czwartek, 26 września 2013

Czy Barak uderzy w arak?

Arak syryjski piłem w czasie pobytu w Syrii za rządów Asada ojca. Kraj był mocno policyjny, ale przynajmniej nie było problemu z kupnem alkoholu. Co prawda lokalne wino przypominało sfermentowany kompot, piwo mogło ścigać się spokojnie z wyrobami Jabłonowa (tymi sprzed lat, dosładzanymi), ale arak był OK. Co prawda moje OK nie jest wiarygodne, bo ja piję arak bez rozcieńczania, więc ten bliskowschodni miał moc minimum 50%, a dochodził do 80%. Przy takiej mocy trudno jest odnaleźć smakowe niuanse i dzięki nim porównywać i oceniać różne trunki. Nie wiem więc czy syryjski arak, który niedawno dostałem, różni się czymś istotnym od na przykład libańskich (których w czasie tamtej podróży też nadużywałem) - choć wydaje mi się, ze ma dość przemysłowy smak, płaski bukiet, za bardzo drażni gardło. Nazywa się AlRayan, butelka 0,75 o mocy 51,5%. Produkt dość typowy, ciekawa natomiast jest strona producenta, dość dokładnie opisany i obfotografowany jest tam proces produkcji – zresztą  fabryka trochę wygląda jakby Barak już ją trafił. Razem z arakiem trafiła w moje ręce chyba pierwsza anglojęzyczna książka poświęcona libańskiemu arakowi – „Arak and Mezze” autorstwa Michaela Karama i Norberta Schillera. Dzięki niej dowiedziałem się, że mój syryjski produkt trochę upraszcza klasyczne zasady produkcji, bo przy drugiej destylacji dodawany jest olejek anyżowy a nie ziarna anyżku. Przy okazji muszę sprostować błędna informację podaną przeze mnie we wcześniejszym wpisie o araku – anyż gwiazdkowy (czyli badian gwiazdkowy) to nie jest to samo co anyż, choć zawiera odpowiedzialny za smak anetol (odpowiedzialny też za tzw. efekt anyżowy, czyli mętnienie araku po dodaniu doń wody). Anetol zawierają też lukrecja czy koper włoski (ale już nie koper ogrodowy). Skoro najlepszy arabski arak pochodzi z Libanu, to czemuż Barack miałby mu zagrozić atakując Syrię? Otóż okazuje się, że do produkcji libańskiego araku używa się nasion anyżku pochodzących z Syrii, konkretnie z wioski Hina (powtarzam wyraz „wioska” za książką, ale podają tam też, że ma ona 10000 populacji, więc jest wielkości Kudowy Zdroju). Arak destyluje się z wina uzyskanego z lokalnych szczepów obeideh i merweh oraz europejskiego ugni blanc – u nas służącego do wyrobu koniaków i armaniaków. Proces nie zmienia się od lat, korzysta się z miedzianych alembików, arak leżakuje w glinianych dzbanach. W zasadzie prawie każda winnica oprócz produkcji wina destyluje je i wytwarza arak. Stąd najbardziej znane mają nazwy identyczne z nazwami znanych win – jak Kefraya, Ksara czy Musara. A stąd już krok do drugiej butelki – Nectar de Kefraya. To wzmacniane wino robione ze szczepu ugni blanc – jak pisze producent, do moszczu przed fermentacją dodaje się destylat z wina. Efektem jest 18% bardzo słodkie i niesamowicie aromatyczne wino, przypominające dobre porto. Niestety za każdym razem, kiedy chciałem się wybrać ponownie do Libanu, akurat w Bejrucie wybuchały bomby, więc jedyne co mi pozostało to cierpliwie czekać na prezenty stamtąd – mam awersję do picia pod ostrzałem.

