piątek, 27 kwietnia 2012

Zapuszkowany (o zawartości toniku w toniku)


Jeden z komentatorów polecał drinki w puszkach z zawartością oryginalnych spirytualiów – tzw. alkopopy lub RTD (rea-dy to drink) – więc człowiek-pijak się wykosztował i kupił sobie trzy. Gordon’s Gin z tonikiem, Jack Daniel’s z colą i tenże z ginger ale. Wpierw uwaga o cenach –puszki kosztowały w Tesco ok. 6 zł, co daje około stu złotych za butelkę alkoholu, a więc dość dużo (piekielnie dużo!). Ale w sklepach, w których kupuje Jarosław Kaczyński, cena za puszkę to 9,60, więc Jack Daniel’s nabiera wartości średniego malta. No to może dodatek był wart tej ceny. Okazuje się, że tonic i cola nie są firmowe, to jakieś totalne zlewki, psują smak całego drinka i czynią go ledwie pijalnym. Prawdopodobnie koszt licencji na Coca-Colę albo tonic Schweppesa był nie do uniesienia przez producentów i wyszło jak wyszło. Dla chętnych najprostsza recepta na świecie – kupujecie Gordon’sa i butelkę tonicu Schweppesa albo Jacka Daniel’sa i butelkę Coca-Coli, mieszacie, ewentualnie trochę lodu i jesteście kilka dych do przodu – plus smak bez niemiłych niespodzianek. Odpowiednik trzeciej puszki można uzyskać dodając klasyczne ginger ale –  np. Schweppesa –  ale czy są one dostępne w Polsce, człowiek-pijak nie wie.
Na puszce z Gordon’sem podana jest cena za zwrot puszki (w skandynawskich koronach). Niestety nie udało się jej wyegzekwować w warszawskim Tesco. W ofercie są jeszcze puszki z wódką Finlandia wymieszaną z sokami owocowymi, których nie będzie tak łatwo uzyskać w sposób naturalny, bo te mieszanki są gazowane, więc nie wystarczy po prostu zmieszać wódkę z sokiem (a raczej napojem). Potrzebny jest jeszcze syfon do wody – na Allegro od 150 zł.
Jak podała prasa te puszkowe wynalazki cieszą się u nas coraz większą popularnością, co zgodne jest z drugim prawem człowieka-pijaka, które brzmi identycznie jak prawo Kopernika-Greshama (oczywiście z zamianą pieniądza na alkohol).
Niealkoholowy dodatek to ważny składnik mieszanki. Weźmy taki tonik. Angielsko-indyjski wynalazek mający ułatwiać przyswojenie chininy, stał się najpopularniejszym dodatkiem do ginu – podobno większość produkcji Schweppesa spożywana jest w ten sposób. Onegdaj główny jego konkurent – coca-colowy tonik Kinleys – zamiast chininy zawierał wyłącznie kwasek cytrynowy i tę różnicę było czuć aż zbyt wyraźnie. Teraz Kinleys dumnie głosi na etykiecie, że chininę posiada – i tak jak Schweppes, nie głosi ile jej posiada. Zgodnie z polskimi przepisami powinno jej być tam zero, bo nie zezwalają one na dodawanie chininy do produktów spożywczych – jej nadmiar działa jak narkotyk, stąd niepokój o nasze zdrowie. Na szczęście Polska jest bardziej krajem lewa niż prawa, więc chinina jest. Na nieszczęście polski konsument woli płyny słodkie i tanie, więc tonik jest jedynym dobrym produktem Schweppesa na naszym rynku, zniknął z niego bitter lemon, nie było chyba nigdy american ginger ale, pozostały za to niepijalny citrus mix oraz słabo pijalny i przesłodzony lemon. Ale nie jesteśmy znowu tak mało wymagający – większość toników Schweppesa sprzedawanych na świecie to właśnie wersja dla niewymagających – wersja brytyjska zawiera tylko 51 g cukru na litr (europejska aż 87 g) i jest zdecydowanie bardziej gorzka (chininowa?). W UK producentem Schweppesa jest Coca-Cola, ale ta sama firma produkuje go np. w Danii i tam jest słodki na modę kontynentalną. A znowuż w Polsce producentem jest Pepsi i jest tak samo słodki jak duński – wiec to nie kwestia producenta, prawdopodobnie wersja z wysp jest najbliższa indyjskiemu oryginałowi.
A człowiek-pijak wie to stąd, bo nie miesza trunków z dodatkami, tylko wypija je osobno. Czego i wam życzy.
PS. Człowiek-pijak przeprasza IIIPRL za krytykę, chinina jest dozwolona w produktach spożywczych, ograniczenie dotyczy tylko obowiązku informowania o jej obecności. Przepis, na który powoływał się człowiek-pijak musiał być tak stary jak on, więc śladu po nim w sieci nie ma. Chininę - a dokładnie wodorocośtam chininy - można poznać po świeceniu w promieniach UV. Wystarczy niebieska świetlówka, a wasz tonik będzie iluminował.
PS2. Ale coś jest na rzeczy - też z wiki. Przy okazji zdjęcie świecącego toniku.
PS3. Następny wpis w takim razie będzie pochwałą przepisów IIIPRL. Już wkrótce!

