jak spluwaczkę. Tragedia, wypicie kieliszka skutkuje odruchem wymiotnym. Wino w lewym słupku na dole (oryginalne box był tak fatalnie zaprojektowany, że importer musiał go wymienić na ogólnowojskowy z napisem „wino” w wielu językach) niewiele lepsze, broni się tylko wino dolne w prawym słupku – Campor Toro z winnicy Campos de Enanzo. Czwarte wino od Kondrata, białe verdejo (zielony box), pijalne, to nie to co lubię z białych win, ale w letniej porze dobry sikacz. Poza tym w ofercie kondratowych boxów są dwa wina francuskie stołowe, białe i czerwone, pijalne (cena 65 zł). Gdzie wiec kupić dobre wino w kartonie? Nomen omen w sieci Dobre Wina. Hiszpańska garnacha z winnicy Evohe, małego producenta kilku win, ale firma wygląda na rozwojową, właśnie wprowadzili do oferty tempranillo. Ich wino to Vino de la tierra del Bajo Aragon, a więc coś więcej niż zwykłe wino stołowe, skromne ale ładne wzornictwo kartonu, odpowiednik butelkowy kosztuje 36 zł, karton zaledwie 60 zł. W tej cenie naprawdę niezły napój. Reszty boxów od Dobrych Win nie kupujcie. Mowa była o kartonach 3 litrowych, najpopularniejszych w Polsce, ale kartony mogą być większe, na polskim rynku działa dystrybutor włoskich win w kartonach 10-litrowych. Wyobraźcie sobie przestrzelić taki zakup – 10 litrów octu winnego do wypicia!
Od dłuższego czasu człowiek-pijak nie opublikował żadnej notki, a przyczyny tego była aż dwie. Fatalna grypa, która oprócz zwykłych objawów (40-stopniowa gorączka itp.) dała jeszcze 100% utratę smaku. Alkohol albo nie smakował w ogóle, albo smakował absurdalnie – pomijając fakt, że przy takiej gorączce picie go po prostu nie miało sensu, reakcja wyprzedzała bodziec. Druga przyczyna też wiąże się z sensem, ale umieszczona zostanie w post-scriptum. Dwa razy do roku w Lyonie odbywają się Targi Winiarzy Niezależnych (targi te kroczą przez okrągły rok przez całą Francję). O winie jednak nie będziemy tu pisać, każdy kto się tym płynem interesuje, wie, gdzie w sieci znaleźć strony mu poświecone. Oprócz wina wystawiają się na tych targach nieliczni producenci koniaków, brandy, armaniaków, calvadosów itp. Napitku braci Lumiere nie było, ale był sprzedawca calvadosów z głównego regionu Pays d’Auge – firma La Pere Jules. Z przyczyn finansowo-badawczych tym razem padło na najmłodszy produkt, calvados 3-letni. Butelka 0,7 (41%) kosztowała 30EUR – niemało, niestety trunki z tego regionu zazwyczaj są najdroższe. Producent oferuje jeszcze calvadosy 10, 20 i 40-letnie. Degustacja mocno rozczarowała – zapach mocno jabłkowy, gryzący, taki sam smak, silna skórka jabłka, gorycz, mocno piecze w gardle, beczka w zasadzie niewyczuwalna. Jak jabłkowy bimber, a nie leżakowany destylat z cydru. To nie jest już hipermarketowy calvados wyprodukowany dzień wcześniej, niestety niewiele jeszcze ma wspólnego z calvadosami dłużej leżakowanymi. Może producent czyni jakiś błąd w sztuce, ale dlaczego on musi tyle kosztować nabywcę? W każdym razie solidne rozczarowanie, butelka została opróżniona, ale bez żadnej smakowej satysfakcji. Wróćmy do tytułowego pytania. Otóż wielkiego wynalazku dokonali właśnie w Lyonie – tu nakręcili pierwszy na świecie film. Wszyscy zainteresowani mogą obejrzeć muzeum im poświęcone, mieszczące się w ich domu. Szukając napitku, który mogliby spożywać, wybrałem likier zakonu kartuzów – Chartreuse. To chyba najsłynniejszy mocny alkohol produkowany w regionie Rhône-Alpes, którego największym miastem i siedzibą władz jest właśnie Lyon. Obecnie produkuje się go w Voiron w departament Isère – warto przypomnieć, że polsko-czeska rzeka Izera ma to samo pochodzenie nazwy: od celtyckiego „isirás”, czyli „bystry”. Chartreuse to likier ziołowy z pięćsetletnią historią i utajnioną recepturą, do którego produkcji używa się ponoć 130 ziół i roślin, leżakowany w dębowych beczkach przez osiem lat. Ma kilka odmian, chyba najbardziej klasyczna jest zielona o mocy 55%, w butelkach 0,35 i 0,7 l. Na miejscu większa butelka kosztuje 30EUR, w sieci Nicolas 35EUR. Po otwarciu uderzenie intensywnego, nieskomplikowanego, odrzucającego mocą alkoholu zapachu przypominającego... Becherowkę. W zasadzie już na tym etapie można zwątpić w pięćset lat zakonnej tradycji – ewentualnie uznać, że przez te 500 lat faktycznie nic nie zmieniono w recepturze, a że wtedy uważano ten trunek za lek, to o smaku lekarstw się nie dyskutuje. Problem w tym, że nawet mocno apteczne włoskie amaro urzekają skomplikowanością zapachu, a ten jest jednowymiarowy jak właśnie Becherowka. Czy smak uratuje renomę marki? Niestety tu jest gorzej, bo trunek się smakowo rozjeżdża, te 55% czuć bardzo wyraźnie, alkohol pali w gardle, słodycz jest nadmierna, smak za to jest prościutki jak syrop pini. Drugie lyońskie rozczarowanie. Nie bez powodu na kontretykiecie nic specjalnego nie ma o pochodzeniu likieru, za to dominują propozycje koktajli. Skoro degustacje się nie udały, zapraszam do lektury post-scriptumów.
