poniedziałek, 30 grudnia 2013

Co piła Cesaria Evora?

Święta, święta i po świętach, a wy co piliście w ich trakcie? Ja postanowiłem poprzestać na trunkach biblijnych, ale życie lubi płatać figle, bo dostałem w prezencie butelkę Dark Whisky. W zamierzchłych czasach Dark Whisky z Zielonej Góry była jedyną whisky produkowaną w Polsce, pamiętam ją jako trunek ohydny, będący fatalną podróbką brytyjskiego pierwowzoru. Niesprawiedliwie zapewne sądziłem, że robi się ją dolewając syntetyczny aromat do alkoholu. Nie wiedziałem, że wytwórca zaprzestał produkcji – czy to ze względów formalnych czy finansowych – i teraz pod tą nazwą sprzedawana jest blended scotch whisky. Wystarczyło powąchać, żeby stwierdzić, że tak źle jak kiedyś było to już nie będzie. A po spróbowaniu... Gdyby to była degustacja w ciemno to bym obstawiał  czerwonego Wędrowniczka. A że nie była w ciemno to po chwili wahania dałem przewagę Dark Whisky. Cenowo też jest niewielkie zwycięstwo, WD w sieci sprzedawane jest po 40 zł za 0,7 l (czyli w marketach może być tańsza), JW był w promocjach przedświątecznych sprzedawany w Almie po 60 zł za 1 l. 
Wpis o Wyspach Zielonego Przylądka szykowany był od pewnego czasu, sądziłem, że ten temat przedstawiony w mroźny grudniowy czas rozgrzeje czytelników, a tu niespodzianka – nie ma zimy. Ale zapowiadałem już końcówkę wątku rumowego, więc piszę. Otóż na tych wyspach lokalnym napojem jest właśnie rum, ale funkcjonujący tam pod nazwą „grog” czy raczej „grogu” (pisane „grogue”). To zwykły rum wytwarzany z soku z trzciny cukrowej. Jak się domyślacie nie byłem w tym roku na Cabo Verde, ale w dużej części miejsc, z których trunki próbuję przecież nie byłem, tylko prosiłem znajomych o ich przywiezienie. To nie jest takie proste, bo po pierwsze muszę dość dokładnie opisać co, za ile i gdzie można kupić – a i tak to jest rosyjska ruletka. Pomijam sytuacje bez wyjścia, jak na przykład wskazanie alkoholu do przywiezienia z Bangladeszu, ale generalnie znajomi nie są tak zafiksowani na alkoholu jak ja, więc mimo wskazówek często się mylą. Rekordzista poproszony o przywiezienie z Izraela likieru Sabra (dostępnego tam wszędzie) nabył na lotnisku w Tel-Awiwie butelkę śliwowicy ze Strykowa. Tym razem było dość łatwo, organizator wycieczki, duże biuro podróży Itaka, zorganizował też wizytę u producenta grogu. Producent oczywiście sprzedawał swoje produkty, więc zadanie zostało wykonane. Problem w tym, że najczęściej w miejscach, do których sprowadza się turystów towar jest średniej lub złej jakości, nie sprzedaje się go po to, by zachęcić klienta do powrotu, ale po to by się go (towaru, ale i klienta) pozbyć, wypychając sobie przy tym kieszenie utargiem. Alkohol należy kupować tam, gdzie go kupują tubylcy – w przypadku Zielonego Przylądka po prostu w sklepie (ale ta zasada też może nie zadziałać, o tym za kilka dni). No wiec kupiony grogu ma nalepkę z nazwiskiem producenta, dwoma numerami telefonicznymi i dumnym napisem Grogue Velha – czyli grogu starzony. Po prostu tubylec wydestylował sok z trzciny, zapakował go na kilka lat do beczki, a teraz go sprzedaje w butelkach. Brzmi cudnie, ale jedyne beczki jakie widział tubylec są plastikowe, a kolor brązowy to oczywiście wspomnienie po karmelu. Efekt – dość słaby rum przesłodzony karmelem. Oryginalny grogu jest mocny, a nawet bardzo mocny, można kupić 80%. Ten był pijalny, ale to nie to z czego mogłaby być dumna Cesaria Evora. Lokalną specjalnością jest caipirinha – taka sama nazwa jak brazylijskiego koktajlu – ale składniki są inne, to po prostu grogu z czymkolwiek. Na zdjęciu widzicie butelkę po coca-coli (przynajmniej wykazują ekologiczne podejście do jednorazowych opakowań), z nalepką z nazwiskiem producenta, dwoma numerami telefonicznymi i dumnym napisem „Caipirinha Maracuja”. Środek zawierał grogu (oby) wymieszane z jakimś marketowym napojem o nieznanym mi smaku. To było jeszcze zabawniejsze niż sam grogu.
Jedyna rzeczą autentyczną (mam nadzieję) jaką mogę zaprezentować jest scena z miejsca produkcji grogu – na oczach turystów tubylcy w archaicznym urządzeniu wyciskają sok z trzciny cukrowej. Nie mają wytatuowanego nazwiska producenta i dwóch numerów telefonicznych, więc jest szansa, że to nie turystyczna atrapa.
Zbliża się koniec roku, na balkonie chłodzą się wina musujące, składam wam życzenia wszystkiego najlepszego w 2014, a sobie życzę wielu wpisów, bo to oznaczać będzie w miarę zasobny portfel, trochę wolnego czasu, zdrowie w normie i dobry humor.

wtorek, 17 grudnia 2013

Yo ho, yo ho, trzy butelki rumu, a zwycięzcą jest...