środa, 14 sierpnia 2013

Co pił Josef Škvorecký (pod czeskim wulkanem)


To było coś na kształt podróży sentymentalnej – kiedy ostatni raz przekraczałem przejście graniczne w Kudowie, kolejka samochodów miała kilometr a do jego przekroczenia niezbędny był paszport. A teraz nie ma kolejki, a przejście zauważy tylko uważny obserwator przydrożnych znaków. Nachod (tu urodził się Josef Škvorecký) w zasadzie bez zmian, spore przemysłowe miasto ze średniej urody rynkiem i zamkiem (w permanentnym remoncie) na wzgórzu. Škvorecký pracował też w Broumovie – to miasto przeżyło totalny upadek, wyludnia się, niszczeje, jedyna na rynku restauracja, gdzie próbowałem kiedyś po raz pierwszy mięsa z kangura, jest teraz zapyziałą kawiarnia, gdzie podają wyłącznie mrożoną pizzę. Ale za to Nové Město nad Metují (tu też są ślady pobytu Škvoreckiego) piękne jak zawsze, teraz na rynku doliczyłem się czterech restauracji, dwóch kawiarni, jednego bistro i tego czegoś dziwnego na zamku (otwarte wyłącznie w nocy). Winiarnia na tyłach hotelu niestety się zwinęła. Ciekawe są różnice między Kudową i Nachodem (ok. 10 i 20 tysięcy mieszkańców). W Kudowie jest malutkie Tesco, dwie Biedronki, sieciówka Dino – wszystkie źle zaopatrzone. W Nachodzie Kaufland, Albert, Penny – po kilka sztuk, olbrzymi wybór, poza tym małe sklepy, które na przykład mają większy i lepszy wybór warzyw i owoców. Poza tym w każdym sklepie spożywczym po czeskiej stronie jest alkohol – choć w niewielkim wyborze. No i oczywiście w Nachodzie naliczyłem od razu cztery księgarnie, więc jest ich na pewno więcej. W Kudowie jedna, w połowie będąca sklepem papierniczym. W Czechach wszystkie butelki po piwie są zwrotne (pamiętacie film pod takim tytułem?) – a wiec nie ma puszek.
W alkohol zaopatrywałem się głównie w czeskim Kauflandzie. Duży wybór piw, najtańsze w cenie 1 zł przyciągały grupki polskiej młodzieży, która wywoziła je ze sklepu pełnymi wózkami. Niestety potwierdzają się moje wrażenia z poprzedniej wizyty – piwa czeskie są coraz gorsze. Po kilku podejściach zrezygnowałem z piwa na rzecz wina. Oczywiście lokalnego, Czesi mają własne wino (głównie z Moraw), wina są monoszczepowe i mają pięknie brzmiące nazwy winorośli: Frankovka, Modrý Portugal, Ryzlink vlašský, Svatovavřinecké, Veltlínské zelené, Müller Thurgau, Rulandské modré, Rulandské šedé, Rulandské bílé (te trzy ostanie to Pinoty: Noir, Gris i Blanc). Cena butelki w markecie zaczyna się od 14 zł, kupowałem do 17 zł. Wyjątkiem był musujący Bohemian Sekt, który nigdy nie jest tani, ale tu kosztował 23 zł, co jest dobrym wynikiem. Wina były pijalne, ale to wszystko co można o nich powiedzieć. Sprawiały wrażenie produkcji „przyogrodowej”, zatraciły rodzajowe cechy, były do siebie bardzo podobne, zero radości z picia. Po pewnym czasie zacząłem kupować wina w sklepach specjalistycznych, tu poziom się wyraźnie podniósł, niestety ceny też, zaczynały się od 30 zł. Jedyny BiB był czerwony i kosztował 50 zł, taki zakup jest bez sensu, w sklepach z winami natoczą wam litr wina za 10 zł, a przy zakupie sześciu  litrów siódmy jest za darmo (i jest wybór zazwyczaj do 10 win).
Porzuciwszy piwa butelkowe sprawdziłem jakość lanych, tu kolejna porażka. W Nachodzie jest spory browar Primator, poza tym leją np. Svijany, kilka innych, których nazw nie spamiętałem. Cecha wspólna – piwnica, ścierka, skup żelaza. Najlepsze ze wszystkiego było beczkowe Starobrno – ale piłem je w Kudowie w Restauracji Zdrojowej, kosztowało 6 zł (tyle ile beczkowy Złoty Bażant). Oczywiście jest rozwiązanie – do każdego kufla wypić kieliszek becherowki, słodycz likieru zabija gorycz pilsa i odwrotnie – z tym że to szybka droga do totalnego upojenia (w czasie wycieczki były najgorętsze od lat dni). Czyli rozczarowanie za rozczarowaniem. No i to niestety była przyczyna jednego z najgorszych zakupów w Czechach (przedtem były np. wyroby firmy Božkov, wilamowki z przyklejanym dnem, najtańsze destylaty „owocowe” itp.). Wychodząc ze sklepu z alkoholami zauważyłem na półce butelkę o znanym kształcie, ale z nietypową etykietą. Sprzedawczyni poinformowała mnie, że to wyrób firmy Becher, ale nie zna zawartości, bo to nowość. Potem się okazało, ze to nowość urodziła się w 1966 roku – widocznie w Czechach czas płynie wolniej. Rzecz nazywa się KV14, ma moc 40%, składa się z wody, alkoholu, czerwonego wina, destylatu winnego, aromatu pomarańczowego, barwnika E124, karmelu, mieszanki ziół i przypraw oraz siarczynów. Ma kolor fluorescencyjnie czerwony, smak jest bardzo udanym naśladownictwem sycylijskiego Fuoco del vulcano. Coś a la gorzka oranżada, bardzo gryzący odór i smak kiepskiego alkoholu. Wyroby sycylijskie są mocne, mają ok. 70%, tam ten atak alkoholowy na podniebienie jest uzasadniony, skąd się bierze w czeskim wyrobie? Dopiero po przyzwyczajeniu się do tego gryzienia wyczuwa się w tle wyraźny smak oryginalnej becherovki. Absurdalne zestawienie smaków, zero przyjemności, niepokój, że ktoś coś podmienił w zawartości – dziwne, że po reprywatyzacji Becherovie pozostawili ten zajzajer w portfolio. Poszukałem w sieci odczuć podobnych do mojego, ale znalazłem tylko umiarkowana pochwałę na blogu pana Łukasza Gołebiewskiego. Ten blog to m.in. próba stworzenia alkoholowego leksykonu składającego się z tysięcy haseł. Trochę za bardzo encyklopedycznie (i za często [codziennie!], a w związku z tym za krótko), ale opisy alkoholowych podróży to rekompensują. Ciekawe, że spis alkoholowych pomocy książkowych prawie identyczny jak mój.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Co pił Habib Burgiba?