PS1. Zacznijmy od dobrych wiadomości. Lokalne przepisy krajowe dotyczące whisky szkockich i irlandzkich ograniczają możliwość używania tych nazw do napojów wyprodukowanych wyłącznie w tych krajach. Moje podejrzenia, że w UE można je robić gdzie indziej, należy stanowczo odrzucić. Ostatecznie przekonało mnie to, iż napis na szkockiej whisky „Label 5” informujący, że jest o produkt francuski, stoi w sprzeczności z miejscem produkcji, czyli gorzelnią Glen Moray, zlokalizowaną w Elgin w regionie Speyside. Gorzelnia jest własnością francuskiej firmy La Martiniquaise i produkuje się tam też zacne malty. Jak wspomniał już pewien komentator, „Label 5” jest bardzo popularną whisky – we Francji może i najpopularniejszą. Jak wspomniałem już ja, jej wersja najtańsza może służyć najwyżej jako odwaniacz w toaletach, pod warunkiem umieszczenia na niej zakazu spożycia. Zresztą nadal podejrzewam, że ci Francuzi cos tak kombinują z destylatami wyprodukowanymi we Francji, ale są to nieuzasadnione podejrzenia, zapewne przejaw jakiejś fobii. Niezgadzających się z ta opinią serdecznie pozdrawiam.
PS2. Wiadomości średnie. Normalizacja postępuje, pracownicy PARPA (Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych) wytrzeźwieli i przypomnieli sobie, że przepisy IIPRL nie przewidują istnienia internetu, więc sprzedaż alkoholu tą drogą jest nielegalna. Są już pierwsze ofiary, internetowy sklep Tesco wycofał alkohol z oferty, czekamy na następnych. Zakazana jest też reklama alkoholu poza miejscem sprzedaży, są pierwsze efekty, sieć Makro z gazetek prezentowanych w internecie wycofała informacje o alkoholach, zastępując je napisem „Ofertę alkoholi znajdziesz teraz w stoisku alkoholowym”. To kolejne kroki w dobrym kierunku – zakazu spożycia alkoholu połączonym z nakazem zapłacenia odpowiedniej akcyzy.
