Nie jestem częstym klientem Biedronki – w zasadzie poza kolejnymi promocjami winiarskimi w ogóle tam nie kupuję. Ale już będąc na wakacjach trzeba jej oddać, że często bywa jedynym sklepem z pijalnymi winami. No i generalnie zwycięża cenowo w każdej konkurencji, pod warunkiem, że w niej startuje. Np. litrowy Johnny Walker kosztuje tam poniżej 60 zł, co jest najniższą ceną na rynku. Obecnie pojawiła się tam cachaça (Cariocca) w bezkonkurencyjnej cenie niecałych 30 zł. Na polskim rynku najpopularniejsze są „51” (~80zł), Canario i Don Diego (~60 zł) – tak więc tu płacimy pół ceny lub mniej za nieleżakowaną cahacę. To istotna cecha, bo tak naprawdę polecenia godne są tylko leżakowane, piłem takowe i to są trunki konkurujące z dobrymi brandy (ale trzeba po nie pojechać do Brazylii). Nieleżakowane są składnikiem popularnego drinka caipirinha, do jego przygotowania wystarczy lód, brązowy cukier i limonka. Wpierw spróbowałem saute, to się daje wypić, nie jest taką trucizną jak niedawno opisywany biedronkowy rum, ale jak to z tanimi destylatami, mamy tu przegląd przez piwnice, worki po ziemniakach, brudne ścierki i wiele innych miejsc i przedmiotów, z którymi nie chcielibyście się zetknąć. A caipirinha? Odpowiedź jest prosta – jeśli chcecie zmarnować brązowy cukier, lód i limonki, dodajcie tam Carioki. Nic nie jest w stanie zagłuszyć drastycznie mocnej nuty zgnilizny.
A jakie są dobre wiadomości ze świata rumu? Polecam herbatę fryzyjską. Zapewne w którymś ze specjalistycznych sklepów z herbatą sprzedadzą wam tę mieszankę Assamów (ale też z dodatkiem Sumatry, Jawy, Darjeelinga czy Cejlonu). Ale clou polega na tym, że herbatą zalewa się cukier kandyzowany. A moja propozycja to specjalny cukier w zalewie rumowej. Sam cukier nie jest tak słodki jak kryształ, a zatopiony jest w naprawdę dobrym białym hawajskim rumie (moc niewielka, pewnie jakieś 10-15%). W dodatku takie rumowe cukry można kupić w Polsce za niewygórowaną cenę. Myślicie, ze przerzucam się na herbatki? O nie, wkrótce coś zdecydowanie mocniejszego.
Aha, jeszcze wyjaśnienie lingwistyczne dotyczące tytułu. Onegdaj na określenie czegoś nieudanego mówiło się „kaszana”, a synonimem popsucia było „skaszanienie”.
czwartek, 13 marca 2014
wtorek, 11 marca 2014
I ja tam byłem, miód i wino piłem
Zapuściłem się znowu w pisaniu na blogu, dla usprawiedliwienia napiszę, że we wszystkim się zapuściłem, wywołuje to u mnie wstyd i poczucie winy, które mnie paraliżują twórczo, a na paraliż ten lepszego lekarstwa niż alkohol dotąd nie odkryłem. Kiedy kilka lat temu zawitałem do Nidzicy, sklep z miodami mieścił się w jakiejś odrapanej kanciapie, w dodatku był zamknięty, w sąsiednim spożywczaku kupiłem jakiś trójniak, który był co najwyżej przeciętny. W tym roku dałem Nidzicy drugą szansę, zwłaszcza, ze wyczytałem, iż wytwórnia miodów przeniosła się do nowego budynku. faktycznie, mieści się teraz w budynku starego browaru sąsiadującym z zamkiem, jest też sklepik z rozmownym sprzedawcą. Tym razem na półkach były tylko dwójniaki (dwa) i półtorak, choć teoretycznie w ofercie są trójniaki i czwórniaki. Można kupować zestawy, można kupować pojedyncze duże i małe butelki, są też jakieś prezentowe wynalazki. Na rynku warszawskim dostępne są głównie miody z lubelskiego Apisu i z Pasieki Jaros, obie firmy t polscy liderzy, wyznaczają najwyższe standardy, ciekaw byłem jak się do nich mają miody z Nidzicy. Rozczarowania nie było, i dwójniak i półtorak były znakomite, ale w smaku nie wyczuwałem zbyt dużej różnicy, wiec wystarczy wydać 30 zł na butelkę 14-letniego dwójniaka. Oferta jest z jakiś powodów mocno okrojona (np. w porównaniu z lubelską), to akurat jest wada, bo miód to trunek, którego nie da się ani zbyt dużo ani zbyt długo pić, wiec przydałaby się jakaś odmiana. Na terenie Mazur Nidzica ma konkurencje w postaci Mazurskich Miodów, nie próbowałem, ale wyczytałem, że podobno są niezłe. No i jeszcze jeden problem z Nidzicą – nie maja strony WWW, nie mają sklepu w sieci, w ogóle nie mam pojęcia, gdzie te miody poza samą wytwórnią można kupić. czwartek, 13 lutego 2014
Jak przemienić wino w wermut