W środku wakacji rozpocznę cykl urlopowy. Tunezja jest miejscem wypoczynku wielu rodaków, którzy cieszą się tam z dostępności napojów alkoholowych. Nie tylko na terenie hoteli, ale także w sklepach sieci miejscowych supermarketów „Magazine General” lub „Magazine Prix”. Alkohol zresztą jest spożywany – i nadużywany – przez miejscową ludność. Byłem kiedyś w tunezyjskim odpowiedniku rosyjskiej riumocznej – lokalu, gdzie podawano wyłącznie alkohol, a wystrój ograniczał się do wykafelkowania całego pomieszczenia od podłogi po sufit – wyjątkowy hardcore. Rządy Burgiby i jego następcy prawdopodobnie przyczyniły się do dostępności alkoholu, panowie niespecjalnie lubili się z muzułmanami. Nie wiem jak jest teraz, może ktoś ma aktualne informacje? Kilka lat temu alkohol był dostępny, choć bez przesady. W zwykłych niesieciowych sklepach stały półki z piwem, ale bezalkoholowym (chyba rekord świata jeśli chodzi o ofertę), takie samo serwowano (nie uprzedzając o tym) we wszystkich ogólnodostępnych kawiarniach (knajpa o której powyżej pisałem nie miała szyldu, małe okienka, zero kawiarnianych gadżetów, tak więc mimo że była w samym centrum turystycznej miejscowości, w środku siedzieli tylko tubylcy).
Po pobycie Francuzów pozostał rozwinięty przemysł winiarski, wina tunezyjskie można kupić także w Polsce. Jednak największym lokalnym rarytasem są trunki mocne: figowa wódka boukha i likiery: thibarine i cedratine. Dziś o thibarine, bo pamięć odświeżył mi prezent z tejże. To pozostałość po pobycie francuskich mnichów, 40% nalew destylatu winogronowego na daktylach i ziołach. Kolor ciemnobrązowy, zapach delikatny (ale czuć moc alkoholu), słodki, smak zrównoważony, może odrobinę za słodki, figowo-daktylowy, ale z nutami ziołowymi. Doskonały do picia bez dodatków, tak go też wam podadzą, kiedy w hotelu poprosicie o coś najbardziej tunezyjskiego. Do kupienia w sklepach sieciowych, na lotnisku, podobno nawet w samolocie. Ceny różne, do 10 EUR za butelkę 0,75, ale można zdobyć taniej. Teoretycznie do dostania w Europie, ale cena znacznie rośnie. Szukram!

poniedziałek, 22 lipca 2013

Cydr znowu atakuje!