PS3. Wiadomości złe – ale tylko dla autora bloga. Statystyki gugla są lekko przerażające – odwiedzający to miejsce najczęściej szukają informacji o whisky Mc-coś-tam – niedostępnej w Polsce, markowym produkcie sieci Penny-coś-tam, wykorzystywanym przez Niemców w tajnym programie eksterminacji nizin społecznych i imigrantów z Polski. O palmę pierwszeństwa nadal walczy bourbon z Leedla, ślady tej walki widoczne są w komentarzach, moja sugestia, że są na świecie zwyrodnialcy, tacy jak ja, którym to coś może nie smakować, spotkały się ze stanowczym odrzuceniem – trunki z Leedla tylko przypadkowo są tanie, nieprzypadkowo zaś są co najmniej pijalne, a w zasadzie niezłe. To nie jest blog znawcy z notkami smakowymi (polecam Milerpije, strona się rozwija, prawie codziennie nowe ciekawe wpisy), to są moje osobiste i subiektywne uwagi o przeróżnych kwestiach związanych z alkoholami – smakiem, ceną, dostępnością, historią itp. Rozumiem, że jak widać z PS2, są problemy ze zdobyciem informacji w sieci, ale doradzam po prostu spacer do sklepu, wydanie tych 35 zł i konsumpcję. A potem są dwa wyjścia – albo było niedobre i szukamy dalej, albo było dobre i jesteśmy szczęśliwi z udanego zakupu. Żaden z tych scenariuszy nie przewiduje mojego udziału. Postanowiłem zmienić tak treść niektórych starych wpisów (a raczej niektórych wyrazów w nich), żeby gugiel nie mylił mnie z gazetką Leedla. Ciekawostka: w okresie przedświątecznym sieć ta oferowała Lexibook TV Games Console za 129 zł. To dobra alternatywa dla markowych konsol za tysiące złotych. Ma tylko jedną wadę – jakość gier porównywalna jest z ZX Spectrum odtwarzającym je z kaset magnetofonowych. To oczywiste, że ludzie szukają dobrego produktu za niską cenę – ale czy jest oczywiste szukanie nowego Opla Astry w cenie używanego Cinquecento? Czy jest rozsądne szukanie dobrej whisky w cenie destylatu z ziemniaka? Narażę się ponownie, ale stwierdzę kategorycznie – doświadczenie podpowiada mi, że w cenie destylatu z ziemniaka można dostać coś o jakości destylatu z ziemniaka. Zdarzyć się może, że ktoś będzie chciał proponować światu destylat z ziemniaka w zawyżonej cenie, ale odwrotnie raczej nie. Chyba, że mamy do czynienia z celowym obniżeniem ceny w celach promocyjnych lub pozbycia się zapasów. Tak więc – bezsensownym dyskusjom o wyższości taniego nad droższym mówię gromkie NIE! A w każdym razie NIE TU! Jeśli ktoś przyjdzie tu jojczeć, że go uraziłem, ośmieszając najlepsze co wypił w życiu, to ja mu od razu odpowiadam: „Ты кто такой? Давай, до свидания!”.
Pozostając przy tematyce botanicznej człowiek-pijak napisze dziś o mircie. Całoroczny krzew osiągający wielkość małego 5-metrowego drzewa, pokryty zielonymi liśćmi, białymi kwiatami i podobnymi do naszych leśnych borówek ciemnoniebieskimi jagodami, rośnie na południu Europy i w północnej Afryce. Roślina od wieków wykorzystywana była do celów leczniczych (wspominał o niej Hipokrates czy Galen), leczono nią infekcje dróg oddechowych, do dziś używa się w tym celu olejku mirtowego. Mirt nie ma w zasadzie wartości odżywczych, używa się go głównie jako rośliny ozdobnej, w tej postaci można go spotkać także w Polsce, duże okazy najłatwiej znaleźć w ogrodach botanicznych, małe można samemu uprawiać w doniczkach. Najciekawsze jest jednak wykorzystanie mirtu jako rośliny symbolicznej. W mitologiach antycznych był rośliną poświęcona bogini Wenerze, Afrodycie, Demeter, – a wiec boginiom miłości i płodności. W kulturach Morza Śródziemnego mirt symbolizował miłość i nieśmiertelność. Jeśli któryś z czytelników świętuje Święto Szałasów, to wie, że nie obejdzie się bez gałązki mirtowej, będącej częścią lulawu ("Idźcie w góry i przynieście gałęzie oliwne, gałęzie sosnowe, gałęzie mirtowe, gałęzie palmowe i gałęzie innych drzew liściastych, aby zgodnie z przepisem uczynić szałasy", Ne 8,15). W tej kulturze mirt darowano panom młodym, gdyż symbolizował moce falliczne. Natomiast europejska tradycja używa mirtu jako ślubnej wiązanki lub wianka dla panny młodej (nawet jeśli jest nią Królowa Angielska). Ale co ma mirt do alkoholu? Otóż na Sardynii i Korsyce produkuje się likier mirtowy o nazwie Mirto – odmianę czerwoną z dojrzałych niebieskich owoców i biała z owoców żółtych i liści. Firma Bresca Dorada produkuje cała gamę tych (i nie tylko) napojów, wlewając je w przeróżne butelki, te bardziej ozdobne są do nabycie w sklepach lotniskowych. Butelka (ta ze zdjęcia) 20 cl o mocy 30% kosztuje niecałe 10€. Kolor ciemnobrązowy, płyn nie jest gęsty, dosłodzony miodem nadal nie jest zbyt słodki, ma wyraźny smak ziołowy – nie owocowy. W zasadzie najbardziej przypomina syrop pini (nalewka z kopru włoskiego + wyciąg sosnowy) – widocznie leki na gardło smakują podobnie. Zdecydowanie człowiek-pijak woli wersję wiankową niż spożywczą. Salute!