Poszedłem do tego Lidla, zdobyłem sześć nalepek i informację, że książki kucharskiej już nie ma. To nawet dobrze, bo była mi zupełnie zbędna. Kupiłem za to rum Liberté – w niezłej cenie poniżej 30 zł. Z trójki wypitych ten jest biały, to zaleta, bo dodatki w pozostałych dwóch nic w nich nie poprawiły, wręcz przeciwnie. Niemiecki producent (100-letnia rodzinna firma), ale wyraźnie wskazane miejsce pochodzenia – francuski Reunion. Nie ma medali, są propozycje podania i wskazówka, że jest idealny do long drinków i koktajli. To akurat jest prawda, nie da się tego zbyt dużo wypić saute, ale trzeba mu oddać jedno – to jest rum. Dodałem pepsi-coli w proporcji 1/1, bez lodu, ale z plasterkiem cytryny i dało się to bez bólu wypić. Obok na półkach kusił biały Bacardi za 50 zł, ale chyba wolę pooszczędzać i kupić starzony (jak wszystkie stamtąd) rum z Martyniki, np. Rum Clement można u nas kupić za jedyne 100 zł, czyli za odpowiednik czterech Liberté. Wracając do zwycięzcy – paradoksalnie wygrał trunek najtańszy, ale z drugiej strony najmniej oszukany dodatkami i opisami. O rumie może jeszcze w tym  roku postaram się napisać.

PS. Żeby już zakończyć ten przegląd "sieciowych" rumów kupiłem sobie 0,5 l białego Bacardi za 40 zł i mając w pamięci Liberte wypiłem. No cóż Bacardi jest lepsze, ale niewiele. Jeśli ktoś kupuje rum do drinków - a niestarzony chyba nie nadaje się do czegoś innego - warto za pół ceny kupić ten lidlowski. Co mnie po doświadczeniach z bourbonem (i Majestatem, najgorszą brandy na świecie) zdziwiło.

czwartek, 12 grudnia 2013

Drogo nad rzeką Moskwą (cz. 2)

Putin zadekretował ograniczenia w sprzedaży alkoholu, o minimalnej cenie wódki pisałem, ale poza tym jest to: brak reklam w telewizji (to akurat dobry pomysł, dekadę temu reklamy piwa sąsiadowały z porannymi kreskówkami dla dzieci), zakaz sprzedaży w okolicy pewnych instytucji, w efekcie zniknęły kioski z alkoholem, widziałem takie tylko poza Moskwą w drodze na lotnisko, no i zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach w nocy. Efekt – nie ma sklepów nocnych, za to pojawiło się sporo lokali całodobowych, podejrzewam, że duża część z nich w nocy funkcjonuje dzięki spragnionym klientom.
Nie miałem zbyt dużego wpływu na dobór wypijanych trunków, bo jako gość byłem ciągle czymś częstowany, wiec opiszę raczej średnie gusta moskwiczan, niż to co sam bym polecał. Zacznijmy od piwa. W sklepach są głównie piwa z browarów moskiewskich, leningradzkie Bałtiki to najgorszy sort, eksponowane nie na półkach, ale w skrzynkach pod półkami. Piwa są w smaku przeciętne (choć ta przeciętność to kilka półek wyżej nad polskimi piwami, ale o to nietrudno), dominują pilsy i pszeniczne. Piwo Chamowniki ma fajną butelkę i kapsel z zawleczką, ale już zawartość jest taka sobie – wspominam o nim, bo ma już dystrybutora w Polsce, więc sami możecie spróbować – ale u nas kosztuje aż 7,60 zł. Najlepsze od tego producenta jest Mospiwo – choć to zwykły pils. Czy coś mogę specjalnie polecić? Odkryłem armeńskie piwo Gyumri, producent nic o tym nie wspomina, ale ma lekko cytrusowy posmak, bardzo odświeżające, a jednocześnie nadal chmielowe. Do nabycia na WDNCh (o tym za chwilę). Znalazłem też piwo Столичное Двойное Золотое – to próba odtworzenia historycznej receptury z lat 30-tych. W składzie oprócz słodu jest mąka ryżowa, ale tylko 5% – jest dobre do czebureków, polecam (cena ok. 4,50 zł). Wina nie cieszą się specjalną popularnością, moskwiczanie kupują je we francuskich sieciowych marketach, tak wiec piją to co i my. Na szczęście powrót na rynek rosyjski win gruzińskich jest już zauważalny, wiec można kupić saperawi za jakieś 20 zł i to zapewne okaże się dobry wybór. Wina musujące – ja chciałem pić te moskiewskie, ale gospodarze twierdzili, że lepsze są krymskie – no cóż, nie były złe, nawet półsłodkie okazywały się rozsądnie zbalansowane i prawie nie wyczuwałem w nich cukru. Legendarne wino musujące Kornet nie jest już produkowane, szkoda.
Mocne alkohole to oczywiście wódka i koniaki. Wódka jest zbożowa, z wyraźnym smakiem, wódki wielokrotnie (lub ciągle) destylowane są na rynku, ale nie są mile widziane (zresztą mają niebotyczne ceny i dziwaczne butelki, np. w kształcie kła mamuta). Z produkcji ludowej piłem bimber z pokrzyw, bardzo ciekawy smak. Obok wódki króluje brandy, a tu niewątpliwym liderem jest armeński Ararat. Zajął miejsce koniaków gruzińskich i niełatwo będzie mu je odebrać. Żeby go popróbować należy udać się na teren WDNCh – to stara nazwa, oznacza Wystawę Osiągnięć Gospodarki Narodowej ZSRR, teraz to jest Ogólnorosyjskie Centrum Wystawowe. Ostał się tam pawilon armeński, a w nim można wszystkich trunków armeńskich spróbować na kieliszki (a także kupić w butelkach). Tak więc są Araraty od 13 do 55 zł za pięćdziesiątkę – ten najdroższy to 20-latek. Są też produkty wytwórni Artsakh (Арцах) – producenta koniaków i destylatów owocowych. Odkryciem jest tutowka czyli destylat z morwy. Kieliszek za 13 lub 15 zł – zdecydowanie lepsza jest ta druga wersja, złota, trzy lata w beczce, 57% mocy. W Aromatnym Mirze butelka kosztuje 155 zł, ale w dobrych sklepach już o 50 zł mniej. Dobre koniaki kosztują w okolicach 70 zł, tym razem piłem głównie te spoza Moskwy, są bardziej мягкие czyli łagodne, a ja właśnie lubię tę toporność i wytrawność moskiewskich. Czym popijać? Zdecydowanie tarchunem. Tarchun to tradycyjny gruziński napój z estragonu. Świeży estragon jest zresztą łatwo dostępny na gruzińskich bazarach, w Polsce go w tej postaci nie widziałem. Tarchun ma zielony odblaskowy kolor i czuć w nim wyraźną nutę anyżkowa – jest za to odpowiedzialny zawarty w nim estragol, kuzyn anetolu. Podany na zimno napój ten jest bardzo odświeżający, coś jak drink ze świeżą miętą. Dziwny odblaskowy kolor jest jak najbardziej naturalny – przygotowałem mięso z gałązkami estragonu i pod wpływem temperatury wyciekł z niego taki właśnie sok. A co na rano? Zdecydowanie woda mineralna Jessientuki 17. W smaku przypomina Borjomi, ale jest jeszcze bardziej zmineralizowana – ogólna mineralizacja nawet 14 g/l! To jest mój rekord w dziedzinie wód mineralnych nieleczniczych. Leczyć się zresztą nie musiałem, bo nie przypominam sobie, żebym w czasie tej wizyty był trzeźwy, czego i wam życzę.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Biedronka w wersji Makro