Cydrowa gorączka trwa, zobaczyłem w sklepiku dwa nowe cydry, natychmiast nabyłem, okazało się, że to produkty słynnej H2O (tym razem bez symbolu koszerności). Cydr App! i cydr 7 Sadów. App! jest dedykowany dla sieci Biedronka, kosztuje tam 3 zł. Jak wynika z etykiet cydry te się różnią: App! ma 5%, składa się z cydru (sukces!), koncentratu jabłkowego, CO2 i zawiera siarczyny, 7 Sadów ma 4,5%, składa się z cydru, fruktozy, cukru, koncentratu jabłkowego, kwasu mlekowego, sorbinianu potasu i zawiera siarczyny. Otóż w smaku się nie różnią, czuć jabłko, ale głównie czuć jakąś przegniłą szmatę. Trochę cukru, mało gazu, jeśli ktoś od tego zaczyna swoją przygodę z cydrem to i na tym ją skończy. Zdecydowanie wszystkie polskie cydry przebija cydr Ignaców, niestety przebija je też ceną.

czwartek, 11 lipca 2013

Cydr atakuje!

Po lekturze artykułu opisującego inwazję polskich cydrów pobiegłem do Tesco – i faktycznie dzieje się. Cydry wywędrowały z półek z piwami – gdzie zresztą były z nimi wymieszane – i otrzymały własny regał sąsiadujący z winami. Może tak zadziałała akcyzowa banderola, a może zarządcy sklepu dostrzegli zwiększone zainteresowanie cydrami? Z dwóch cydrów opisywanych w tekście udało mi się kupić jeden – Lubelski z Ambry. Litrowa butelka (4,5%) kosztuje 8,99 zł, wisi na niej kartonik z hasłem akcji promocyjnej „No to cydr!”. Smak... trudno powiedzieć, coś jak mieszanka owocu (ale jakiego?) z kartoflem, na szczęście bez cukru, na nieszczęście raczej niepijalne. Do konkursu wystartowała półlitrowa puszka z litewskim cydrem Fizz (5,29 zł). Tak jak inne litewskie puszki z cydrami ma wieczko zaklejone aluminiową folią, należy docenić dbałość o higienę spożycia. Cydrów Fizz jest na półkach sporo, dominują smakowe, w różnych opakowaniach i kolorach, wrażenie robią butelki z napojami w kolorach fluorescencyjnych (zapewne wyciągi ze znaków drogowych). Mi się udało odnaleźć zwykły cydr jabłkowy. Wytrawny, o smaku często używanej szmaty do zmywania podłóg. Kolejna porażka – jeszcze kilka takich, a cydry przeniosą się na półki z chemią domową. Cydr Fizz  można tez kupić w sklepach z nalewanymi piwami litewskimi – w cenie 10 zł za litr. Nie udało mi się posmakować drugiego produktu polecanego w artykule – cydru Warka Cider, ale producentem jest firma Warwin, wytwórca zwykłych pryt, wiec nie żałuję i próbować nie będę.

niedziela, 7 lipca 2013

Co pił cadyk Efram Fiszel?