Dziś wyjątkowo będzie o Niemcach wyłącznie dobrze. A to dlatego, że będzie o tym, na czym Niemcy się znają i co im dobrze wychodzi – o likierach. Wybór likierów jest olbrzymi, problem w tym, że trzeba ich szukać w specjalistycznych sklepach. Odpadają lotniska czy hipermarkety, tam ich nie znajdziecie. Człowiek-pijak przetestował trzy różne trunki. Kloster Liqueur Gelb pochodzi z benedyktyńskiego opactwa we wsi Ettal. Opactwo ma w ofercie likiery, wina i piwa. Gelb to miodówka, ale mocno ziołowa w smaku. Dużo jej bliżej do włoskiej Stregi niż do naszego krupniku. Wyczuwalna słodycz, ale przełamana wytrawnością ziół i mocą alkoholem. Wydaje się mocniejszy niż w rzeczywistości jest – 40%. W zasadzie spokojnie można ten likier nazwać bitterem. Żółty kolor uzyskany jest przez dodanie szafranu. Człowiek-pijak daje 4 z plusem ( w skali 2–5). Cena w e-sklepie klasztornym 13,75€ za 0,5 l. Schladerer Himbeer Liqueur to produkt rodzinnej firmy Schladerer z miasteczka Staufen. Robią destylaty owocowe, brandy, grappy i likiery. Likiery tworzone są z mieszanki destylatu owocowego i soku z tego owocu. Likier z dzikich malin ma moc 28%, smak, jak się można domyślić, mocno malinowy, słabo wyczuwalna moc alkoholu. Produkt prosty, ale naturalny aromat i intensywny smak malin wynagradza tę prostotę. Średnia cena 12€ za 0,5 l, ocena człowieka-pijaka: mocna czwórka. W Polsce podobny intensywny smak można uzyskać albo samemu produkując przetwory z malin, albo kupując produkty firmy Polska Róża. No i hit, coś czego w Polsce nikt nie robi, choć podstawowy składnik rośnie przed naszymi oknami – likier z rokitnika. To krzewy, które owocują czymś podobnym do niedojrzałej jarzębiny (owoce rokitnika są pomarańczowe) – z tym, że rokitnik pokryty jest długimi i ostrymi kolcami – stad niemiecka nazwa „sanddorn”, piaskowe kolce. Owoce rokitnika zawierają wiele razy więcej witaminy C niż cytryna, robi się z nich soki, galaretki, powidła. Nie mają enzymu rozkładającego witaminę C, więc nie znika ona po termicznej obróbce. Zbiera się je po przymrozkach, wtedy znika gorzkawy smak wyczuwalny pod skórką. Człowiek-pijak potrzebował kilku minut by znaleźć (w Warszawie!) krzew rokitnika – co dokumentuje zdjęcie. Nie jest to rokitnik dziko rosnący, taki występuje nad morzem (stąd piasek w niemieckiej nazwie), ale rokitnik stosowany jest w Polsce jako roślina ozdobna. Padło na Sanddorn Likör rodzinnej firmy z miejscowości Friedeburg. Robią różne przetwory owocowe i słodycze, specjalizują się w produktach z rokitnika. Likier jest dość słaby, ma 15%, zawiera 25% owocowego soku. Smak – to zaskoczenie – mocno marchewkowy. Nie jest to może używka mocna, ale bardzo ciekawa smakowo – dlatego dostanie czwórkę z plusem. Średnia cena 12€ za 0,5 l.
Dziś krótko, w zasadzie ten wpis to polecenie innego bloga. Kiedy człowiek-pijak szukał w sklepie Simply przecenionych win mających być skutecznym wywoływaczem kaca, znalazł na półkach solidną flaszkę whisky. Camp-cośtam Blended Whisky ma pojemność 1,5 litra i kosztuje 65 zł (1 l = 43,30 zł), co lokuje ją w strefach najniższych, ale w sieci podano też informację, że taką samą butelkę w sieci Auchan można było kupić za 50 zł – co byłoby już rekordem (choć taka cena zapewne obowiązywała w okresie promocji). Camp-cośtam wyprodukowała szkocka firma Hunting Lodge Spirits Limited (producent dostępnej w Polsce whisky Hunting Lodge), ale czy na pewno miało to miejsce w Szkocji? Właściciele Hunting Lodge to Francuzi (posiadający we Francji olbrzymie fabryki gorzały) a dystrybucję prowadzi francuski Fauconnier (ma on w swoim portfolio wiele znakomitych trunków, na przykład „brytyjski” gin Lloyds, którego fałszerze z Czech nie musieliby podrabiać). Adres firmy jest edynburski, ale mieści się ona w zwykłym biurowcu. Stąd podejrzenie, że adres firmy to tylko pretekst do użycia określenia „szkocka”, bo sam napój jest francuski. Jak smakuje? Oto blog Marka Cumbera z notkami degustacyjnymi (może nie tak profesjonalnymi jak na blogu pana Milera) bourbonów i whisky, a na nim recenzja Camp-cośtam. Są tam też miedzy innymi recenzje Zachodniego Złota, Blue Barrel i Gold Barrel. Dzięki Cumberowi człowiek-pijak nie musi tego wypijać – a zresztą wcale nie planował, to są akurat napoje, których jakość można rozpoznać bez próbowania.