Zdarzyło wam się kupić wino, które okazało się niepijalne? Co z nim zrobić, jeśli nie chcecie go wylać do zlewu? Wino czerwone może zostać użyte jak o marynata do mięsa, ale trzeba uważać, jeśli wino jest ohydne, można zepsuć smak mięsa. Można wino czerwone przemienić w grzaniec, ale jeśli jest wytrawne, należy pamiętać o dodaniu sporej ilości cukru lub miodu. Znowuż białe wino można próbować schłodzić do temperatury bliskiej zera, wtedy zabijemy wszelkie smaki. Można wymieszać z wodą robiąc z niego szprycer, można też dodać do niego soku, np. żurawinowego lub cytrynowego. Ale białe wino można tez szybko przemienić w wermut. No może nie w wermut, lecz w napój wermutopodobny, przemiana wina w wermut jest jednak dość skomplikowana i czasochłonna. Otóż pojawiły się na polskim rynku włoskie napoje Crodino i Chino, słodkie bittery, raczej nienadające się do bezpośredniego spożycia, ale dobrze wypadające w mieszankach. Chino produkowane jest przez San Pellegrino, to jeden z chinotto – napojów na bazie pomarańczy pachnącej (citrus myrtifolia), z dodatkami ziołowymi, ciemny, gazowany, trochę w stylu słodkiej coli. W Polsce dostępny w butelkach 0,2 l, ale we Włoszech także w pet-ach czy puszkach. Crodino produkowany przez Campari jest słodkim i gazowanym napojem na bazie ziół, kolor ma pomarańczowy, butelkowany wyłącznie w buteleczki 0,1 l. Oba napoje polecane są do drinków, np. Crodino jest składnikiem cocktailu „Sixteen Rum”, będącego mieszanką Crodino, czerwonego wermutu i rumu. Ale ja polecam je jako dodatek do białych wytrawnych win – skutecznie zmieniają ich smak w coś podobnego do wermutu, wystarczają do tego niezbyt duże ilości. Smak jest tak intensywny, że zabija wszystkie inne, tak właśnie uratowałem manzanillę z wpisu o Marksie & Spencerze. Buteleczki kosztują w Polsce ok. 4 zł.
sobota, 1 lutego 2014
Meandry marksizmu-spenceryzmu (t. II)
Jedna skromna butelka na zdjęciu? A i to tylko dlatego, że zdjęcie jest obowiązkowe. Poszedłem w styczniu zobaczyć ofertę mocnych alkoholi w M&S – tym razem ceny nie miały świątecznych zniżek. Najniższa półka to seria, z której próbowałem rum. Jest tam wódka, rum, gin i whisky – wszystkie z minimalistyczną biała etykietą i ceną – 34 zł. To jest drobne nieporozumienie, cena powinna wynosić dobre kilkaset tysięcy złotych, w każdym razie równowartość zabiegu przeszczepienia wątroby, i to oczywiście M&S powinien być płatnikiem, a nie klient. Każdy z tych tanich trunków ma swój odpowiednik w średniej półce, tu już mamy różnorodne kształty butelek i wzory etykiet. Jedna jest tylko cena – 49 zł. Za tę cenę mam spory wybór markowych trunków i jestem na 100% pewien, że trafię coś lepszego (to po doświadczeniu z brandy). Poza tym są wynalazki – jakiś aromatyzowany gin, coś jeszcze aromatyzowanego, spory zestaw likierów w zaporowych cenach, no i z wyższej półki gin za 90 zł. To są ceny mało konkurencyjne jak na produkty sieciowe, za 90 zł (a nawet mniej) mogę kupić Bombay Sapphire. Wiec nie kupiłem nic. No ale że nie mogłem wyjść z pustymi ręcyma, kupiłem trochę win. Okazało się, że wina w promocji (–30%, czyli po 20 zł) to te same wina, które M&S przeceniał rok i dwa lata temu. Nudne, zaledwie poprawne, znam je na pamięć. Akurat kilka dni później kupiłem kilka win w Makro i te drugie wygrały zdecydowanie. Są dwa wina z Libanu – rzadkość w Polsce, ale po ok. 50 zł. To i tak jest niepokojące, bo to dość niska cena jak na libańskie wina, ale z drugiej strony największym odbiorcą win libańskich jest właśnie UK. Jak ktoś ma trochę zbędnych pieniędzy to niech kupi i napisze mi czy warto, Alternatywą dla mnie jest wyjazd do Libanu, a jak pisałem mam alergię na bomby i wybuchające samochody.
Przeszukałem też półki z artykułami spożywczymi – szukałem (bezskutecznie) relisha – i to też jest porażka. Po pierwsze od początku M&S w Warszawie asortyment się nie zmienił, poza tym, to co było jadalne/pijalne zniknęło z półek. To są jakieś odpadki – może M&S poszedł śladem Tesco i sprzedaje w Polsce to, czego nie może sprzedać w UK? Dość narzekania – coś extra musiałem kupić, padła na manzanillę za przeszło 30 złych. To wytrawne sherry, powinno być cytrynowo-słone. Zapach jeszcze był znośny, ale smak porażający. Jakieś brudne majtki, skarpetki, przepocona koszula, cały zestaw bielizny do prania, Czy ja jestem pralnia automatyczna, żeby mieć z takimi rzeczami do czynienia? Basta! (Możliwe, że wino się utleniło, ono nie może zbyt długo leżeć w butelce, ale na etykietach nie ma żadnych dat.) Pożegnam M&S na kilka lat (chyba, że dostanę paczkę z trunkami do degustacji, wtedy zmienię zdanie i napiszę, że to najlepszy wybór alkoholi w RP).
PS. Co zrobić jak się ma wino nie do wypicia? Porady wkrótce.