Wspominałem kilka razy o firmie H2O drinki z Chociszewa, która na wszystkich swoich produktach umieszcza znaczek potwierdzający ich koszerność. Tak jak na cydrach jest on dość przypadkowy, tak nieprzypadkowo znalazł się na ich flagowym produkcie, Strykover Premium Slivovitz. To 72% trunek wyprodukowany według – jak twierdzi producent – tradycyjnej żydowskiej XVIII-wiecznej receptury, według której „nastawy przygotowuje się ... ze śliwek, rodzynek i cukru”. Śliwowica ma certyfikat najwyższej koszerności, czyli może być używana w trakcie żydowskiego święta Pesach. Wydawało mi się, że ten najwyższy stopień powinien zakładać, iż produkt jest wyprodukowany wyłącznie przez żydów, widocznie pracownicy przekonwertowali się na judaizm. Łódzki rabin Symcha Keller stwierdził, że „drugiej takiej [śliwowicy] nie ma w całej Europie” – trudno mi podważać słowa rabina, napiszę tylko że śliwowicę „kosher for passover” posiadają w swojej ofercie węgierski Zwack, czeski Jelinek oraz horwackie Maraska i Badel1862 (w sieci można odnaleźć certyfikaty koszerności niektórych z tych trunków). Koszerna natomiast nie jest (od jakiegoś czasu) Passover Slivovitz z Bielska Białej. Jak smakuje chociszewski wynalazek? Lekki aromat śliwkowy i lekki posmak śliwki nie przebijają się przez alkohol, tak wiec czuje się głównie spirytus, gardło słabo to wytrzymuje, ciekawe, że głowa też, dawno już po mocnym alkoholu mnie nie bolała, a jednak nadal jest to możliwe – i to przy pełnej aprobacie rabina! Generalnie rzecz niesmaczna, mało przypominająca destylat śliwkowy, coś jak produkt Jelinka z najniższej półki. Na rynku butelka kosztuje około 80 zł, ja na szczęście wydałem niecałe 30 zł – okoliczny sklep podpisał jakiś cyrograf z H2O i sprzedaje ich produkty w bardzo niskich cenach. Przy tej cenie mógłbym użyć tej śliwowicy jako paliwa turystycznego, ale się nigdzie nie wybieram. Uwaga: krytycy jakości Strykover Slivovitz są w sieci nienajlepiej traktowani przez reprezentantów producenta, ja bym po prostu doradzał mu wypicie wreszcie pierwszego kieliszka jego produktu – bez czekania na Pesach. Natomiast co do tytułowego pytania – niestety, nadal nie wiemy co pił strykowiecki cadyk.

wtorek, 18 czerwca 2013

Jaki kolor ma zielona wróżka?

No jakiż jak nie zielony? Otóż nawet zielony kolor absyntu może pochodzić od zewnętrznego barwnika, czasami trującego. Generalnie absynt powinien być zgniłozielony – i powinien to być kolor uzyskany w trakcie maceracji ziół – albo czerwony – a ten kolor uzyskamy barwiąc alkohol hibiskusem. Po latach zawirowań wokół legalności absyntu UE zezwoliła na jego produkcję z udziałem piołunu – a więc na obecność tujonu, któremu przypisywano halucynogenne – a nawet trujące – właściwości absyntu. Niewątpliwie obecność niektórych ziół może przynieść halucynogenny efekt – na przykład w balsamach ryskich – ale podejrzewam, że jak ktoś pije spore ilości trunku o mocy zbliżonej do spirytusu, to nie potrzebuje ziół, żeby odlecieć. W czasach gdy z powodów prawnych o absynt w  Europie nie było łatwo, wyspecjalizowali się w jego produkcji Czesi. Niestety były to zazwyczaj po prostu bardzo mocne destylaty, posłodzone, z dodatkiem esencji ziołowych (lub innych) i zabarwione na wzbudzające niepokój fluorescencyjne kolory. Trudno było mówić o smaku, gardło głównie atakowała moc kiepskiego, nawet 80% alkoholu. No i te barwy – żółte, pomarańczowe, czerwone, zielone, niebieskie. W sprzedaży tych wynalazków specjalizowały się wietnamskie weczerki –  właściciele, konsumenci co najwyżej piwa i nalewek na żmijach, pewnie byli zdumieni faktem, że ktoś może chcieć sobie wyrządzić krzywdę, konsumując te wynalazki.
Obecnie sytuacja się ucywilizowała, wystarczy trochę u naszych sąsiadów poszperać i można kupić absynty naturalne – i w naturalnym kolorze. Tym razem padło na produkt firmy Metelka, dystrybuowany przez Jelinka, a więc dostępny łatwo i wszędzie. Produkt z wyższej półki to absynt „naturelle”, o mocy 60%, na którego dnie leży spora ilość zmacerowanych nasion kolendry. Wyraźnie ziołowy smak, zdecydowana moc alkoholu i wyraźna słodycz – nic się nie rozjeżdża, nie dominuje, po pierwszym gryzieniu w gardle napój staje się przyjemny, wysoka moc niedostrzegalna. Wypicie większej ilości bezbolesne (choć producent potwierdza zawartość tujonu 10 mg na 1 kg – nie wiem dlaczego akurat na kilogram, ale to jest właśnie europejska norma). Niestety nie jest specjalnie tani – ok. 45 zł za 0,5 l. Dla nostalgików jest wersja koloryzowana – „couperosee”.
Czy są dania, które można podać do absyntu? Przypuszczam, że wątpię, ale zawsze można zaszaleć i dodać coś bardzo czeskiego – na przykład serki piwne. W Polsce występuje głównie serek ołomuniecki – w postaci niewielkich żółtych krążków. Znany głównie z intensywnego i chyba nieprzyjemnego zapachu. To zresztą cecha wszystkich czeskich serków piwnych – bardzo ostry zapach i łagodny, maślany smak. Po prostu lepiej nie wąchać, a serek konsumować za pomocą widelca lub wykałaczki, bo zapach utrzymuje się długo na palcach, sugerując, że wkładaliśmy je tam, gdzie nie przystoi.
Przy okazji sprostowanie. Jednak Czesi używali i używają banderol akcyzowych na alkoholach powyżej 20%. Tak więc Polska jest liderem europejskiej poprawności tylko w dziedzinie metkowania win (i cydrów).