I znowu garść dygresji. Onegdaj czeski rum (a on właśnie padł ofiarą fałszerzy) nazywał się „rum tuzemsky” (czyli tutejszy). Przepisy UE nakazały jednak rumem nazywać destylaty soku z trzciny cukrowej, więc bracia Czesi musieli zmienić nazewnictwo. Pomysłów było kilka, między innymi zabawny „tuzemski um”, wygrał jednak tuzemak. Polak widzi Czecha jako brzuchatego Szwejka popijającego piwko, w rzeczywistości Czechy są na pierwszym miejscu na świecie pod względem spożycia alkoholu przez osoby dorosłe, a co najmniej 20% spożycia alkoholu to szara strefa. W Czechach produkuje się lokalne wino, żeby wesprzeć producentów zniesiono na nie akcyzę (dla porównania w Polsce w cenie butelki 0,75 l jest 1,18 zł akcyzy), efekt był taki, że Czesi kupują masowo najtańsze wina hiszpańskie w kartonach. Spożycie piwa natomiast poważnie spadło, zwłaszcza piwa produkowanego przez duże koncerny (w Polsce w 2011 pobiliśmy rekord spożycia, w 2012 przebijemy go, powodem jest podobno świetna pogoda, człowiek-pijak wątpi, przez ostatnie dwa lata lipce były deszczowe i zimne, w tym roku wrzesień już jest jesienny, dziś w nocy w Warszawie zapowiadają cztery stopnie, zaraz nam włączą kaloryfery). W każdym razie Czesi i Polacy upodabniają się do siebie, Czesi – jak już była o tym mowa w 1. odcinku, produkują nawet wódki udające polskie, mające na etykiecie nasze godło lub napis "wódka warszawska". Przypadki zatrucia alkoholem nieetylowym odstraszają konsumentów od raczenia się bimbrem, zupełnie niesłusznie. Bimber wyprodukowany nawet najprostszą metodą, na przykład w garnku, zawiera śladowe ilości metylu, nieszkodliwe dla pijącego. Można się zatruć przedgonami lub pogonami, ale nie pozbawiają one na stałe zdrowia lub życia. Charakterystyczny zapach bimbru daje wiec gwarancję przeżycia. A jaką gwarancję daje charakterystyczny zapach denaturatu? Paradoksalnie braku bólu głowy. Denaturat to skażony etanol, ze względu na masowe spożycie nie zatruwa się go trucizną, ale czymś co ma go uczynić wstrętnym w spożyciu. Jest to duża ilość kwasu acetylosalicylowego, czyli po prostu aspiryny. W podobny sposób skażano alkohol sprzedawany w aptekach w czasach amerykańskiej prohibicji. Słynnym przypadkiem takiego wynalazku był Jamaica Ginger zwany popularnie Jake. Do jego skażenia użyto fosforanu krezylu, nie poddając go uprzednio żadnym testom. Tak wiec został przetestowany na ubogiej – głównie imigranckiej – ludności, która po spożyciu doznała nieodwracalnego uszkodzenia nerwów, skutkującego charakterystycznym inwalidzkim chodem, nazwany „Jake walk”. Historia ta opisana jest pokrótce na stronach wikipedii a bardziej literacko w książce Iaina Gately’ego „Kulturowa historia alkoholu”. A co do samej amerykańskiej prohibicji – w tejże książce szczegółowo opisanej – ciekawa jest jej skuteczność. Otóż pada argument, że była skuteczna, bo spożycie alkoholu wróciło do poziomu sprzed niej dopiero po dwudziestu latach. Niestety stwierdzenie to świadczy tylko o kiepskiej metodologii go głoszących. Nie da się badać spożycia na podstawie danych o legalnej produkcji, bo to by oznaczało, że w czasie prohibicji wynosi ono zero, czyli Al Capone byłby tylko miejską legendą. Otóż Amerykanie zbadali dwa zdarzenia, mające bezpośredni związek ze spożyciem alkoholu oraz odnotowywane w statystykach – udział w bójkach po spożyciu alkoholu (tych z interwencją policji) oraz zachorowalność na marskość wątroby. Okazało się, że wystarczył rok, by te statystyki wróciły do normy – czyli tylko rok był potrzebny Amerykanom, by źródła legalnego alkoholu zamienić na nielegalne. A dwudziestu lat potrzebowali, by zrezygnować z tych nielegalnych. PS. Ponieważ człowiek-pijak polecił ACC w ciemno, wiec postanowił je przetestować. Kac łatwo wywołać, wystarczy pójść do sklepu sieci Simply (własność Carrefoura) i kupić kilka win z półki z przeceną. Tam sprzedają coś, co producent boi się wylać do kanalizacji w trosce o stan rur i zatrucie środowiska. Po konsumpcji a przed snem człowiek-pijak spożył tabletkę 200 mg i rano... obudził się ze strasznym bólem głowy. A wiec ACC nie działa, działa aspiryna i tego się trzymajcie. No i kilku piw rano.