Przeszukałem też półki z artykułami spożywczymi – szukałem (bezskutecznie) relisha – i to też jest porażka. Po pierwsze od początku M&S w Warszawie asortyment się nie zmienił, poza tym, to co było jadalne/pijalne zniknęło z półek. To są jakieś odpadki – może M&S poszedł śladem Tesco i sprzedaje w Polsce to, czego nie może sprzedać w UK? Dość narzekania – coś extra musiałem kupić, padła na manzanillę za przeszło 30 złych. To wytrawne sherry, powinno być cytrynowo-słone. Zapach jeszcze był znośny, ale smak porażający. Jakieś brudne majtki, skarpetki, przepocona koszula, cały zestaw bielizny do prania, Czy ja jestem pralnia automatyczna, żeby mieć z takimi rzeczami do czynienia? Basta! (Możliwe, że wino się utleniło, ono nie może zbyt długo leżeć w butelce, ale na etykietach nie ma żadnych dat.) Pożegnam M&S na kilka lat (chyba, że dostanę paczkę z trunkami do degustacji, wtedy zmienię zdanie i napiszę, że to najlepszy wybór alkoholi w RP).
PS. Co zrobić jak się ma wino nie do wypicia? Porady wkrótce.
wtorek, 28 stycznia 2014
Co pił Humphrey Bogart?
Jeszcze raz napisze o problemach z zamawianiem trunków na odległość. Nawet kiedy wiesz, co chciałbyś dostać, to i tak jest to kot w worku. W Maroku pije się dużo, ale są to napoje importowane lub lokalne podróbki światowych gatunków, których to podróbek spożycie grozi uszczerbkiem na zdrowiu, wiec odradzam (dotyczy to wszystkich krajów arabskich). Produkcją destylatów zajmowali się tam Żydzi, a ich flagowym produktem była mahia – destylat z fig. Dzisiaj potomkowie marokańskich Żydów, rodzina Nahmia, produkują ją nadal w USA. Mahia rabi amrane (pełna nazwa) jest ciągle najpopularniejszym mocnym trunkiem w Maroku i stanowi tam 50% rynku. Zakupiona butelka nosi nazwę Chaouia, która jest skróconą nazwą jednego z szesnastu regionów Maroka. Jest to region sąsiadujący z regionem Grand Casablanca, a jako miejsce produkcji podana jest właśnie Casablanca, wiec geograficznie jest to strzał prawie w 10. Na etykiecie widać palmy i wielbłądy, to pierwsze ma mało wspólnego z figowcami, te drugie możliwe (ale mało), że są konsumentami mahii. Producent to Chai Andrieux, sieć podpowiada, że największy producent destylatów w Maroku. Na butelce widać też hebrajski napis תיוואש, niestety translatory nie pomogły mi go zrozumieć. Jako składniki podano alkohol, wodę destylowaną, naturalne wyciągi z fig. Czyli co to jest, destylat aromatyzowany figami? Nie byłoby to takie złe, w pamięci mam tunezyjską daktylową boukhę czy figowy likier Thibarine. Niestety „reality bites” – alkohol okazuje się pospolitą anyżówką. Figa niewyczuwalna, anyżkowy aromat syntetyczny, wódka rozwodniona nie barwi się na biało. Umówmy się – marokańczycy nie są koneserami destylatów. Jedynym plusem jest brak kaca po spożyciu butelki. Jak pisałem jestem fanem anyżówek, ale są dobre i złe, ta była fatalna. W dodatku znalazłem informację, że mahia nie musi być z fig, może być z czegokolwiek, musi tylko być aromatyzowana anyżkiem. Podejrzewam, że moją mahię destylowano z wielbłąda z etykiety.
PS. Choć Casablanca jest miejscem akcji bardzo znanego filmu, to zdjęcia do niego nakręcono w studiu – tak więc Bogart raczej nie miał okazji pić marokańskiej mahii. Co nie znaczy, że wylewał za kołnierz – wręcz przeciwnie on i jego znajomi, znani jako The Rat Pack, pili dużo – głównie bourbona.
Co do filmów z alkoholem to są ich tysiące, niestety w zdecydowanej większości alkohol jest tam sprawcą samych nieszczęść, a autorzy nie skupiają się na walorach smakowych, a na wręcz przeciwnie – starają się nam spożycie obrzydzić. Kiedy sam siebie pytam, czy gdzieś w ogóle pada nazwa konkretnego alkoholu, to nie przypominam sobie chyba żadnego – martini w serii o Bondzie jest nazwą drinka, a nie konkretną marką wermutu (podobno teraz Bond pije jakieś piwo). Pewnie za dużo wymagam, umieszczenie danej marki to już lokowanie produktu, za to ktoś musi sporo zapłacić, widocznie brakuje funduszy. Chwalebnym wyjątkiem jest polski film „Demony wojny według Goyi”, gdzie główną rolę grała Wódka Źródlana („bo po niej się nie ma kaca” mówi jeden z bohaterów). Pamiętacie jakieś filmy, w których pojawia się co najmniej konkretny gatunek lub marka mocnych alkoholi?
PS. Choć Casablanca jest miejscem akcji bardzo znanego filmu, to zdjęcia do niego nakręcono w studiu – tak więc Bogart raczej nie miał okazji pić marokańskiej mahii. Co nie znaczy, że wylewał za kołnierz – wręcz przeciwnie on i jego znajomi, znani jako The Rat Pack, pili dużo – głównie bourbona.