poniedziałek, 27 maja 2013

Swój do swego po swoje

Przypadek rzucił mnie do Janowca nad Wisłą, gdzie w sobotę 25 maja odbyło się „Święto wina”. To trzecia edycja prezentacji winnic należących do Stowarzyszenia Winiarzy Małopolskiego Przełomu Wisły. Przy wejściu na dziedziniec Zamku kasa Muzeum pozbawia człowieka 12 zł za bilet wstępu, a następnie proponuje za 10 zł folder uprawniający do degustacji pięciu win. A jest tych win łącznie 38 (z 13 winnic), więc teoretycznie, żeby je wszystkie spróbować trzeba by wydać 92 złote. Przy tej kwocie targi winiarzy niezależnych w Lyonie wydają się darmowymi. Na szczęście polskie wina są zdecydowanie mniej ciekawe niż francuskie, więc nie kupiłem aż tylu folderów. Spróbowałem kilku win i potwierdziło się to, co już o nich wiedziałem (wymagany jest pośpiech, bo niektórzy winiarze przywieźli mało butelek, więc w połowie dnia im ich zabrakło). Robienie w Polsce win czerwonych to strata czasu, nie rozumiem, dlaczego zamiast tego winiarze nie robią win różowych (po raz  pierwszy w tym roku zaprezentowano takie dwa i były pijalne). Białe za to wychodzą niezłe, zdecydowanie najlepszym winem tej prezentacji był johanniter z Winnicy Dom Bliskowice. To jedna z trzech winnic, która uzyskała zgody na sprzedaż wina, tak więc oprócz degustacji można sobie było kupić butelkę – za jedyne 55,50. I tak niestety będzie – polskie wina będą miały zaporowe ceny, to niszowa produkcja, i za tę niszowość chętni będą musieli przepłacać. Na prezentacji było jedno wino musujące, smakowało jak lekko musujący kompot z winogron isabella (a nie seyval blanc, jak wynikało z opisu), ale było to pierwsze polskie wino musujące w moich ustach.
W centralnym miejscu stała scena a na niej grały zespoły ludowe (oraz inne o niesprecyzowanym profilu). To była taka koszmarna kakofonia, że nie pozostawało nic innego, tylko się napić, ale jak to zrobić tymi kilkoma kroplami lanymi dla degustacji? Na szczęście na zamku było stoisko lubelskiego sklepu z winami Monte di Vino, właściciel sprzedawał wina słoweńskie na kieliszki (5 zł za spory kielich, albo butelki od 22 zł), więc można było jakoś przeżyć. Właściciel – jak się zorientowałem z treści na jego stronie www – prowadzi sklep z winami, sam je importuje i sprzedaje także hurtowo. W sklepie organizuje degustacje i pokazy kulinarne – wysiłek godny podziwu. Lublinianie – wspierajcie kolegę!
W czasie gdy pisałem tę notkę w sieci pojawiły się pierwsze relacje z Janowca: wpis pani z jury, wpis pana z jury i fotorelacja.