Głośno się stało o sfałszowanym alkoholu z Czech, co więcej, sugerowano, że człowiek-pijak zna się bardziej na denaturacie niż bourbonie z Lidla, a więc dziś kilka wtrętów o trunkach niepolecanych do konsumpcji. Podrabianymi producentami są firmy Drak i AB Style. Po otwarciu stron ukażą się informacje o fałszerstwach, trzeba kliknąć na dole aby przejść do zwykłej zawartości. Obie firmy mają w swojej ofercie zabarwione i aromatyzowane wodne roztwory spirytusu – stąd łatwość podrobienia, wystarczy dowolny alkohol rozwodnić i coś do niego dodać. W ofercie obu firm są wyprodukowane w ten sposób „destylaty owocowe”, „giny”, „tequile”, „brandy”, „likiery”, „fernety” itp. AB Style ma jeszcze jakieś ambicje i dystrybuuje oryginalne prosecco i ukraińską wódkę „Chortica”, natomiast Drak to nawet dla człowieka-pijaka jest hardcore. Prawie wszystkie alkohole dostępne są w plastikowych butelkach 6 l (cena to ok. 150 zł) albo w drugą stronę – w jednorazowych kieliszkach 40 ml, zaklejonych papierową etykietą z zawleczką. Ograniczona czeska prohibicja dotyczy alkoholi powyżej 20%, ale Drak ma w swojej ofercie także „Kysele jablko” o mocy 16%, więc fałszerze nadal mają nadal pole do popisu.
AB Style oferuje czeskim konsumentom „Wódkę polarną” i „Wódkę biało-czerwoną” (w polskojęzycznej części oferty tych wódek nie ma). Niestety nie ma ofercie bourbonów, choć nic straconego. Przepisy międzynarodowe nie pozwalają na produkcję w UE bourbonów pod taką właśnie nazwą, ale też i tequila nazywa się u Czechów „hombre” a brandy „grand” (tylko gin jest „ginem”). Gwoli sprawiedliwości AB Style ma w ofercie osobny dział destylatów owocowych.
Do produkcji podróbek użyto alkoholu metylowego stosowanego np. w płynie do spryskiwaczy. Samochody zawierają też drugi specyfik, glikol etylenowy użyty do produkcji płynu do chłodnic. Glikol nie powoduje ślepoty, trzeba go spożyć kilka razy więcej niż metylu, żeby odwiedzić niebiosa, oba alkohole dają słabego kopa, więc wypija się ich więcej niż etylu. Trujące są nie tyle same alkohole, co efekty ich metabolizmu, tak jak źródłem kaca jest nie etanol, ale efekt jego metabolizmu: aldehyd octowy. Aby zwalczyć kaca, trzeba spożyć coś, co się z tym aldehydem wiąże, podobno najlepsza jest acetylocysteina (niestety dość szkodliwa). Ale działa tez zwykłą aspiryna, trzeba ją spożyć po konsumpcji, a przed snem – acetylocysteinę też . Aspiryna spożyta przed wypiciem potęguje działanie alkoholu (co nie jest takie złe, ale nie zadziała na kaca), spożyta nazajutrz nie ma się już z czym wiązać.
Zarówno w przypadku zwykłego kaca jak i w zatrucia alkoholami niespożywczymi należy odtruć się etanolem. Wstrzymuje on metabolizm poprzednio spożytego alkoholu – organizm zaczyna przerabiać świeżo spożyty. W przypadku spożycia glikolu czy metanolu warto też się przejść do lekarza, jeśli ktoś jeszcze zobaczy taki kierunek.
PS. Na zdjęciu eksponat z kolekcji człowieka-pijaka, nie mylić z bourbonem z Lidla.