Pozwalam sobie jednak na osobny wpis na temat rumu ze sklepów sieciowych, ostrzeżeń nigdy dość. Kiedy uznałem że rum z Makro Cash & Carry jest pijalny, musiałem być chyba bardzo wstawiony. Nie mówiąc już o tym, że skoro ciągle piszę, ze za 35 zł nie można kupić dobrej podróbki klasycznego leżakowanego trunku (lub choćby takiego, którego produkcja wykracza poza prosty sposób destylacji czegoś taniego), to dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Rum „White Diamonds Black” to ta sama ścierka której użyto w produkcji rumu z Biedronki, no może wyżymano ją kilka chwil krócej. Nie ma takiej możliwości, żeby to wypić bez dodatków. Pora na lekturę etykiet. Jako wytwórcę podano "Liqueur & wine trade GmbH", wiec łatwo sprawdzić, że firma należy do grupy Metro – a więc nie ma wątpliwości, że to typowy produkt sieciowy. Słowo „black” pojawia się cztery razy, na szczęście jest też informacja, że kolor pochodzi od 150a (produkty niemieckie muszą mieć informację o dodaniu karmelu). „Ideal as a mixer or for cocktails” – mój słownik podpowiada mi, ze „mixer” to bezalkoholowy dodatek do drinków, ale mniejsza o to – jest wyraźna sugestia, żeby nie pić saute (podkreślona na polskiej kontretykiecie: „doskonały dodatek do gorącej herbaty”). Wyprodukowano z „finest sugar cane” – no cóż, uwierzmy im na słowo (i na europejskie przepisy), gdzieś w dalekim tle ćmi smak prawdziwego rumu. Na etykiecie jest jeszcze logo „Cotisation Securite Sociale” – wymiękłem, nie mogę tego rozgryźć, i na osłodę coś na kształt medalu z pięcioma gwiazdkami i napisem „white rum”. Na złodzieju czapka gore, im gorszy trunek tym więcej chaosu, mylących informacji i złotych medali. Inne rumu na półkach Makro to Bacardi, Havana Club i Captain Morgan – ale ceny zaczynają się od 70 zł. Z podróbek polskie Golden Rum i Rum Seniorita oraz austriacki Stroh – polecam w wersji 80-gradusowej.