środa, 15 maja 2013

Co pijał Józef Stalin

Józef Stalin w przeciwieństwie do znanego alkoholowo-tytoniowego abstynenta i wegetarianina (w zasadzie zgodnie z obowiązująca poprawnością należałoby go nazwać znanym XX-wiecznym politykiem niemieckim o kontrowersyjnych poglądach) nie odmawiał sobie alkoholu – podobno miał nawet tak silną głowę, że przetrzymywał z premedytacją swoich towarzyszy biesiady, aż spadali nieprzytomni z krzeseł. Jako Gruzin preferował gruzińskie koniaki – wiadomo, że pijał m.in. Sarajishvili, najbardziej znaną markę gruzińskiej brandy i największego jej producenta. Co prawda spór rosyjsko-gruziński doprowadził do rosyjskiego embarga na gruzińskie alkohole, ale w Rosji bez problemu można kupić brandy pochodzące z innych krajów Południowego Kaukazu, azerskie czy armeńskie, poza tym sama Rosja produkuje brandy z win stamtąd sprowadzanych – chociażby fabryka Mosazerwinzawod na ulicy Makarenki w Moskwie produkuje brandy azerskie. Fabryka co prawda zamknęła firmowy sklep, ale napitki nadal produkuje i sprzedaje w Moskwie –  tutaj link z widokiem na elegancki wjazd do niej.
Dlaczego akurat preferuję te brandy? Bo są one bardzo klasyczne, najbardziej podobne do francuskich, pozbawione zbędnej słodyczy, nawet w swoich najprostszych trzyletnich wersjach bez zarzutu. No i można je czasami kupić dość tanio. Trzyletnia Sarajishvili została kupiona w Tbilisi za 16,20 lari – czyli około 31 zł. Doskonała. Na etykiecie napisy po angielsku i rosyjsku nie naruszające niczyich praw do jakiejkolwiek marki – „spirit drink”. Jeśli ktoś nie pojechał do Gruzji, może wybrać krótsza trasę i pojechać na Ukrainę. Tam lokalny dystrybutor zarzucił rynek gruzińskimi brandy marki Bracia Askaneli – i znów najtańszy trzyletni Aragweli spisał się na medal. Tym razem nazywa się to „gruziński koniak”, a na kontretykiecie komplet informacji – i data przydatności do spożycia, i zawartość tłuszczu, i ilość kalorii, i – co najważniejsze – „bez GMO”. A co mają zrobić niepodróżujący? Ja od jakiegoś czasu kupuję innego trzylatka – łotewską Brandy Grand Cavalier „produkowana na bazie destylowanego wina z francuskich winogron, przechowywanego w dębowych beczkach w piwnicach Bordeaux, mieszanego z 5-cio letnią azerską brandy” – taki opis podaje importer, firma Janus. Produkuję ją Latvijas Balzams, dostała nawet kiedyś jakiś medal, a wyróżnia ją doskonałe przecięcie ceny i jakości – kupuje półlitrową butelkę za 26 zł, w sieci cena wynosi ok. 32 zł.
No i jeszcze lepsza wiadomość – pojawił się w Polsce sprzedawca brandy Sarajishvili – warszawska firma Marani. Ma sklepy w Warszawie i Krakowie, trzyletnia Sarajishvili kosztuje tam 45 zł, ale już za 35 zł można kupić bardziej ekonomiczny model Iverioni od tego samego producenta. No i jest też chacha, czyli gruzińska grappa. Jak się wybiorę i coś spożyję to na pewno opisze. Gaumardżos!