Kiedy człowiek-pijak był w fazie abstynenckiej (a że jest legalistą, oznaczało to w praktyce do pełnoletniości), zdarzało mu się obcować z alkoholem na stronach literatury pięknej. Przeczytał całego Remarque’a (równie dobrze mógł co prawda przeczytać jedną jego książkę kilka razy) i zapamiętał, że bohaterowie pochłaniają spore ilości czegoś, co zwie się calvados. Musiał lata czekać na porównanie literackiego zapisu z prawdziwym smakiem – bo po pierwsze z calvadosów królowała w PRL „Złota jesień”, kolejna próba rozpuszczenia fragmentu tablicy Mendelejewa w spirytusie z ziemniaka, a po drugie jako należący do polskiej niższej klasy średniej, kontakt z zagranicznymi alkoholami ograniczony miał do stawiania na półce pustych butelek po zagranicznych trunkach. Tak, tak, młodsi czytelnicy, zwyczaje takie jak kolekcjonowanie pustych opakowań po papierosach przypinanych do słomianej maty mogą wam się wydawać objawami poważnego defektu psychicznego, ale onegdaj były masowym sportem młodzieży. Dość dygresji – wracamy do alkoholu. Mijały lata, człowiek-pijak czytał i czytał, w książkach (znowu podobnych do siebie jak krople wody) Bulatovicia lała się rakija (i znowu problem z dostępem do trunku), a bohater Lowry’ego zalewał się tequilą (jak wyżej). A potem przyszła kolej na różne alkoholowe wynalazki z tekstu Jerofiejewa i w końcu opis smętnego końca pijaka Fallady. Kolejność lektur chyba prawidłowa – od fascynacji smakowitym płynem do smutnego upadku alkoholika. Człowiek-pijak jednak wybiera fragment początkowy tej podróży przez słowa, bo jest i smaczniejszy i weselszy. I dlatego dziś będzie o Agacie Christie i jej bohaterze, Herkulesie Poirot. Ten Belg mieszkał w Anglii, więc był tam postrzegany jako dziwak, ale jedno z jego dziwactw bardziej byłoby docenione we Francji – otóż Poirot pił cassis nierozcieńczony winem. Creme de cassis został rozpowszechniony przez burmistrza Dijon o nazwisku Kir, który serwował go swoim gościom jako dodatek do wina aligote, tak że w końcu Francuzi zapomnieli, ze można cassis pić bez dodatków. Czy Poirot jest dziwakiem? Otóż nie, Poirot robi to, co należy zrobić z cassisem. To bardzo nasycony, atakujący owocowym smakiem likier z czarnych porzeczek, gęsty, o niesamowicie intensywnym kolorze, wspaniałym naturalnym zapachu. Otrzymany w wyniku dość skomplikowanego procesu z zamrożonych owoców. Mam moc 20%, wynika ona z przyczyn technologicznych, możliwe, że nie może być mocniejszy, ale taka intensywna owocowość aż prosi się o większy woltaż. (Nawiązując do wymiany uwag z panem Tomaszem Milerer, człowiek-pijak zaryzykuje i na 10 punktów da 10 – pomijając kwestię mocy.) A co z kirem? Człowiek-pijak dolał cassisu do wina musującego i efekt był przewidywalny – wino nie przebija się przez smak cassisu, w efekcie pije się rozcieńczony i musujący cassis. Gorzej z winem białym, źródłowo dolewano aligote, tego wina człowiek-pijak nie zna (choć może na naszym rynku jest wersja mołdawska), więc dolał co było pod ręką, padło na gruzińskie Tsinandali, efekt był fatalny, smak wina przebił się przez porzeczkę, próbował ją zdominować i to nie było udane połączenie. Trzeba było jednak popróbować z czymś ostrym i kwaskowatym. Gdzie kupić i za ile? We Francji w sieci Nicolas butelka 0,7 Creme de Cassis Boudier (najbardziej znany producent z Dijon) kosztuje 13,50€, w Polsce w sieci Makro 65 zł, tradycyjnie trochę drożej, ale bez przesady. Butelka w Makro to klasyczny kształt i nalepka, sieć Nicolas (i chyba tylko ona) sprzedaje z jakiś powodów inne opakowania – tu zdjęcie z angielskiego Nicolasa, z takiej właśnie pił człowiek-pijak. Człowiek-pijak liczy na czytelników, może znacie jeszcze jakieś literackie szlaki alkoholowe? Op uw gezondheid!