piątek, 20 kwietnia 2012

„Znowu mam doła” (przy wyrzucaniu butelek)

Człowiek-pijak chciałby uszczęśliwić ludzkość informacjami o dobrych cenach na dobre alkohole, ale na razie wyrzucił opróżnione butelki i nie znalazł powodu do dobrych wiadomości. W desperacji pojedzie chyba do dawno nieodwiedzanego Makro (teraz otwarte 24/7!), może tam się coś atrakcyjnego nawinie. Niestety polskie przepisy dotyczące alkoholu napisane były w głębokiej komunie, a że jest to ulubiony okres historyczny obecnych polityków, więc w sieci nie można sprawdzić co wysokoprocentowego (i nisko też) oferują sklepy. Wyjątkiem są internetowe sklepy spożywcze, ale one mają kiepski wybór i zdecydowanie zawyżone ceny. Zresztą to ogólna zasada (siódme prawo człowieka-pijaka): „po wejściu do netu cena butelki wzrasta o co najmniej 20%”.
Sieci takie jak Lidl czy Tesco w ogóle nie umieszczają w internecie pełnej oferty, a przepisy zabraniają reklamowania alkoholu w gazetkach – Tesco obchodzi ten zakaz wysyłając njusleter. Żeby obejrzeć gazetkę Makro trzeba podać numer karty klienta. Dla porównania kraje skandynawskie, robiące wszystko by zniechęcić konsumenta do spożycia alkoholu, w sieci umieszczają pełną ofertę swoich sieci sklepów monopolowych. Na całym świecie w gazetkach Lidla są reklamy alkoholu – tylko w nie w III PRL-u. Co prawda dzięki temu blog człowieka-pijaka ma już średnio dziesięć odsłon dziennie (kiedyś miał tyle miesięcznie), ale gdy spojrzeć na zadawane pytania, to odpowiedź na 90% powinna być jedna – „cena 35 zł, nie nadaje się do picia, lepiej nie wylewać do zlewu”.

środa, 4 kwietnia 2012

Krótki tekst o kupowaniu (w Kauflandzie i nie tylko)

Zachęcony przez czytelnika człowiek-pijak był już w Kauflandzie i nabył tam 999. Ale się spieszył i obiecał sobie wrócić i kupić żelki firmy Kaufland. No i oczywiście uważniej przyjrzeć się działowi alkoholowemu. Ale zanim tam wrócił, to odwiedził Biedronkę, kupił prosto z kartonu Stocka 84 za 39,99, za to nie kupił win słynnych portugalskich, bo ich tam nie było. A potem wrócił do Kauflandu. A tam niespodzianka. Nie z kartonu, ale prosto z półki 0,7 l Stocka 84 w cenie... 39,99 zł. Do wyboru, do koloru, bo nawet w dwóch wersjach etykietowych: Riserva Vecchia i Riserva Invecchiata. Na czym polega różnica – nie wiadomo, może „vecchia” mówi się na północy Włoch, a „invecchiata” na południu (oba wyrazy znaczą „stara”).
Na półkach sporo trunków (jakieś 100 razy więcej niż w Biedronce), dużo mocnych alkoholi markowych, trochę wynalazków, ale nie dominują w ofercie. Za pierwszym razem rozczarowująca była oferta win musujących, ale widać w Kauflandzie jest spora rotacja na półkach, bo tym razem były wytrawne cava i prosecco w cenach około 25 zł. Dużo różnych dziwnych win – niestety niewiele win niemieckich, co dziwi w niemieckiej sieci. Za to pokaźna półka z winami różowymi – których chyba nikt w Polsce nie pije – robiła wrażenie.
Poprzednim razem zakupione zostały 999, ale produktów litewskiej firmy Stumbras było więcej. Człowiek-pijak wybrał Krupnikas – 29,9 zł za 0,5 l. W porównaniu z polskim produktem jest on mniej słodki, ma dodatki ziołowe, to pewnie one dają lekko miętowy, orzeźwiający posmak. Niestety, tak jak polski odpowiednik, następnego dnia pozostaje efekt ciężkości i zamętu w głowie, coś jak po nadużyciu włoskiego Fernetu czy ryskiego balsamu. Produkty Stumbrasa zresztą są dość dziwne: wśród zwykłych wódek i bitterów jest tam na przykład starka – ale według braci Litwinów jest to „nalewka z liści jabłoni i grusz oraz innego surowca roślinnego”. Nie są to jakieś wybitne trunki, ale można spróbować – choć nie zachęcają do powtórki. Na półkach stoją też wynalazki czeskiej firmy Jelinek, jest nawet cośtam-cośtam tuzemski, czeska broń masowego rażenia (ex rum).
Warszawski Kaufland położony jest na Pradze Północ, sąsiaduje z Rossmanem, w którym jest poszukiwany od dawna dział winiarski. Niestety to są wina, jakie można spotkać w sieciowych marketach, na przykład na półce z winami musującymi są cavy i prosecca, a nie ma sektów. Ale na przykład jest weisser burgunder za 13,99, okazał się pijalny. Generalnie rozczarowanie ofertą.
W międzyczasie wypite zostały wina z Biedronki, białe włoskie było pijalne, ale czerwone hiszpańskie (ceny w okolicy 20 zł) jechały piwnicą (chemią?) i gdyby kosztowały 5 zł to może warto by je kupić. Za to podstawowa cena wina w Marksie i Spencerze urosła do 26 złotych, co czyni ten sklep niekonkurencyjnym chociażby do Kauflandu. Szkoda.
No i była jeszcze wizyta w Realu w poszukiwaniu polecanych tu win krymskich, ale win nie było, ceny tam są absurdalne (Stock 84 w cenie 67 zł za litr, podczas gdy w Kauflandzie kupując 0,7 l płaci się za litr o 10 zł mniej), wybór mizerny, tłok niemiłosierny, a kupujący atakowani są dziwnymi dźwięki z głośników – zapewne jest to podprogowy przekaz mówiący, że warto tu wrócić, bo co prawda jest drogo, ale za to wybór jest kiepski.
Żeby nie było, że człowiek-pijak przestał się poświęcać dla czytelników, kupił i wypił białoruską brandy Kristall, na której producent lojalnie napisał, ze składa się z: „uzdatnianej wody do picia, spirytusu etylowego rektyfikowanego LUX, spirytusu koniakowego starzonego z dębowym ekstraktem taniny i wyczuwalnym smakiem wanilii”. Chyba woda była kiepsko uzdatniona, bo smakowało to jak denaturat z coca-colą. Na etykiecie są dwa adresy www, białoruski kieruje do handlarza diamentami, polski nie istnieje. Jeśli ten wpis okaże się ostatnim, wiecie co zabiło człowieka-pijaka.