PS. Tutaj są przepisy europejskie, o których pisałem. Wynika z nich, że rum musi być w 100% zrobiony z melasy lub soku z trzciny cukrowej, nie może być wymieszany z innym alkoholem, nie może być aromatyzowany, jedynym dodatkiem może być karmel. O szmatach nic nie piszą. Z tego przepisu wzięły się problemy z czeskim rumem, który nazywał się tuzemský (miejscowy). Z nazwy wycięto słowo "rum", pojawiły się inne, w tym zabawny "tuzemský um". Stanęło w końcu na "tuzemáku". Niewiem, który tuzemak jest najlepszy, nie wydaje mi się, zeby się specjalnie od siebie różniły. Jeden co prawda się wyróżnił, to ten ostatnio fałszowany poprzez dodanie czegoś mocniejszego niż etanol. W Polsce centralnej tuzemák można kupić w Kauflandzie. Skoro polskie rumy używają tej właśnie nazwy, to czy są podróbkami? Nie, nie mogą i według producentów nie są. Mam nadzieję, ze to oświadczenie mnie procesowo zabezpiecza. A co ze Strohem? Stroh to tak zwany Inländer-Rum (czyli właśnie tuzemak), ale ponieważ nie uwzględniono go w spisie alkoholi w przytoczonym dokumencie, używać nazwy rum nie może. A więc raz nie używa, raz używa, w obiegu są różne etykiety, na ich stronie www używają, a na stronie polskiego dystrybutora nie. Udało się za to Niemcom, dokument uwzględnia ich Rum-Verschnitt (min. 5% rumu).

czwartek, 14 listopada 2013

Ugryzła mnie Biedronka

Podobno w tym roku pojawiła się jakaś drapieżna odmiana biedronek – zjada swoich polskich rodaków, a ludzi gryzie. No i stało się. Udałem się do Biedronki po wino. W tej sieci od czasu do czasu organizuje się tematyczny wysyp wina – zazwyczaj tematem jest kraj pochodzenia. Wysyp nie jest uzupełniany, więc z zakupem trzeba się spieszyć, po jakimś czasie na półkach zostaje to, czego już się nie da wypić. Najlepiej posłużyć się ściągawkami przygotowanymi przez Winicjatywę – i tak np. dziś ukazała się ściągawka dotycząca aktualnej kolekcji. Przy okazji takich zakupów zobaczyłem siedmioletni rum za jakieś 35 zł i zaryzykowałem. Opłaciło się – moja teoria, że dyskonty łżą jak bure suki potwierdziła się. Ciekawsze od smaku są historie wypisane na etykiecie. Otóż rum Gran Imperio jest „original imported”. Z kontretykiety wynika, że został wyprodukowany we Włoszech „na bazie tradycyjnych karaibskich technik produkcji”. Producent wie, że my wiemy, że w UE rum musi być wyprodukowany z trzciny cukrowej, więc już o tym nie wspomina. Zresztą to nie jest rum, to jest „rhum” (francuski) „superior” (angielski). Ale jest starzony („añejo” – hiszpański) przez 7 lat („años”). Z tym że przy tym dumnym napisie tkwi angielskie „type”. Podsumujmy: włoski „rhum” w typie starzonego przez siedem lat i wyprodukowany po karaibsku. Skomplikowane? Na kontretykiecie co prawda piszą, że rum jest siedmioletni, ale nie ma mowy o metodzie starzenia. Ja bym jednak stawiał na zwykła pomyłkę – w tym „rumie” przez siedem dni moczono zużytą szmatę do mycia podłóg – to już moje odczucia smakowe. Żeby być zupełnie szczerym czuć gdzieś bardzo daleko aromat rumu, i to raczej z trzciny niż syntetycznego, ale to jest bardzo daleko. Natomiast beczka jest gdzieś w innej galaktyce, moje nozdrza tam nie docierają. Generalnie – koszmar. Tego się nie da opisać – chyba tylko tak, ze to jest w swojej klasie jeszcze gorsze niż bourbon z Lidla. Zaatakowałem to coca-colą, ale za nią nie przepadam, a musiałem rozcieńczać 1 (rhumu) do 2 (c-c).
Skąd się ten zajzajer wziął? Rozwiązanie jest na wyciągnięcie myszy. Włoski producent wyprodukuje wam wszystko i podejrzewam, że jego podejście do unijnych przepisów nie jest rygorystyczne. Możecie kupić od niego nie tylko rumy, ale też m.in. gin, tequillę, szkocką whisky, armagnac (!) a nawet szampana (!!!). A to wszystko podparte własnoręcznie wyprodukowanymi certyfikatami – polecam trzeci z lewej, w angielskim tekście pojawia się nieznany w nim wyraz „bettler”, to po niemiecku znaczy „dziadostwo”. Cbdo.
PS. Znowu wyjdę na dziwaka, szukałem w sieci ocen, a te nieliczne, które znalazłem chwalą to coś. Przypomina mi to krótki film Godarda, bohater wychodzi na ulicę i widzi, że wszyscy zachowują się inaczej niż wczoraj i połykają jakieś pigułki. Po jakimś czasie odkrywa, ze Ziemię zaatakowali kosmici, tylko on tego nie zauważył. Coś przespałem?

PS z 19.11.2013. Okazuje się, że nazwa Gran Imperio też jest skradziona. To nazwa meksykańskiej tequili firmy Herradura.
PS2. Nie zrażaj się czytelniku, przeczytaj moje nowsze wpisy o rumach z Makro i Lidla.