Co do filmów z alkoholem to są ich tysiące, niestety w zdecydowanej większości alkohol jest tam sprawcą samych nieszczęść, a autorzy nie skupiają się na walorach smakowych, a na wręcz przeciwnie – starają się nam spożycie obrzydzić. Kiedy sam siebie pytam, czy gdzieś w ogóle pada nazwa konkretnego alkoholu, to nie przypominam sobie chyba żadnego – martini w serii o Bondzie jest nazwą drinka, a nie konkretną marką wermutu (podobno teraz Bond pije jakieś piwo). Pewnie za dużo wymagam, umieszczenie danej marki to już lokowanie produktu, za to ktoś musi sporo zapłacić, widocznie brakuje funduszy. Chwalebnym wyjątkiem jest polski film „Demony wojny według Goyi”, gdzie główną rolę grała Wódka Źródlana („bo po niej się nie ma kaca” mówi jeden z bohaterów). Pamiętacie jakieś filmy, w których pojawia się co najmniej konkretny gatunek lub marka mocnych alkoholi?
niedziela, 5 stycznia 2014
Meandry marksizmu-spenceryzmu (t. I)
Sylwester miał się taplać w winie musującym, ale naprawdę trudno jest uniknąć mocniejszych trunków. Tym razem był to desant ze sklepu Marx & Spencer. Pisałem już o winach stamtąd, na początku byłem bardzo zadowolony, później podstawową cenę wina podniesiono z 21 do 27 zł, a gust sommeliera jest zbyt narzucający się, wszystkie sauvignon blanc w okolicach tej ceny smakują identycznie, wszystkie shirazy czy chardonnay też. Wygląda to tak, jakby sieć skupiła się raczej na różnorodności etykiet, a nie zawartości. Warto wyłącznie polować na promocje, ale wtedy wybór ogranicza się do około pięciu butelek. Kiedyś w ofercie oprócz win były tylko cydry, spróbowałem je, ich niebotyczne ceny nie przekładały się na jakość. Nowością obecnie są mocne trunki – w okresie świątecznym przecenione o jakieś 20%. Wybór padł na brandy oraz – a jakżeby inaczej – na rum. Brandy (0,5 l za 39 zł) ma wdzięczną nazwę Napoleon, przyspawaną onegdaj do najgorszych przedstawicieli tego gatunku, na etykiecie są dwa medaliony z profilami kobiecym i żeńskim – tak więc szata graficzna jest zdecydowanie nierównouprawnieniowa, brandy powinno się co najmniej nazywać „Napoleon i Józefina”, a najlepiej „Dwoje Napoleonów”. Poza tym mamy napis VSOP i „Aged 3 years”. Gdyby to był cognac to VSOP oznaczałoby minimum trzy i pół roku w beczce, „Napoleon” zaś sześć i pół roku, ale to jest brandy, więc prawdziwa jest tylko informacja o trzech latach (na kontretykiecie potwierdzona jeszcze napisem, że te lata spędzono w dębowej beczce). Tam też przeczytacie, że naturalny kolor to efekt dodania karmelu – od czasu, gdy zobaczyłem ten dodatek w 10-letnich malt whisky nic mnie nie zdziwi, ostrzegam jednak, że karmel ma smak, i jest to smak słodki. Taka też jest ta brandy – trochę za słodka, zbyt mało wytrawna. Ale nadal pijalna, niezła, a cena (promocyjna) jest dodatkowym atutem. Cena rumu jest już bardzo promocyjna – 27 zł za 0,7 l. Biała etykieta narzuca skojarzenie z klasyczną „carta blanca”, choć na kontretykiecie jest napis, że rum (biały) wyprodukowano z melasy, a nie z soku trzcinowego. Jako miejsce produkcji podano Gujanę, faktycznie na Gujanie robi się rum z melasy, ale najbardziej dla niej typowy jest ciemny, no i rum stamtąd jest mocniejszy niż 37,5%. Na polskiej kontretykiecie napisano, że kobiety planujące ciążę powinny unikać alkoholu, zabrakło jednak napisu, że mężczyźni planujący ciążę u partnerek też go powinni unikać – jak widać równouprawnienie na Wyspach jest fikcją wykreowaną przez tamtejsze media (co prawda w Polsce napisano by pewnie, że kobiety planujące ciążę powinny pić dużo alkoholu). Marx & Spencer bardziej potrafi zrównać nabywców zabawek niż alkoholu. Jak to w każdym razie smakuje? Typowy smak alkoholu rozlanego na podłodze, następnie wykorzystanego do jej umycia i wyżętego ze szmaty, którą tę podłogę wytartą. Koszmar. Sam zapach może posłużyć do zabijania mniejszych owadów, ale smak jest jeszcze gorszy. Nie pomoże żadna coca-cola, nie mogłem tego wypić do końca, część wylądowała w zlewie, ekolodzy mi tego nie darują. Naj-naj-najgorszy rum wypity w ramach rumowej wycieczki. Ta sama cena co rum z Lidla, natomiast zawartość to kompletne rumowe dno.
W M&S jest też jeszcze gin w cenie 70 zł – ale za te pieniądze można kupić Bombay Sapphire – i kilka innych napojów. Wpadnę tam niedługo i opisze jakieś inne płyny.
W M&S jest też jeszcze gin w cenie 70 zł – ale za te pieniądze można kupić Bombay Sapphire – i kilka innych napojów. Wpadnę tam niedługo i opisze jakieś inne płyny.
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Co piła Cesaria Evora?