czwartek, 29 marca 2012

Niemcy nas biją! Dygresje o bourbonie z Leedla

Człowiek-pijak jeszcze raz chciałby podziękować internautom, którzy poparli go w sporze z fanami „bourbona” z Leedla. Ale niestety człowiek-pijak niewiele ma do napisania o whisky – dobra whisky nie jest jego domeną, bo nie ma dobrej whisky za niewielkie pieniądze. Za niewielkie pieniądze można kupić złą whisky, i o tym między innymi jest ten blog. Dziś na celowniku Tesco. Pojawił się tam bourbon Tesco, wyprodukowany w USA i rozlewany w Niemczech. Tyle etykieta. No i jeszcze czas leżakowania – trzy lata. Teoretycznie taki bourbon może być nazwany „straight”, ale producent nie zaryzykował. Cena – legendarne 35 zł. Na półce stoi obok opisywanego już przez kolegów-pijaków Blue Barrel (cena nieco wyższa, 40 zł, pewnie przecenią). Na najniższej półce whisky „no name” Tesco – 0,7 litra za 30 zł (czyli litr za 40)! To zapewne napój nienajlepiej wchłanialny – może ktoś coś o tym napisze. Ale na półce z promocjami Lawsons za... 50zł! Czyli zakup za 30 zł był dobrą okazją, a cena lokuje Lawsonsa na półce wyższej niż leedlowskie wynalazki (nie wspominając o smaku, ale ta kwestia jest oczywiście subiektywna).
Co polecić w zamian? Na przykład Black and White. Whisky z recepturą z XIX wieku, dla niewymagających, lecz zdecydowanie pijalna. Cena 38 zł – np. w Carrefourze.
Większość opisywanych złych whisky przeszła przez niemieckie ręce, ale trzeba oddać Niemcom, że mają dobre przepisy nakazujące podawać na etykietach dodatki do trunków. I tak człowiek-pijak zdębiał widząc, że 18-letni Laphroaig ma „farbstoff” (whisky bardzo dobra, ale bardzo droga, więc niepolecana). Ale tylko ten sprzedawany w Niemczech (i Danii) – na oryginalnych angielskich etykietach dodrukowano w obu językach informacje o karmelu. Po co karmel w 18-letniej malt whisky?! Ten temat nurtuje znawców-amatorów w sieci od dawna – i od dawna nie jest do końca wyjaśniony. Rozwiązanie może jest tu – ale nie zachęca ono do przepłacania za Laphroaiga. Talisker kupiony w Niemczech nie ma takiej adnotacji, więc kupujcie Taliskera! W Tesco za niecałe dwieście złotych.