środa, 30 października 2013

Wódka, która leczy

Dalszy ciąg relacji z Moskwy niedługo, teraz coś dla zdrowia. Czy alkohol można reklamować, wskazując na jego lecznicze wartości? Bittery i balsamy mogą być polecane na dolegliwości żołądkowe, miody, wódki, a nawet spirytus na przeziębienie (choć tu zapewne chodzi tylko o ich krótkotrwałe działanie rozgrzewające, więc raczej skuteczne nie są). Ale czy można napisać, ze wódka leczy? Otóż tak, udało się to braciom Czechom. Wódka nazywa się Czarne złoto i jest podpisana przez Uzdrowiska Trzebońskie. Trzeboń to uzdrowiskowa miejscowość na południu Czech, jednocześnie teren bogaty w torfowiska, i właśnie torf jest wykorzystywany do zabiegów leczniczych. Torf jest też źródłem huminów i właśnie one zostały użyte przy produkcji wódki Czarne złoto. A dokładnie to producent podaje jako skład alkohol, cukier i lignohumat. Tenże lignohumat to preparat huminowy stosowany w rolnictwie, ale jak widać tym razem zastosowano go na istotach ludzkich. Z opisu na kontretykiecie wynika, że zawarte w wódce huminy działają detoksykacyjnie (sic!) i antywirusowo. No i są odpowiedzialne za czarny kolor napoju. Kolor jest raczej ciemnobrązowy, smak gorzki, dominuje torf (jakżeby inaczej) i czekolada. Moc 40%, to jest coś w stylu klasycznych bitterów, na przykład węgierskiego Unicum, ale zamiast smaków ziołowych dominują torfowe. Bardzo miłe zaskoczenie, można spokojnie przedawkować. Producentem jest firma Fruko-Schulz z pobliskiej miejscowości Jindřichův Hradec. Założona w 1898 pod nazwą Moritz Schulz produkowała wpierw wina owocowe, znacjonalizowana w 1948 roku działała pod nazwą Fruko, teraz znów jest w rękach rodziny założycieli. Jej flagowym produktem jest tuzemak, ale robi też wódki, likiery, absynty a nawet szkocką whisky. Czarne złoto to uzdrowiskowa wersja ich wódki Alexander Pushkin Black. Przepis jest chroniony patentem. Taki odpowiednik produktu uzdrowiskowego znalazłem w Nałęczowie – tamtejszy miód Nałęczowski jest produkowany w lubelskim Apisie.
Przy okazji pozdrawiam moich dwóch czytelników (cała reszta wpada tu po ocenę bourbona z Leedla), gdybyście mieli jakieś uwagi co do formy bloga chętnie się zapoznam, może pora na jakieś zmiany?

PS z 14.11.2013. Spróbowałem inne trunki od Fruko-Schulz i niestety nie nadają się do polecenia. Biała pani to 30% podróbka becherowki, bardzo podobna, tylko aromatycznie słabsza. Brusinka to żurawinówka (40%), bardzo słaby aromat przez który przebija się za to mocny smak kiepskiego alkoholu.

niedziela, 13 października 2013

Drogo nad rzeką Moskwą (cz. 1)