poniedziałek, 6 maja 2013

Western Gold Bourbon Whiskey z Lidla – reaktywacja

Udało się! Z opóźnieniem, ale udało się! Mam dla was obiecaną notkę degustacyjną Western Golda. W nie byle jakim wykonaniu – Jarosława Urbana, autora książek o whisky i whiskey – na rynku jest m.in. drugie wydanie jego monografii o amerykańskich whiskey pt. „Bourbon i inne whiskey Ameryki”. Pana Urbana poznałem ćwierć wieku temu, kiedy jeszcze ani on ani ja nie mieliśmy większego pojęcia o dobrych alkoholach, potem zaś nasze drogi się rozeszły - on zawędrował do USA, gdzie mieszka do dziś . Przez te lata stał się znawcą whisk(e)y, zresztą pracuje w branży alkoholowej. Będąc w Domu Whisky w Jastrzębiej Górze, zobaczyłem na ścianie jego zdjęcie, i okazało się, że gdy przyjeżdża do Polski, odwiedza właśnie to miejsce (prowadzi kursy degustacyjne). Skontaktowałem się z nim i odnowiliśmy znajomość. Korzystając z jego kwietniowej wizyty w Polsce, sprezentowałem mu butelkę WG z prośbą o degustację – nie wspominając bynajmniej ani o mojej ocenie, ani o videoblogu Ralfiego (który ocenił ten trunek dość wysoko). Przypominam, że sam uznałem ten alkohol za raczej niepijalny, a mieszanie go z coca-colą jest, z mojego punktu widzenia, marnowaniem coli. Oto co napisał – nie zmieniam ani literki:
„Nie do końca rozumiem etykietę – Straight Old Kentucky Bourbon Whiskey zamiast Kentucky Straight Bourbon Whisky; na tylnej etykiecie "egyszeru karamell". Nie znam węgierskiego, ale pewnie chodzi o dodany karmel, na co zezwalają przepisy UE, natomiast ustawodawca amerykański zakazuje dodawania substancji smakowych i koloryzujących do whiskey typu straight. Dość nietypowa barwa jak na bourbon, przypominająca nieco pomarańcze typu "blood orange" (może przez dodany karmel?). Nos – początkowo przyjemny; karmel, scukrzona skórka pomarańczowa, liść drzewa wiśniowego, nietypowa nuta korzenna (piwo korzenne{?}), delikatny ślad trawy cytrynowej (lemon grass) i chyba najdziwniejszy aromat – komunistyczna polo-kokta, czyli napój colopodobny. Nie wyczuwam nuty nadpalonej dębiny, tak charakterystycznej dla tego typu trunków. Poszczególne elementy nie integrują się, zbyt silna nuta alkoholowa. Smak – tu totalne rozczarowanie, to, co obiecywał nos, zupełnie nie realizuje się w ustach. Przez KILKA SEKUND czujemy słodycz mlecznych krówek i pomarańczowych landryn, wypartą przez nieprzyjemną gorycz (marnej jakości tytoń do żucia). Trunek bardzo wodnisty (rozgotowane warzywa). Finisz – alkoholowy, pozbawiony wracających smaków. Nie wiem, z której gorzelni pochodzi destylat (może Beam, może Heaven Hill), beczki starzone były na najniższych piętrach (1-2) magazynów leżakowych. Western Gold według mnie nie kwalifikuje się do wolnego sączenia, kiedy go serwować i komu – teściowej zbyt długo zaszczycającej nas swą obecnością. Degustacja Western Gold powinna wyleczyć z wydawania pieniędzy na whisk(e)y niewiadomego pochodzenia i zdopingować do studiowania etykiet”.
Przy okazji poszukałem w sieci nowych tekstów o WG – jest jeden świeżutki, zawiera ciekawe linki do strony whisky.de (co o WG sądzą jego współproducenci) i boozereview.co.uk – na tej ostatniej ciekawa uwaga: „Western Gold smells like vodka mixed with a shoe”.
Co robi tu zdjęcie bourbona Larceny? Otóż w zamian za WG dostałem butelkę sześcioletniego Larceny – produkt nowy, z 2012 roku, jest to tzw. wheated bourbon, czyli taki, „którego receptura (mashbill) przy wykorzystaniu co najmniej 51% kukurydzy jako podstawowego wsadu destylacyjnego, przewiduje użycie pszenicy (zamiast żyta) jako dodatkowego ziarna wsadowego, co nadaje gotowemu destylatowi łagodniejszy smak” (zacytowałem za książką Urbana o whiskey). Wyraźnie na tej wymianie skorzystałem właśnie ja. Przy okazji – na stronie milerpije.pl pojawiły się noty degustacyjne innych lidlowych łyskaczy - Glen Orchy i Ben Bracken 12 yo Speyside Single Malt (z tym, że ten z duńskiego Lidla).
PS. Wyjątkowo zezwalam na hejterstwo pod tym wpisem. Macie prawo się zezłościć – dajcie temu upust.

PS2. Październik 2013: opublikowana została (niezamówiona przeze mnie) recenzja specjalisty od whisky - tym razem Tomasza Milera. Uwaga - po jej przeczytaniu natychmiast popędzicie do Lidla! Z tym, że nie wiem czy przyjmują tam zwroty napojów alkoholowych.