PS. Nota degustacyjna i ciąg dalszy tu.

piątek, 24 lutego 2012

O tych, co odeszli (1)

Człowiek-pijak zapadł w sen zimowy – pewnie widok półek w sklepach monopolowych go tak skutecznie uśpił. Na potwierdzenie swego nastroju w prasie wyczytał, że Polacy piją więcej wina, a przoduje wino Carlo Rossi, piją więcej wina musującego, a przoduje Cin&Cin, piją więcej piw z małych browarów, a przoduje browar Ciechan, piją mniej wódki czystej, ale za to więcej wódek smakowych. A według człowieka-pijaka Carlo Rossi nie produkuje wina, Cin&Cin nie jest winem musującym, tylko gazowaną prytą, piwa z browaru Ciechan mogłyby najwyżej wygrywać w konkurencji piwo z kartofla, a polskie wódki smakowe to niebezpieczne alkopopsy, niebezpieczne, bo mocne jak zwykła wódka, za to o smaku oranżady. I to się niestety przekłada na asortyment w sklepach. Minęły czasy kiedy na rynku w Pułtusku można było wybierać spośród setek butelek niezłych win gronowych. Teraz z takich mają tam tylko winogrona. To są oczywiście odczucia subiektywne, tak jak kiedyś wpis o dziwnym „smaku” „bourbona” z Lidla. Ale że pewien komentator skarcił człowieka-pijaka za subiektywizm, tym bardziej należało położyć się spać, żeby narzekaniem nie psuć konsumentom dobrej zabawy.
Na szczęście pojawiły się tu ostatnio dwa komentarze – oba potwierdzające najgorsze obawy co do zawartości butelek Western Gold. No i zupełnie przypadkiem człowiek-pijak spotkał autora jedynej wydanej w języku polskim monografii o bourbonach i tenże potwierdził, że apelacja bourbona nie pozwala na barwienie go karmelem. Jeden z komentatorów napisał o wynalazku Stocka-Polska pod tytułem „Blue Barrel” oraz „Gold Barrel”. Człowiek-pijak zabawił się w postać odgrywaną przez de Funesa w „Skrzydełko czy nóżka” – degustatora pozbawionego smaku i powonienia – i postarał się ocenić ten trunek na podstawie informacji z sieci. Otóż „Blue Barrel” jest to „amerykańska whiskey pochodząca z Bardstown w stanie Kentucky - miasta uważanego za światową stolicę tego trunku”, leżakowana przez trzy lata w dębowych beczkach. Tak się złożyło, że z sieci wynika, ze tę whiskey sprzedaje się wyłącznie w Polsce. Bardstown faktycznie produkuje, ale bourbony. Ucieczka przed tą nazwą powoduje, ze leżakowanie jest trzy- a nie czteroletnie, a smak karmelu zapewne nie pochodzi z beczki, ale z... karmelu. Wersja ekonomiczna – „Gold Barrel” – „jest wyjątkową kompozycją stworzoną na bazie oryginalnego amerykańskiego bourbona z dodatkiem naturalnych aromatów”. To już nawet nie whiskey, ale „kompozycja”, czym jest „baza bourbona”, nie za bardzo wiadomo, zawartość już nie leżakowała, ale za to dodano do niej „naturalne aromaty”. Cena modelu ekonomicznego to niecałe 40 zł za 0,7 l. – to są okolice magicznej kwoty 35 zł za bourbona z Lidla. Z podobnych napojów w Tesco na najniższych półkach stoi whisky Tesco barwiona karmelem – cena w podobnych okolicach. Człowiek-pijak miał ostatnio w rękach (co prawda nie w ustach) „The Mc Illroy House” „old scotch whisky” produkowaną dla niemieckiej sieci Penny Markt. Producent/dystrybutor (oczywiście gorzelnia nieznana) lojalnie informuje o dodaniu barwnika – i to jedyna podpowiedź dotycząca zawartości.
Niestety sieciowe whisky to po prostu zwykłe podróbki – a za 35 zł raczej nie można kupić nic pijalnego, co jednocześnie leżakowałoby gdzieś dłużej niż dzień (pomijając czas spędzony w butelce). Hola, hola, a Lawsons opisywany niedawno, a kupiony za 30 zł? No tak, ale człowiek-pijak wie gdzie kupić alkohol za wyjątkową cenę, w Tesco Lawson bywa po 40 zł, ale jest to cena promocyjna.
Chętnie człowiek-pijak przerobiłby ten blog z komentarza do półek w Lidlu w blog o trunkach niepijalnych, ale niestety to już nie te lata, nie ten żołądek i nie ten umysł. Za młody trunek niepijalny był szybko oddawany naturze, teraz niestety osadza się na wątrobie i zwojach, męczy, utrudnia zasypianie, straszy koszmarami i wpędza w depresję. Niech to będzie zaproszenie dla przybyszów z sieci – jeśli wypiliście coś co pod nazwą whisky, bourbon, brandy, tequila itp. okazało się zabarwioną i aromatyzowaną wódą z buraka, podzielcie się przestrogą z towarzyszami alkoholowych wędrówek.
PS. Ostatnie miesiące udało się jakoś przeżyć dzięki kryzysowi – firma „Dobre wina” przesadziła z zapasami magazynowymi (koncerny pozbawiły swoich niewolników świątecznych koszy z prezentami), i przeceniła sporą część ofert o 50%. Człowiek-pijak stanął w kolejce i zapełnił piwnicę – niestety jak zapełnił tak opróżnił. I jak tu teraz żyć?
Żeby znowu nie nadepnąć nikomu na odcisk, człowiek-pijak wspomni dziś o trunku, który był doskonały, ale zapłacił za swoją jakość istnieniem. To wódka gdańska czyli goldwasser, kiedyś produkowana w Gdańsku, w ramach żonglerek markami między prywatyzowanymi Polmosami trafiła do Poznania. Bardzo słodki likier, ale o mocy 40%, z wyraźną nutą anyżu – co pewnie było jedną z przyczyn kiepskiej popularności. Ozdobą były pływające w nim płatki złota. Dla lubiących drinki fantastycznie mieszający się z napojami gorzkimi: tonikami, bitterami itp. Produkt masowy, tani (ok. 25 zł za 0,5 l), ale jak na swoją masowość i cenę przygotowany doskonale. Człowiek-pijak pił jeszcze dwa inne goldwassery – oba niemieckie – i oba nie umywały się do polskiego. Niestety producent tnie marki słabo sprzedające się i wyciął też wódkę gdańską. Obecnie można kupić pod tą nazwą produkt sprowadzany z Niemiec przez firmę Toorank. Cena jest zaporowa – ponad 50 zł – smak kiepski, a udział firmy Toorank w tym interesie gwarantuje, że zostaniecie zatruci i oszukani. To producent całej kolekcji podróbek, bazujących na kiepskim spirytusie i bardzo aromatycznych dodatkach, które niestety im bardziej są intensywne, tym bardziej uzmysławiają, że wypijany płyn nie jest tym, który próbuje naśladować. Butelka na zdjęciu jest pełna, człowiek-pijak zostawił ja na lepsze czasy, wiec jej pewnie nigdy nie wypije. Uwaga – w prowincjonalnych restauracjach na półkach stoją  czasami niedokończone flaszki z poznańskim goldwasserem – szukajcie, a znajdziecie.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Anyżkowe podróże – z nutą kminkową