Minęło 11 lat od mojej ostatniej wizyty w Moskwie, choć w międzyczasie goście stamtąd przywozili mi różne lokalne trunki, więc nie traciłem kontaktu z rosyjskim krwioobiegiem. Z poprzedniej wizyty zapamiętałem, że mimo że ceny w Moskwie były niebotycznie wyższe niż na prowincji, to jednak alkohol był dla mnie bez problemu finansowo dostępny. No cóż – zmiany, zmiany, zmiany. Moskwa buduje się szybciej niż Berlin i wyżej niż Frankfurt. Pojawiły się tysiące nowych sklepów, olbrzymie galerie handlowe, z których najmniejsza jest większa od największej warszawskiej. Ale też ceny wszystkiego poszybowały w kosmos, uzmysłowiłem to sobie zatrzymując się przed przypadkową witryną sklepu z telewizorami, na której stał ekran za 126 tysięcy złotych! (Zapewne w promocji.) Wszystkie towary importowane są droższe niż te same w Polsce, a miejscowych jest bardzo niewiele – lub trzeba wiedzieć, gdzie je odnaleźć. Uzależnieni od płynów powinni przerzucić się na benzynę – 95-tka kosztuje 3,30 zł, wygranymi są palacze papierosów – średnia cena to 5–6 zł. A co z alkoholem? Piwo w sklepach kosztuje od 5 zł, ale piwa importowane od 15 zł. Oferta win jest dość niewielka, rozrzut cen ogromny, najtaniej jest w sieciowych francuskich hipermarketach, od 15 zł, średnia niska cena w sklepie specjalistycznym to 40-50 zł. Zmiana przepisów dotyczących sprzedaży alkoholu spowodowała, ze minimalna cena wódki to 16,50, średnia 25 zł, moskiewska Stolichnaja kosztuje 32 zł. Rosyjskie koniaki średnio kosztują od 40 zł. Ceny alkoholi mocnych  importowanych przybliży wam oferta sieci sklepów monopolowych Aromatnyj Mir – podaje ceny kilku trunków porównując je z cenami w naszym internetowym sklepie Ballantines (a więc jednym z droższych): Jim Beam, 0,7 l: 161 zł/85 zł,  czerwony Jaś Wędrowniczek 0,7 l: 158/70, biały Bushmills, 0,7: 168/95, Passoa, 0,7 l: 131/75, białe Martini, 1 l: 90/45. Coś wam to mówi? Po prostu jest 2 razy drożej. Puszka piwa Carlsberg wyprodukowanego w Rosji kosztuje 8 zł, paczka orzeszków 15 zł. Kupiłem tam tani koniak rosyjski za 50 zł, i tanie musujące wino krymskie za 40 zł! W promocji! Okazało się, że żeby kupić taniej i mieć dostęp do dużego wyboru rosyjskich alkoholi trzeba udać się do naprawdę specjalistycznego sklepu. A taki niełatwo znaleźć. Najczęściej widnieje na nim napis „wino”, a sam sklep mieści się albo w piwnicy, albo na piętrze – skoro ma być tanio to i czynsz musi być mniejszy. Sklepy na piętrach i w piwnicach to zresztą fenomen moskiewski – wchodzisz na parterze do apteki, a tam w piwnicy sklep z matrioszkami, a na piętrze księgarnia naukowa. Ja odkryłem sklep monopolowy przy dworcu Kijowskim – na zdjęciu fragment ekspozycji. Niesamowity wybór produktów lokalnych, także win, super obsługa. Mógłbym tam zamieszkać.
Jeśli chcecie wypić coś mocnego w restauracji, to najlepiej od razu zrezygnować. Albo zamówić wódkę – to jedyna rzecz której cena nie przekracza 20 zł. W rozsądnych miejscach kieliszek kosztuje zaledwie 12 zł – dwukrotnie mniej niż zamówiona do niego popitka. Ewentualnie trzeba wejść do sieciowego baru szybkiej obsługi – np. Mu-Mu – tam można zamówić kieliszek wódki, do tego butelkę kwasu do popicia, i wypić to na stojąco, taki widok nie zdziwi nikogo. Ale z piwem jest już problem. W popularnym studenckim barze Gogol (z muzyką na żywo), czy w podobnym w stylu, a działającym od wielu lat Kitajskim Liotcziku piwo kosztuje od 17 zł, a importowane od 28 zł –zdecydowanie bardziej opłaca się pojechać na Oktoberfest. W piwiarniach w stylu czeskim (jest ich bardzo dużo) Pilsner kosztuje 18 zł, ale podejrzewam, że wyprodukowano go w Rosji. Możecie sobie do niego zamówić golonkę za jedyne 80 zł. Najtańsze jedzenie jakie jadłem w knajpie to były wspaniałe potrawy z Kaukazu, zupa charczo, lula kebab, skonsumowane w blaszanym baraku na stole z ceratą – a kosztowały tyle co niezły obiad w warszawskiej knajpie. Warto zauważyć, że w tych restauracjach siedzą ludzie, czasami nawet tłumy (na przykład w pubach w stylu angielskim, gdzie cena piwa zaczyna się od 30 zł), tak więc wysokie ceny nie są wyssane z palca, ale uszyte na miarę portfeli moskiewskiego klienta.
W drugiej części napiszę co nowego polecę z mojej działki.

czwartek, 26 września 2013

Czy Barak uderzy w arak?

Arak syryjski piłem w czasie pobytu w Syrii za rządów Asada ojca. Kraj był mocno policyjny, ale przynajmniej nie było problemu z kupnem alkoholu. Co prawda lokalne wino przypominało sfermentowany kompot, piwo mogło ścigać się spokojnie z wyrobami Jabłonowa (tymi sprzed lat, dosładzanymi), ale arak był OK. Co prawda moje OK nie jest wiarygodne, bo ja piję arak bez rozcieńczania, więc ten bliskowschodni miał moc minimum 50%, a dochodził do 80%. Przy takiej mocy trudno jest odnaleźć smakowe niuanse i dzięki nim porównywać i oceniać różne trunki. Nie wiem więc czy syryjski arak, który niedawno dostałem, różni się czymś istotnym od na przykład libańskich (których w czasie tamtej podróży też nadużywałem) - choć wydaje mi się, ze ma dość przemysłowy smak, płaski bukiet, za bardzo drażni gardło. Nazywa się AlRayan, butelka 0,75 o mocy 51,5%. Produkt dość typowy, ciekawa natomiast jest strona producenta, dość dokładnie opisany i obfotografowany jest tam proces produkcji – zresztą  fabryka trochę wygląda jakby Barak już ją trafił. Razem z arakiem trafiła w moje ręce chyba pierwsza anglojęzyczna książka poświęcona libańskiemu arakowi – „Arak and Mezze” autorstwa Michaela Karama i Norberta Schillera. Dzięki niej dowiedziałem się, że mój syryjski produkt trochę upraszcza klasyczne zasady produkcji, bo przy drugiej destylacji dodawany jest olejek anyżowy a nie ziarna anyżku. Przy okazji muszę sprostować błędna informację podaną przeze mnie we wcześniejszym wpisie o araku – anyż gwiazdkowy (czyli badian gwiazdkowy) to nie jest to samo co anyż, choć zawiera odpowiedzialny za smak anetol (odpowiedzialny też za tzw. efekt anyżowy, czyli mętnienie araku po dodaniu doń wody). Anetol zawierają też lukrecja czy koper włoski (ale już nie koper ogrodowy). Skoro najlepszy arabski arak pochodzi z Libanu, to czemuż Barack miałby mu zagrozić atakując Syrię? Otóż okazuje się, że do produkcji libańskiego araku używa się nasion anyżku pochodzących z Syrii, konkretnie z wioski Hina (powtarzam wyraz „wioska” za książką, ale podają tam też, że ma ona 10000 populacji, więc jest wielkości Kudowy Zdroju). Arak destyluje się z wina uzyskanego z lokalnych szczepów obeideh i merweh oraz europejskiego ugni blanc – u nas służącego do wyrobu koniaków i armaniaków. Proces nie zmienia się od lat, korzysta się z miedzianych alembików, arak leżakuje w glinianych dzbanach. W zasadzie prawie każda winnica oprócz produkcji wina destyluje je i wytwarza arak. Stąd najbardziej znane mają nazwy identyczne z nazwami znanych win – jak Kefraya, Ksara czy Musara. A stąd już krok do drugiej butelki – Nectar de Kefraya. To wzmacniane wino robione ze szczepu ugni blanc – jak pisze producent, do moszczu przed fermentacją dodaje się destylat z wina. Efektem jest 18% bardzo słodkie i niesamowicie aromatyczne wino, przypominające dobre porto. Niestety za każdym razem, kiedy chciałem się wybrać ponownie do Libanu, akurat w Bejrucie wybuchały bomby, więc jedyne co mi pozostało to cierpliwie czekać na prezenty stamtąd – mam awersję do picia pod ostrzałem.