A nawet z kilku frontów. Człowiek-pijak pojechał do Makro Cash and Carry zwabiony 50-złotowym bonem dla klientów dawno niewidzianych. Zmiany, zmiany, zmiany – chciałoby się powiedzieć. Makro wyraźnie przegrywa z wysypem hipermarketów, co widać głównie po ilości klientów – a raczej nie widać, tak jest ich niewielu. Kolejki do kas zniknęły, zniknęli panowie robiący szczegółową rewizję wywożonych zakupów. Na szczęście alkohol nie zniknął. Wybór piwa nie jest oszałamiający, ceny porównywalne z hipermarketowymi, można sobie darować. Wina – tu zdecydowana zmiana na lepsze. Makro rozszerzyło półkę z winami z własnego importu, tak wiec warto poszperać po półkach – a i ceny nie są jakieś powalające. Już za ok. 20 złotych można ustrzelić jakiegoś dobrego Hiszpana. Sporo wynalazków, w tej konkurencji zdecydowanie wygrywa hiszpańskie wino bezalkoholowe – niestety za prawie 40 zł. Jest kilka bibów – czyli win w kartonach, za około 60 zł za 3 l, co jest międzynarodową rozsądną ceną za ten wynalazek. Dział z alkoholami mocnymi robi wrażenie, bo to połączenie oferty marketowej z ofertą sklepu typu „alkohole świata”. A wiec od nalewek w kartonach za kilka złotych przez ofertę zwykłej monopolowej budki „alkohole 24 h” aż do półki zdecydowanie wyższej. A na niej grappy od taniej za 40 zł do starzonych po 148, Calvados Boulard Grand Solage za 145 i VSOP za 167, Drambuie za 100, Cassis Boudier za 65, Galliano za 86, Grand Marnier za 115, przeróżne brandy, koniaki, tequile, giny, sake i inne. Wśród nich ciekawostki jak np. Boudier Dijon Saffron Gin za 75 zł. Największa półka jest z whisky, są wszystkie mainstreamowe, ale szczególnie półka z maltami robi wrażenie. Ale malty to nie domena człowieka-pijaka, więc zwrócił uwagę na bourbony trudno dostępne w marketach: Four Roses Single Barrel za 149 i Labrot & Graham Woodford Reserve (Kentucky Straight Bourbon) za 150 zł. Na przykładzie tego ostatniego można coś napisać o ofercie i cenach w Makro. Otóż mimo, ze bourbon ten jest dystrybuowany w Polsce przez Brown-Forman, to w sieci oferuje go zaledwie kilku sprzedawców. Ceny w sieci to 171-185 zł, cena w Makro to jakieś 120% ceny amerykańskiej. Tak więc to całkiem niezła oferta i całkiem znośne ceny. Złe wieści pochodzą z Lidla i Kauflandu. Alkoholowe półki tego pierwszego się skurczyły, prawie nie ma mocnych alkoholi spoza oferty własnej, nic nowego, wina ciągle te same, zakupy streściły się do nabycia jednej butelki piwa czeskiego marki Argus za mniej niż 2 zł. To piwo z browaru Platan z Protivina (produkującego całkiem pijalne piwo o tej nazwie), sikacz lekko pachnący szczurem, cena adekwatna do jakości. W Kauflandzie podobnie – półka z mocnymi alkoholami się mocno skurczyła, na szczęście można jeszcze coś wybrać z win, choć już nie wśród musujących, bo tu króluje marka własna Kauflandu, proponująca coś w kilku odmianach po 10 złotych – strach pomyśleć, ze to ktoś pije. Oj, idzie kryzys, idzie. Ludzie nie kupują, to i sklepy nie sprzedają. Ponieważ (jak chociażby widać było w Makro) rosną jedynie półki z whisky, człowiek-pijak poleci rodzimy whisky-blog Tomasza Milera, z codziennymi wpisami (bo pan Miler nie jest człowiekiem-pijakiem i doradza picie z rozsądkiem, co przecież jest prostą drogą do zabójczej abstynencji) – choć są także wpisy o innych mocnych alkoholach (teraz leci seria o bitterach, niestety dobór cieczy jest nieciekawy). Notki degustatorskie nie zawierają ocen – co jest ewidentnym minusem. Autor tłumaczy to niemożliwością porównania różnych rodzajów trunków, co jest dziwne, bo Robert Parker jakoś potrafi dać 72 punkty szampanowi i burgundowi, nie proponując jednak by je mieszać. W każdym razie szukałem na tym blogu opisów whisky z dyskontów i znalazłem jeden. Golden Loch z Biedronki nie zostało ocenione w opisie, nie został oceniony wspominany już Lawsons, ale zostały porównane w rankingu blendów. No i okazało się, że dla autora Lawsons jest niezły, a whisky z Biedronki należy unikać jak ognia. Co było do okazania.