Dziś o trunkach, których podróbek nie kupicie w Lidlu. Ponieważ 99% wejść na tego bloga to wynik poszukiwania informacji o trunkach z Lidla człowiek-pijak inwestuje w przyszłość jego bloga, nie idąc na łatwiznę, bo nie będzie pisał o Lidlu. Nigdy więcej słowa o Lidlu. O Lidlu. Halo, słyszycie mnie? O Lidlu!
Jak już stwierdzono najlepszy arak pochodzi z Libanu. I to nie ten z fabryk Kefraya czy Ksara, ale domowy. Jest on bez problemu dostępny w sklepach spożywczych, 24/7. Ma moc w okolicach 50%, ale jak dobrze poszukać to znajdzie się i 75%. Niestety kiedy człowiek-pijak wybierał się ostatnio do Libanu, chłopaki od Allaha zaczęli się z chłopakami od Jahwe przerzucać rakietami, człowiek-pijak stchórzył, a teraz już go na bilet nie stać, więc tyle wypije libańskiego araku, co mu go dobrzy ludzie podeślą. No i niedawno temu podesłali. Obiekt na zdjęciu za jedyną nalepkę miał cenę. Po reakcji gardła ocenić go można na jakieś 55%. Doskonale przyswajalny, bez problemu można go było mieszać z innymi destylatami. Miła niespodzianka „no name”.
Za to druga butelka ma bogatą etykietę, a na niej podróż przez pół świata. To słynna Lysholm Linie – aquavit, który zapakowano w dębowe beczki i wysłano statkiem w podróż do Australii i z powrotem (kilkarotnie przekroczył równik, co dla Norwegów ma jakieś magiczne znaczenie). Zmiany temperatur, wilgotności oraz kołysanie statku miało uczynić z tego trunku najlepszy wśród akwawitów. Co się nie stało – bo Linie jest słodkie jak gorzka żołądkowa i nawet przypomina ją w smaku. Człowiek-pijak wiedział, że naród który preferuje kminkówkę nie ma pojęcia o destylatowych smakach – Linie mogliby równie dobrze sprzedawać w Lidlu jako amaro. Litrowa butelka oczywiście nabyta na norweskim lotnisku w promocji, więc nie kosztowała zbyt wiele – koło 100 zł. Ale gdyby komuś przyszło do głowy kupować ja w sklepach Vinmonopolet to tam zapłaci ok. 300 zł.
A teraz aneks. I nie będzie o bourbonie z Lidla, co go wyprodukowano nie wiadomo gdzie, z nie wiadomo czego i nie wiadomo po co. Będzie o tym, że można wydać 30 złotych za prawdziwą whisky, bez konieczności odwiedzania Lidla (chyba człowiek-pijak wygrywa konkurs na częstotliwość używania zwrotu „lidl”). Oto butelka szkockiej whisky, która ma producenta, rozlewnie i właściciela. William Lawson’s to mix malta i graina, wyrób z najniższej półki destylarni Macduff, sprzedawany przez Bacardi-Martini głównie we Francji i Włoszech. Reklamowany był serią klipów ze Szkotami powalającymi swoich przeciwników ekspozycją tego, co ukrywają pod sukienkami (jak się uda to klip z YT na dole). Whisky zupełnie bez zobowiązań, ale smaczna, dość ostrawa w smaku, na specjalistycznych forach o szkockich whisky dają jej 65 punktów na sto, co jest chyba trafna oceną. Ale gdy przyłoży się ją do ceny za 0,7 – 29,95 zł – to jest to doskonały wyniki.
A co tu robią dwa słoiki miodu? Otóż jeden jest tani i pochodzi z Lidla. To miód wielokwiatowy, według etykiety „mieszanka miodów pochodzących z krajów Unii Europejskiej oraz spoza Unii Europejskiej”. Oczywiście bez producenta. To jest właśnie coś takiego jak bourbon z Lidla – cały świat się złożył na te smakołyki. A obok miód polski – akacjowy z wędrownej pasieki pani Genowefy Stańskiej (adres na etykiecie), sporo droższy. Ale że człowiek pijak się na darach Lidla nie poznał (co mu niedawno wytknięto), to nie będzie oceniał smaku. Odlidlujcie się od człowieka-pijaka!

wtorek, 25 października 2011

Co pił Richard Burton?