środa, 14 sierpnia 2013

Co pił Josef Škvorecký (pod czeskim wulkanem)


To było coś na kształt podróży sentymentalnej – kiedy ostatni raz przekraczałem przejście graniczne w Kudowie, kolejka samochodów miała kilometr a do jego przekroczenia niezbędny był paszport. A teraz nie ma kolejki, a przejście zauważy tylko uważny obserwator przydrożnych znaków. Nachod (tu urodził się Josef Škvorecký) w zasadzie bez zmian, spore przemysłowe miasto ze średniej urody rynkiem i zamkiem (w permanentnym remoncie) na wzgórzu. Škvorecký pracował też w Broumovie – to miasto przeżyło totalny upadek, wyludnia się, niszczeje, jedyna na rynku restauracja, gdzie próbowałem kiedyś po raz pierwszy mięsa z kangura, jest teraz zapyziałą kawiarnia, gdzie podają wyłącznie mrożoną pizzę. Ale za to Nové Město nad Metují (tu też są ślady pobytu Škvoreckiego) piękne jak zawsze, teraz na rynku doliczyłem się czterech restauracji, dwóch kawiarni, jednego bistro i tego czegoś dziwnego na zamku (otwarte wyłącznie w nocy). Winiarnia na tyłach hotelu niestety się zwinęła. Ciekawe są różnice między Kudową i Nachodem (ok. 10 i 20 tysięcy mieszkańców). W Kudowie jest malutkie Tesco, dwie Biedronki, sieciówka Dino – wszystkie źle zaopatrzone. W Nachodzie Kaufland, Albert, Penny – po kilka sztuk, olbrzymi wybór, poza tym małe sklepy, które na przykład mają większy i lepszy wybór warzyw i owoców. Poza tym w każdym sklepie spożywczym po czeskiej stronie jest alkohol – choć w niewielkim wyborze. No i oczywiście w Nachodzie naliczyłem od razu cztery księgarnie, więc jest ich na pewno więcej. W Kudowie jedna, w połowie będąca sklepem papierniczym. W Czechach wszystkie butelki po piwie są zwrotne (pamiętacie film pod takim tytułem?) – a wiec nie ma puszek.
W alkohol zaopatrywałem się głównie w czeskim Kauflandzie. Duży wybór piw, najtańsze w cenie 1 zł przyciągały grupki polskiej młodzieży, która wywoziła je ze sklepu pełnymi wózkami. Niestety potwierdzają się moje wrażenia z poprzedniej wizyty – piwa czeskie są coraz gorsze. Po kilku podejściach zrezygnowałem z piwa na rzecz wina. Oczywiście lokalnego, Czesi mają własne wino (głównie z Moraw), wina są monoszczepowe i mają pięknie brzmiące nazwy winorośli: Frankovka, Modrý Portugal, Ryzlink vlašský, Svatovavřinecké, Veltlínské zelené, Müller Thurgau, Rulandské modré, Rulandské šedé, Rulandské bílé (te trzy ostanie to Pinoty: Noir, Gris i Blanc). Cena butelki w markecie zaczyna się od 14 zł, kupowałem do 17 zł. Wyjątkiem był musujący Bohemian Sekt, który nigdy nie jest tani, ale tu kosztował 23 zł, co jest dobrym wynikiem. Wina były pijalne, ale to wszystko co można o nich powiedzieć. Sprawiały wrażenie produkcji „przyogrodowej”, zatraciły rodzajowe cechy, były do siebie bardzo podobne, zero radości z picia. Po pewnym czasie zacząłem kupować wina w sklepach specjalistycznych, tu poziom się wyraźnie podniósł, niestety ceny też, zaczynały się od 30 zł. Jedyny BiB był czerwony i kosztował 50 zł, taki zakup jest bez sensu, w sklepach z winami natoczą wam litr wina za 10 zł, a przy zakupie sześciu  litrów siódmy jest za darmo (i jest wybór zazwyczaj do 10 win).
Porzuciwszy piwa butelkowe sprawdziłem jakość lanych, tu kolejna porażka. W Nachodzie jest spory browar Primator, poza tym leją np. Svijany, kilka innych, których nazw nie spamiętałem. Cecha wspólna – piwnica, ścierka, skup żelaza. Najlepsze ze wszystkiego było beczkowe Starobrno – ale piłem je w Kudowie w Restauracji Zdrojowej, kosztowało 6 zł (tyle ile beczkowy Złoty Bażant). Oczywiście jest rozwiązanie – do każdego kufla wypić kieliszek becherowki, słodycz likieru zabija gorycz pilsa i odwrotnie – z tym że to szybka droga do totalnego upojenia (w czasie wycieczki były najgorętsze od lat dni). Czyli rozczarowanie za rozczarowaniem. No i to niestety była przyczyna jednego z najgorszych zakupów w Czechach (przedtem były np. wyroby firmy Božkov, wilamowki z przyklejanym dnem, najtańsze destylaty „owocowe” itp.). Wychodząc ze sklepu z alkoholami zauważyłem na półce butelkę o znanym kształcie, ale z nietypową etykietą. Sprzedawczyni poinformowała mnie, że to wyrób firmy Becher, ale nie zna zawartości, bo to nowość. Potem się okazało, ze to nowość urodziła się w 1966 roku – widocznie w Czechach czas płynie wolniej. Rzecz nazywa się KV14, ma moc 40%, składa się z wody, alkoholu, czerwonego wina, destylatu winnego, aromatu pomarańczowego, barwnika E124, karmelu, mieszanki ziół i przypraw oraz siarczynów. Ma kolor fluorescencyjnie czerwony, smak jest bardzo udanym naśladownictwem sycylijskiego Fuoco del vulcano. Coś a la gorzka oranżada, bardzo gryzący odór i smak kiepskiego alkoholu. Wyroby sycylijskie są mocne, mają ok. 70%, tam ten atak alkoholowy na podniebienie jest uzasadniony, skąd się bierze w czeskim wyrobie? Dopiero po przyzwyczajeniu się do tego gryzienia wyczuwa się w tle wyraźny smak oryginalnej becherovki. Absurdalne zestawienie smaków, zero przyjemności, niepokój, że ktoś coś podmienił w zawartości – dziwne, że po reprywatyzacji Becherovie pozostawili ten zajzajer w portfolio. Poszukałem w sieci odczuć podobnych do mojego, ale znalazłem tylko umiarkowana pochwałę na blogu pana Łukasza Gołebiewskiego. Ten blog to m.in. próba stworzenia alkoholowego leksykonu składającego się z tysięcy haseł. Trochę za bardzo encyklopedycznie (i za często [codziennie!], a w związku z tym za krótko), ale opisy alkoholowych podróży to rekompensują. Ciekawe, że spis alkoholowych pomocy książkowych prawie identyczny jak mój.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Co pił Habib Burgiba?