Święta, święta i po świętach, a wy co piliście w ich trakcie? Ja postanowiłem poprzestać na trunkach biblijnych, ale życie lubi płatać figle, bo dostałem w prezencie butelkę Dark Whisky. W zamierzchłych czasach Dark Whisky z Zielonej Góry była jedyną whisky produkowaną w Polsce, pamiętam ją jako trunek ohydny, będący fatalną podróbką brytyjskiego pierwowzoru. Niesprawiedliwie zapewne sądziłem, że robi się ją dolewając syntetyczny aromat do alkoholu. Nie wiedziałem, że wytwórca zaprzestał produkcji – czy to ze względów formalnych czy finansowych – i teraz pod tą nazwą sprzedawana jest blended scotch whisky. Wystarczyło powąchać, żeby stwierdzić, że tak źle jak kiedyś było to już nie będzie. A po spróbowaniu... Gdyby to była degustacja w ciemno to bym obstawiał czerwonego Wędrowniczka. A że nie była w ciemno to po chwili wahania dałem przewagę Dark Whisky. Cenowo też jest niewielkie zwycięstwo, WD w sieci sprzedawane jest po 40 zł za 0,7 l (czyli w marketach może być tańsza), JW był w promocjach przedświątecznych sprzedawany w Almie po 60 zł za 1 l.
Wpis o Wyspach Zielonego Przylądka szykowany był od pewnego czasu, sądziłem, że ten temat przedstawiony w mroźny grudniowy czas rozgrzeje czytelników, a tu niespodzianka – nie ma zimy. Ale zapowiadałem już końcówkę wątku rumowego, więc piszę. Otóż na tych wyspach lokalnym napojem jest właśnie rum, ale funkcjonujący tam pod nazwą „grog” czy raczej „grogu” (pisane „grogue”). To zwykły rum wytwarzany z soku z trzciny cukrowej. Jak się domyślacie nie byłem w tym roku na Cabo Verde, ale w dużej części miejsc, z których trunki próbuję przecież nie byłem, tylko prosiłem znajomych o ich przywiezienie. To nie jest takie proste, bo po pierwsze muszę dość dokładnie opisać co, za ile i gdzie można kupić – a i tak to jest rosyjska ruletka. Pomijam sytuacje bez wyjścia, jak na przykład wskazanie alkoholu do przywiezienia z Bangladeszu, ale generalnie znajomi nie są tak zafiksowani na alkoholu jak ja, więc mimo wskazówek często się mylą. Rekordzista poproszony o przywiezienie z Izraela likieru Sabra (dostępnego tam wszędzie) nabył na lotnisku w Tel-Awiwie butelkę śliwowicy ze Strykowa. Tym razem było dość łatwo, organizator wycieczki, duże biuro podróży Itaka, zorganizował też wizytę u producenta grogu. Producent oczywiście sprzedawał swoje produkty, więc zadanie zostało wykonane. Problem w tym, że najczęściej w miejscach, do których sprowadza się turystów towar jest średniej lub złej jakości, nie sprzedaje się go po to, by zachęcić klienta do powrotu, ale po to by się go (towaru, ale i klienta) pozbyć, wypychając sobie przy tym kieszenie utargiem. Alkohol należy kupować tam, gdzie go kupują tubylcy – w przypadku Zielonego Przylądka po prostu w sklepie (ale ta zasada też może nie zadziałać, o tym za kilka dni). No wiec kupiony grogu ma nalepkę z nazwiskiem producenta, dwoma numerami telefonicznymi i dumnym napisem Grogue Velha – czyli grogu starzony. Po prostu tubylec wydestylował sok z trzciny, zapakował go na kilka lat do beczki, a teraz go sprzedaje w butelkach. Brzmi cudnie, ale jedyne beczki jakie widział tubylec są plastikowe, a kolor brązowy to oczywiście wspomnienie po karmelu. Efekt – dość słaby rum przesłodzony karmelem. Oryginalny grogu jest mocny, a nawet bardzo mocny, można kupić 80%. Ten był pijalny, ale to nie to z czego mogłaby być dumna Cesaria Evora. Lokalną specjalnością jest caipirinha – taka sama nazwa jak brazylijskiego koktajlu – ale składniki są inne, to po prostu grogu z czymkolwiek. Na zdjęciu widzicie butelkę po coca-coli (przynajmniej wykazują ekologiczne podejście do jednorazowych opakowań), z nalepką z nazwiskiem producenta, dwoma numerami telefonicznymi i dumnym napisem „Caipirinha Maracuja”. Środek zawierał grogu (oby) wymieszane z jakimś marketowym napojem o nieznanym mi smaku. To było jeszcze zabawniejsze niż sam grogu.Zbliża się koniec roku, na balkonie chłodzą się wina musujące, składam wam życzenia wszystkiego najlepszego w 2014, a sobie życzę wielu wpisów, bo to oznaczać będzie w miarę zasobny portfel, trochę wolnego czasu, zdrowie w normie i dobry humor.
wtorek, 17 grudnia 2013
Yo ho, yo ho, trzy butelki rumu, a zwycięzcą jest...