Zanim przeniesiemy się do Walii jeszcze post-scriptum do notki o Jastrzębiej Górze. Przy okazji wędrówki do niej człowiek-pijak odkrył znakomity przydworcowy sklep z alkoholami. Zazwyczaj są to obskurne budki z dość skromnym wyborem raczej tanich trunków – może nie ze względu na podróżnych, ale na pobliską subkulturę wokółdworcową. A w Gdyni jest inaczej. Sklep Melanż jest doskonale zaopatrzony i ma w ofercie nie tylko bardzo duży wybór trunków, ale także duży wybór ich woluminów. Człowiek-pijak skorzystał z okazji i nabył tam Jaegermeistra w setkach – bardzo poręczny rozmiar do spożycia w dworcowej poczekalni. A dla kolekcjonerów – spora półka miniaturek!
A teraz pora ruszać w podróż. Do krainy ludzi-pijaków: Walii. Najbardziej znanym jest chyba dzielny kapitan Morgan, który był łaskaw zachlać się na śmierć. (I znowu dygresja nadmorska – najlepsza restauracja w miejscowości Hel zwie się właśnie Captain Morgan.) A w czasach bardziej współczesnych wybitny poeta Dylan Thomas i wybitny aktor Richard Burton. Obaj nadużywający alkoholu na miarę rekordów z księgi Guinessa. Zresztą aktor był fanem poety i kazał pochować się z jego tomikiem w dłoniach. Dylan Thomas pochodził z miejscowości Swansea będącej tłem dla filmu „Twin Town” – z której pochodzi też aktorka Catherina Zeta-Jones, o nałogu której człowiek-pijak nic nie wie.
Ale zakupy robimy w Cardiff – stolicy Walii. A to dlatego, że jest tam największy w Europie sklep Tesco – przynajmniej tak twierdzi obsługa. Poza standardowym zestawem produktów jest tam spora półka z produktami lokalnymi – nie ma sensu szukać ich w wyspecjalizowanych sklepikach dla turystów, wszystko dostaniecie w Tesco. No dobrze, ale czego walijskiego szukać na półkach? Tu pojawia się problem, bo Walia uległa alkoholowej dominacji pozostałych trzech krain i sama raczej alkoholu nie produkuje. Jest olbrzymi browar Brains, to piwo można kupić wszędzie. Ale już wino produkują tylko hobbyści, winnic jest mniej niż w Polsce. Po godzinach spędzonych w sieci człowiek-pijak wiedział czego szuka: jedynej walijskiej malt whisky i nalewki na jabłkach i czarnej porzeczce.
Jedyna walijska gorzelnia produkująca malt whisky to Penderyn. Z czterech rodzajów whisky człowiek-pijak nabył tę leżakowaną w beczkach po bourbonie i maderze, o mocy 46%. Niestety opis będzie krótki – smaczny napój, którego wszystkie walory smakowe zabił aromat i smak słodu kukurydzianego. Przy degustacji w ciemno pewnie 90% by nazwało ten trunek bourbonem. Szkoda, zapewne należało nabyć inny rodzaj, leżakowany w innych beczkach, ale ta whisky jest piekielnie droga, więc następnego razu nie będzie. Albo będzie, ale w Domu Whisky w Jastrzębiej Górze – tam na półkach stoją trzy Penderyny (i zamiast za 0,7 litra płacimy za 25 cl).
Drugi napój reklamowany jako unikalnie walijski to nalewka na jabłkach i czarnej porzeczce – Black Mountain Brandy. Smakuje to jak nasze domowe nalewki, dominuje smak porzeczki, ale nuta jabłkowa jest wyczuwalna w tle, jest to przyzwoite, ale niestety ma spora wadę – jest słabe, ma zaledwie 20%. Coś jak rosyjskie kliukwy. Kosztuje 17 funtów i naprawdę lepiej coś takiego samemu zrobić w domu za 10% tej ceny – przy dobrej recepturze zostawiamy walijczyków daleko w tyle. Ale mimo wszystko – Iechyd da!

sobota, 15 października 2011

Z Leedla do Jastrzębiej Góry (podróż bez powrotu)