W środku wakacji rozpocznę cykl urlopowy. Tunezja jest miejscem wypoczynku wielu rodaków, którzy cieszą się tam z dostępności napojów alkoholowych. Nie tylko na terenie hoteli, ale także w sklepach sieci miejscowych supermarketów „Magazine General” lub „Magazine Prix”. Alkohol zresztą jest spożywany – i nadużywany – przez miejscową ludność. Byłem kiedyś w tunezyjskim odpowiedniku rosyjskiej riumocznej – lokalu, gdzie podawano wyłącznie alkohol, a wystrój ograniczał się do wykafelkowania całego pomieszczenia od podłogi po sufit – wyjątkowy hardcore. Rządy Burgiby i jego następcy prawdopodobnie przyczyniły się do dostępności alkoholu, panowie niespecjalnie lubili się z muzułmanami. Nie wiem jak jest teraz, może ktoś ma aktualne informacje? Kilka lat temu alkohol był dostępny, choć bez przesady. W zwykłych niesieciowych sklepach stały półki z piwem, ale bezalkoholowym (chyba rekord świata jeśli chodzi o ofertę), takie samo serwowano (nie uprzedzając o tym) we wszystkich ogólnodostępnych kawiarniach (knajpa o której powyżej pisałem nie miała szyldu, małe okienka, zero kawiarnianych gadżetów, tak więc mimo że była w samym centrum turystycznej miejscowości, w środku siedzieli tylko tubylcy).
Po pobycie Francuzów pozostał rozwinięty przemysł winiarski, wina tunezyjskie można kupić także w Polsce. Jednak największym lokalnym rarytasem są trunki mocne: figowa wódka boukha i likiery: thibarine i cedratine. Dziś o thibarine, bo pamięć odświeżył mi prezent z tejże. To pozostałość po pobycie francuskich mnichów, 40% nalew destylatu winogronowego na daktylach i ziołach. Kolor ciemnobrązowy, zapach delikatny (ale czuć moc alkoholu), słodki, smak zrównoważony, może odrobinę za słodki, figowo-daktylowy, ale z nutami ziołowymi. Doskonały do picia bez dodatków, tak go też wam podadzą, kiedy w hotelu poprosicie o coś najbardziej tunezyjskiego. Do kupienia w sklepach sieciowych, na lotnisku, podobno nawet w samolocie. Ceny różne, do 10 EUR za butelkę 0,75, ale można zdobyć taniej. Teoretycznie do dostania w Europie, ale cena znacznie rośnie. Szukram!