Poszedłem do tego Lidla, zdobyłem sześć nalepek i informację, że książki kucharskiej już nie ma. To nawet dobrze, bo była mi zupełnie zbędna. Kupiłem za to rum Liberté – w niezłej cenie poniżej 30 zł. Z trójki wypitych ten jest biały, to zaleta, bo dodatki w pozostałych dwóch nic w nich nie poprawiły, wręcz przeciwnie. Niemiecki producent (100-letnia rodzinna firma), ale wyraźnie wskazane miejsce pochodzenia – francuski Reunion. Nie ma medali, są propozycje podania i wskazówka, że jest idealny do long drinków i koktajli. To akurat jest prawda, nie da się tego zbyt dużo wypić saute, ale trzeba mu oddać jedno – to jest rum. Dodałem pepsi-coli w proporcji 1/1, bez lodu, ale z plasterkiem cytryny i dało się to bez bólu wypić. Obok na półkach kusił biały Bacardi za 50 zł, ale chyba wolę pooszczędzać i kupić starzony (jak wszystkie stamtąd) rum z Martyniki, np. Rum Clement można u nas kupić za jedyne 100 zł, czyli za odpowiednik czterech Liberté. Wracając do zwycięzcy – paradoksalnie wygrał trunek najtańszy, ale z drugiej strony najmniej oszukany dodatkami i opisami. O rumie może jeszcze w tym roku postaram się napisać.
PS. Żeby już zakończyć ten przegląd "sieciowych" rumów kupiłem sobie 0,5 l białego Bacardi za 40 zł i mając w pamięci Liberte wypiłem. No cóż Bacardi jest lepsze, ale niewiele. Jeśli ktoś kupuje rum do drinków - a niestarzony chyba nie nadaje się do czegoś innego - warto za pół ceny kupić ten lidlowski. Co mnie po doświadczeniach z bourbonem (i Majestatem, najgorszą brandy na świecie) zdziwiło.
PS. Żeby już zakończyć ten przegląd "sieciowych" rumów kupiłem sobie 0,5 l białego Bacardi za 40 zł i mając w pamięci Liberte wypiłem. No cóż Bacardi jest lepsze, ale niewiele. Jeśli ktoś kupuje rum do drinków - a niestarzony chyba nie nadaje się do czegoś innego - warto za pół ceny kupić ten lidlowski. Co mnie po doświadczeniach z bourbonem (i Majestatem, najgorszą brandy na świecie) zdziwiło.
czwartek, 12 grudnia 2013
Drogo nad rzeką Moskwą (cz. 2)
Putin zadekretował ograniczenia w sprzedaży alkoholu, o minimalnej cenie wódki pisałem, ale poza tym jest to: brak reklam w telewizji (to akurat dobry pomysł, dekadę temu reklamy piwa sąsiadowały z porannymi kreskówkami dla dzieci), zakaz sprzedaży w okolicy pewnych instytucji, w efekcie zniknęły kioski z alkoholem, widziałem takie tylko poza Moskwą w drodze na lotnisko, no i zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach w nocy. Efekt – nie ma sklepów nocnych, za to pojawiło się sporo lokali całodobowych, podejrzewam, że duża część z nich w nocy funkcjonuje dzięki spragnionym klientom.
Nie miałem zbyt dużego wpływu na dobór wypijanych trunków, bo jako gość byłem ciągle czymś częstowany, wiec opiszę raczej średnie gusta moskwiczan, niż to co sam bym polecał. Zacznijmy od piwa. W sklepach są głównie piwa z browarów moskiewskich, leningradzkie Bałtiki to najgorszy sort, eksponowane nie na półkach, ale w skrzynkach pod półkami. Piwa są w smaku przeciętne (choć ta przeciętność to kilka półek wyżej nad polskimi piwami, ale o to nietrudno), dominują pilsy i pszeniczne. Piwo Chamowniki ma fajną butelkę i kapsel z zawleczką, ale już zawartość jest taka sobie – wspominam o nim, bo ma już dystrybutora w Polsce, więc sami możecie spróbować – ale u nas kosztuje aż 7,60 zł. Najlepsze od tego producenta jest Mospiwo – choć to zwykły pils. Czy coś mogę specjalnie polecić? Odkryłem armeńskie piwo Gyumri, producent nic o tym nie wspomina, ale ma lekko cytrusowy posmak, bardzo odświeżające, a jednocześnie nadal chmielowe. Do nabycia na WDNCh (o tym za chwilę). Znalazłem też piwo Столичное Двойное Золотое – to próba odtworzenia historycznej receptury z lat 30-tych. W składzie oprócz słodu jest mąka ryżowa, ale tylko 5% – jest dobre do czebureków, polecam (cena ok. 4,50 zł). Wina nie cieszą się specjalną popularnością, moskwiczanie kupują je we francuskich sieciowych marketach, tak wiec piją to co i my. Na szczęście powrót na rynek rosyjski win gruzińskich jest już zauważalny, wiec można kupić saperawi za jakieś 20 zł i to zapewne okaże się dobry wybór. Wina musujące – ja chciałem pić te moskiewskie, ale gospodarze twierdzili, że lepsze są krymskie – no cóż, nie były złe, nawet półsłodkie okazywały się rozsądnie zbalansowane i prawie nie wyczuwałem w nich cukru. Legendarne wino musujące Kornet nie jest już produkowane, szkoda.