Teraz będzie jak w filmie Gaspara Noego „Nieodwracalne” – od końca do początku. Ale inaczej niż tam – napięcie będzie rosło, a kulminacyjny moment będzie na końcu.
Jastrzębie Góra to raj dla ludzi-pijaków. Poza sezonem zamyka się tam wszystko, ale dwa lokale pozostają otwarte cały rok. Jeden to bar Max, otwarty 24/7, serwujący olbrzymi wybór alkoholi, i niesamowity wybór drinków. Karty drinków nie ma, można zamówić coś znanego, można samemu podać składniki lub zdać się na talent barmanów. Człowiek-pijak poleca to ostatnie – oni naprawdę znają się na rzeczy. Wystarczy rzucić hasło – coś na kaca, coś lekkiego, coś dopingującego – i dostaje się świetnie przygotowany kolosalny drink uwieńczony koroną z egzotycznych owoców i warzyw – jak najbardziej jadalną. W tym miejscu słowo drink nabiera sensu i przestaje kojarzyć się z whisky z coca-colą.
A skoro jesteśmy przy whisky – właściciel baru Max jest fanem whisky i od kilku lat realizuje swój drugi alkoholowy projekt – Dom Whisky. To bar z największym wyborem whisky na świecie – 890 butelek w jednym miejscu! Wszystkie je można spróbować – oszczędni mogą zamawiać kieliszki 25 ml. Dobrze wyszkoleni barmani pomagają dobrać trunek po opisie pożądanego smaku, aromatu czy mocy. Jest nawet jedyna walijska malt whisky, o której człowiek-pijak napisze wkrótce. Ceny za kieliszek 50 ml wahają się od 10 zł do kilkuset, ale dzięki temu można nie wydając fortuny skosztować najdroższych whisky świata. Nie lubiących podróży człowiek-pijak zaprasza do sklepu internetowego. Kupcie przynajmniej degustacyjne kieliszki z logo firmy – wyjdziecie przed znajomymi na światowców.
Jakieś kilka tygodnie przed wizytą w Domu Whisky człowiek-pijak zdecydował się przetestować bourbon z Leedla – Zachodnie Złoto Gold Straight Old Kentucky Bourbon Whiskey. Leedl spowodował większość wejść na ten blog, więc człowiek-pijak był coś tej firmie winien. Z mocniejszych alkoholi dotąd pił brandy Majestat – totalna zagłada, jeden kieliszek powoduje albo wymioty albo poważne zatrucie, grappę – smak błota, w którym urzędowała rogacizna, bez poważnych konsekwencji dla zdrowia, oraz wermut Romanetti – przepłacony, podobne trunki sprzedają po 5,90, nadają się jedynie do odzyskiwania z nich cukru. A teraz bourbon. Lektura nalepki dostarcza wiedzy, że pochodzi z USA, nie ma producenta, jest straight – czyli co najmniej cztery lata leżakował w beczkach, co było jednak za mało, gdyż dodano do niego barwnik E150a – czyli po prostu karmel. Butelkowany przez Pabst & Richarz Vertriebs GmbH – fragment firmy produkującej niemieckie alpagi i pryty. A teraz degustacja. Zapach – 100% denaturatu. Ale kodegustujący odnaleźli w nim zapach płynu do mycia szyb – tak wiec można ten aromat nazwać złożonym. Smak – wszystko tylko nie bourbon. Marny alkohol z dodatkiem syntetycznego smaku. Niepijalne bez zmieszania z czymkolwiek. Efekt – totalny kac, utrzymujący się ponad dobę. Idealny prezent dla teściowej. Producent nie chwali się nawet medalami, jakie dostał, ale wizyta na odpowiednich stronach www wyjaśnia, że dostał je w konkurencji „whisky z sieciowych hipermarketów”. Podsumowując – 35 zł wydane na ten trunek powinno zostać człowiekowi-pijakowi zwrócone (nomen omen) wraz z opłaceniem ubezpieczenia na życie. No ale to był ten pierwszy raz – pierwszy raz, kiedy człowiek-pijak wypił denaturat. Co prawda rozwodniony i z karmelem – ale zawsze.
Dla chcących pić podobne trunki, ale chcących także przeżyć taką konsumpcję – człowiek-pijak poleca własnoręczne przygotowanie whisky (a także wszystkich innych trunków świata). To się robi tak.
Morał pierwszy. Zamiast do Leedla należy pojechać do Domu Whisky, za 35 złotych można tam kupić pięćdziesiątkę znakomitego trunku, który wyjaśni wam, czym jest dobry bourbon czy też inne whisky. Nie kupujcie tanich podróbek w sieciówkach – zwłaszcza niemieckich czy francuskich. Oszczędzacie 20–40 złotych – a w zamian dostajecie denaturat, który w pobliskim sklepie z chemią gospodarczą jest znacznie tańszy.
Morał drugi. Nie wierzcie sieci. Zanim człowiek-pijak wypił tę truciznę zrobił rekonesans w sieci. Ten bourbon ma dobre opinie, jest nawet fajna degustacja człowieka, który wygląda na znawcę (kim w takim razie jest człowiek-pijak?). Niektórzy twierdzą, że pochodzi od producenta Jim Beama i nawet ma podobny smak. Znowu na usta rzuca się: bullshit! Sieć kłamie! Człowiek-pijak ostatnim bastionem alkoholowej prawdy!
PS. Po jakimś czasie człowiek-pijak przypomniał sobie, że w sieci zlokalizował firmę-matkę tej, co rozlewa w Niemczech bourbona leedlowskiego. Otóż ta matka produkuje alkopopsy, nalewki i inne wynalazki, których czas produkcji trwa tyle, ile wlanie mniejszej ilości płynu do większej ilości płynu. To jest coś co trudno odróżnić od fabryki iperytu.
PS2. Guglacze trafiają tu zadając pytania oczywiste. Tak, w Leedlu kupicie koniak, whisky, brandy, tequilę, gin i inne trunki. Mają one tyle wspólnego z oryginałami ile wino Jantarnoje Igristoje z Nowego Tomyśla z szampanem Perrier-Jouet. Oczywiście kosztują niewiele - w okolicach 35 zł, ale jeśli dodacie do tego koszty w postaci koszmarnego smaku i kaca, który może przeciągnąć się na kilka dni - pomijając już kwestię możliwości utraty zdrowia - to wyceniam te trunki na co najmniej setki złotych. Tyle powinno się do nich dodawać.