Mocne alkohole to oczywiście wódka i koniaki. Wódka jest zbożowa, z wyraźnym smakiem, wódki wielokrotnie (lub ciągle) destylowane są na rynku, ale nie są mile widziane (zresztą mają niebotyczne ceny i dziwaczne butelki, np. w kształcie kła mamuta). Z produkcji ludowej piłem bimber z pokrzyw, bardzo ciekawy smak. Obok wódki króluje brandy, a tu niewątpliwym liderem jest armeński Ararat. Zajął miejsce koniaków gruzińskich i niełatwo będzie mu je odebrać. Żeby go popróbować należy udać się na teren WDNCh – to stara nazwa, oznacza Wystawę Osiągnięć Gospodarki Narodowej ZSRR, teraz to jest Ogólnorosyjskie Centrum Wystawowe. Ostał się tam pawilon armeński, a w nim można wszystkich trunków armeńskich spróbować na kieliszki (a także kupić w butelkach). Tak więc są Araraty od 13 do 55 zł za pięćdziesiątkę – ten najdroższy to 20-latek. Są też produkty wytwórni Artsakh (Арцах) – producenta koniaków i destylatów owocowych. Odkryciem jest tutowka czyli destylat z morwy. Kieliszek za 13 lub 15 zł – zdecydowanie lepsza jest ta druga wersja, złota, trzy lata w beczce, 57% mocy. W Aromatnym Mirze butelka kosztuje 155 zł, ale w dobrych sklepach już o 50 zł mniej. Dobre koniaki kosztują w okolicach 70 zł, tym razem piłem głównie te spoza Moskwy, są bardziej мягкие czyli łagodne, a ja właśnie lubię tę toporność i wytrawność moskiewskich. Czym popijać? Zdecydowanie tarchunem. Tarchun to tradycyjny gruziński napój z estragonu. Świeży estragon jest zresztą łatwo dostępny na gruzińskich bazarach, w Polsce go w tej postaci nie widziałem. Tarchun ma zielony odblaskowy kolor i czuć w nim wyraźną nutę anyżkowa – jest za to odpowiedzialny zawarty w nim estragol, kuzyn anetolu. Podany na zimno napój ten jest bardzo odświeżający, coś jak drink ze świeżą miętą. Dziwny odblaskowy kolor jest jak najbardziej naturalny – przygotowałem mięso z gałązkami estragonu i pod wpływem temperatury wyciekł z niego taki właśnie sok. A co na rano? Zdecydowanie woda mineralna Jessientuki 17. W smaku przypomina Borjomi, ale jest jeszcze bardziej zmineralizowana – ogólna mineralizacja nawet 14 g/l! To jest mój rekord w dziedzinie wód mineralnych nieleczniczych. Leczyć się zresztą nie musiałem, bo nie przypominam sobie, żebym w czasie tej wizyty był trzeźwy, czego i wam życzę.
Nie miałem zbyt dużego wpływu na dobór wypijanych trunków, bo jako gość byłem ciągle czymś częstowany, wiec opiszę raczej średnie gusta moskwiczan, niż to co sam bym polecał. Zacznijmy od piwa. W sklepach są głównie piwa z browarów moskiewskich, leningradzkie Bałtiki to najgorszy sort, eksponowane nie na półkach, ale w skrzynkach pod półkami. Piwa są w smaku przeciętne (choć ta przeciętność to kilka półek wyżej nad polskimi piwami, ale o to nietrudno), dominują pilsy i pszeniczne. Piwo Chamowniki ma fajną butelkę i kapsel z zawleczką, ale już zawartość jest taka sobie – wspominam o nim, bo ma już dystrybutora w Polsce, więc sami możecie spróbować – ale u nas kosztuje aż 7,60 zł. Najlepsze od tego producenta jest Mospiwo – choć to zwykły pils. Czy coś mogę specjalnie polecić? Odkryłem armeńskie piwo Gyumri, producent nic o tym nie wspomina, ale ma lekko cytrusowy posmak, bardzo odświeżające, a jednocześnie nadal chmielowe. Do nabycia na WDNCh (o tym za chwilę). Znalazłem też piwo Столичное Двойное Золотое – to próba odtworzenia historycznej receptury z lat 30-tych. W składzie oprócz słodu jest mąka ryżowa, ale tylko 5% – jest dobre do czebureków, polecam (cena ok. 4,50 zł). Wina nie cieszą się specjalną popularnością, moskwiczanie kupują je we francuskich sieciowych marketach, tak wiec piją to co i my. Na szczęście powrót na rynek rosyjski win gruzińskich jest już zauważalny, wiec można kupić saperawi za jakieś 20 zł i to zapewne okaże się dobry wybór. Wina musujące – ja chciałem pić te moskiewskie, ale gospodarze twierdzili, że lepsze są krymskie – no cóż, nie były złe, nawet półsłodkie okazywały się rozsądnie zbalansowane i prawie nie wyczuwałem w nich cukru. Legendarne wino musujące Kornet nie jest już produkowane, szkoda.Mocne alkohole to oczywiście wódka i koniaki. Wódka jest zbożowa, z wyraźnym smakiem, wódki wielokrotnie (lub ciągle) destylowane są na rynku, ale nie są mile widziane (zresztą mają niebotyczne ceny i dziwaczne butelki, np. w kształcie kła mamuta). Z produkcji ludowej piłem bimber z pokrzyw, bardzo ciekawy smak. Obok wódki króluje brandy, a tu niewątpliwym liderem jest armeński Ararat. Zajął miejsce koniaków gruzińskich i niełatwo będzie mu je odebrać. Żeby go popróbować należy udać się na teren WDNCh – to stara nazwa, oznacza Wystawę Osiągnięć Gospodarki Narodowej ZSRR, teraz to jest Ogólnorosyjskie Centrum Wystawowe. Ostał się tam pawilon armeński, a w nim można wszystkich trunków armeńskich spróbować na kieliszki (a także kupić w butelkach). Tak więc są Araraty od 13 do 55 zł za pięćdziesiątkę – ten najdroższy to 20-latek. Są też produkty wytwórni Artsakh (Арцах) – producenta koniaków i destylatów owocowych. Odkryciem jest tutowka czyli destylat z morwy. Kieliszek za 13 lub 15 zł – zdecydowanie lepsza jest ta druga wersja, złota, trzy lata w beczce, 57% mocy. W Aromatnym Mirze butelka kosztuje 155 zł, ale w dobrych sklepach już o 50 zł mniej. Dobre koniaki kosztują w okolicach 70 zł, tym razem piłem głównie te spoza Moskwy, są bardziej мягкие czyli łagodne, a ja właśnie lubię tę toporność i wytrawność moskiewskich. Czym popijać? Zdecydowanie tarchunem. Tarchun to tradycyjny gruziński napój z estragonu. Świeży estragon jest zresztą łatwo dostępny na gruzińskich bazarach, w Polsce go w tej postaci nie widziałem. Tarchun ma zielony odblaskowy kolor i czuć w nim wyraźną nutę anyżkowa – jest za to odpowiedzialny zawarty w nim estragol, kuzyn anetolu. Podany na zimno napój ten jest bardzo odświeżający, coś jak drink ze świeżą miętą. Dziwny odblaskowy kolor jest jak najbardziej naturalny – przygotowałem mięso z gałązkami estragonu i pod wpływem temperatury wyciekł z niego taki właśnie sok. A co na rano? Zdecydowanie woda mineralna Jessientuki 17. W smaku przypomina Borjomi, ale jest jeszcze bardziej zmineralizowana – ogólna mineralizacja nawet 14 g/l! To jest mój rekord w dziedzinie wód mineralnych nieleczniczych. Leczyć się zresztą nie musiałem, bo nie przypominam sobie, żebym w czasie tej wizyty był trzeźwy, czego i wam życzę.
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Biedronka w wersji Makro
Pozwalam sobie jednak na osobny wpis na temat rumu ze sklepów sieciowych, ostrzeżeń nigdy dość. Kiedy uznałem że rum z Makro Cash & Carry jest pijalny, musiałem być chyba bardzo wstawiony. Nie mówiąc już o tym, że skoro ciągle piszę, ze za 35 zł nie można kupić dobrej podróbki klasycznego leżakowanego trunku (lub choćby takiego, którego produkcja wykracza poza prosty sposób destylacji czegoś taniego), to dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Rum „White Diamonds Black” to ta sama ścierka której użyto w produkcji rumu z Biedronki, no może wyżymano ją kilka chwil krócej. Nie ma takiej możliwości, żeby to wypić bez dodatków. Pora na lekturę etykiet. Jako wytwórcę podano "Liqueur & wine trade GmbH", wiec łatwo sprawdzić, że firma należy do grupy Metro – a więc nie ma wątpliwości, że to typowy produkt sieciowy. Słowo „black” pojawia się cztery razy, na szczęście jest też informacja, że kolor pochodzi od 150a (produkty niemieckie muszą mieć informację o dodaniu karmelu). „Ideal as a mixer or for cocktails” – mój słownik podpowiada mi, ze „mixer” to bezalkoholowy dodatek do drinków, ale mniejsza o to – jest wyraźna sugestia, żeby nie pić saute (podkreślona na polskiej kontretykiecie: „doskonały dodatek do gorącej herbaty”). Wyprodukowano z „finest sugar cane” – no cóż, uwierzmy im na słowo (i na europejskie przepisy), gdzieś w dalekim tle ćmi smak prawdziwego rumu. Na etykiecie jest jeszcze logo „Cotisation Securite Sociale” – wymiękłem, nie mogę tego rozgryźć, i na osłodę coś na kształt medalu z pięcioma gwiazdkami i napisem „white rum”. Na złodzieju czapka gore, im gorszy trunek tym więcej chaosu, mylących informacji i złotych medali. Inne rumu na półkach Makro to Bacardi, Havana Club i Captain Morgan – ale ceny zaczynają się od 70 zł. Z podróbek polskie Golden Rum i Rum Seniorita oraz austriacki Stroh – polecam w wersji 80-gradusowej.PS. Tutaj są przepisy europejskie, o których pisałem. Wynika z nich, że rum musi być w 100% zrobiony z melasy lub soku z trzciny cukrowej, nie może być wymieszany z innym alkoholem, nie może być aromatyzowany, jedynym dodatkiem może być karmel. O szmatach nic nie piszą. Z tego przepisu wzięły się problemy z czeskim rumem, który nazywał się tuzemský (miejscowy). Z nazwy wycięto słowo "rum", pojawiły się inne, w tym zabawny "tuzemský um". Stanęło w końcu na "tuzemáku". Niewiem, który tuzemak jest najlepszy, nie wydaje mi się, zeby się specjalnie od siebie różniły. Jeden co prawda się wyróżnił, to ten ostatnio fałszowany poprzez dodanie czegoś mocniejszego niż etanol. W Polsce centralnej tuzemák można kupić w Kauflandzie. Skoro polskie rumy używają tej właśnie nazwy, to czy są podróbkami? Nie, nie mogą i według producentów nie są. Mam nadzieję, ze to oświadczenie mnie procesowo zabezpiecza. A co ze Strohem? Stroh to tak zwany Inländer-Rum (czyli właśnie tuzemak), ale ponieważ nie uwzględniono go w spisie alkoholi w przytoczonym dokumencie, używać nazwy rum nie może. A więc raz nie używa, raz używa, w obiegu są różne etykiety, na ich stronie www używają, a na stronie polskiego dystrybutora nie. Udało się za to Niemcom, dokument uwzględnia ich Rum-Verschnitt (min. 5% rumu).
Subskrybuj:
Posty (Atom)