piątek, 30 września 2011

Bruderszaft z Barackiem


No cóż, niestety prozak jest do kitu. Co prawda nieźle się miesza z alkoholem, a nawet łagodzi kace – ale po kilku dniach powoduje senność w ciągu dnia, a człowiek-pijak jak by chciał zasnąć to by się położył do łóżka, a nie brał prochy. Więc leki odstawione, najlepszy antydepresant – alkohol – w ciągłym użyciu. Problemy z psyche jednak nie minęły, stąd wielkie opóźnienie w pisaniu bloga. Albo wielkie przyspieszenie w piciu różnych wynalazków, za czym pisanie po prostu nie nadąża.
No i z tego powodu wpis o człowieku-Baracku z dużym opóźnieniem – a miał być na jego wizytę w Polsce. Otóż w głowie człowieka-pijaka zrodziło się pytanie – czym powitać człowieka-Baracka. Najlepiej chyba barackpalinką – węgierskim destylatem z brzoskwini. Ale destylaty węgierskie dostępne w Polsce to totalny dynks – kiepski alkohol z dodatkiem chemii. Ale nie sądźmy destylatów owocowych po ich reprezentacji polskiej – tu faktycznie szprycują nas jakimiś odpadami. W czym królują czeska firma Jelinek i węgierska firma Zwack. Zwack jest producentem słynnej żołądkówki Unicum, ale jej drugi flagowy produkt – śliwowica Vilmos – to płyn do udrażniania rur. Od razu dwa smaki – kiepski alkohol i chemiczne dodatki – rozjeżdżają się jak pociągi sunące po jednym torze w przeciwnym kierunku. Butelka za całe 80 zł – na tyle ten wynalazek wycenia sobie sklep węgierski pana Kovacsa, który lata temu pozwolił człowiekowi-pijakowi za jedyna dwadzieścia kilka złotych od butelki dowiedzieć się, że tania węgierska palinka może konkurować z acetonem. Aż tu niespodzianka. Firma Gundel (chyba nie ta od słynnej restauracji, niestety, mimo że jej trunki są wszędzie dostępne, to informacja o niej już nie) produkuje wiele rodzajów palinek, a kupiona na lotnisku za 8 euro barackpalinka okazała się strzałem w 10. Nie rozjeżdża się, wpierw trochę drażni w gardle, ale potem drażnienie łagodzi aksamitny, wyraźny smak moreli. Prawdziwych, a nie z tablicy Mendelejewa. Jakby ktoś znał wegierski to tutaj jest strona z palinkami. Ale ceny na niej nielotniskowe, chyba lepiej kupić bilet w tanich liniach i pozwiedzać aeroport.
A co jeśli mielibyśmy wybrać trunek z kraju człowieka-Baracka? Człowiek-pijak stawia na bourbona, choć to chyba niezbyt politycznie poprawne. Nowość w polskich sklepach – Bulleit. Człowiek-pijak wpierw poznał wersję amerykańską – litrowa butelka kosztuje na lotnisku 100 zł. Ma 45%, jest bourbonem leżakowanym przez co najmniej 6 lat, o najniższym możliwym udziale słodu kukurydzianego (zapewne niewiele więcej niż 51%). A więc mało charakterystycznej kukurydzianej słodyczy – która człowiek-pijak lubi, ale wie, że odstrasza ona wielu amatorów whiskey. Zdecydowany smak, bardzo wyraźna beczka, mile gryzie w gardle, organizm doskonale przyjmuje duże ilości. Wymieszany z innymi trunkami działa jak aspiryna. Niedługo po degustacji wersji oryginalnej w Tesco pojawiła się importowana wersja rozlewana w Anglii. Ma 40% i jest o te 6% mniej atrakcyjna – czyli nadal godna polecenia. Wpierw kosztowała 77 za 0,7 litra, potem cena spadła do 63 zł. W ocenie człowieka-pijaka najlepszy bourbon na polskim rynku w cenie poniżej 100 zł.
A najgorszy? Tak, człowiek-pijak zna już odpowiedź na to pytanie. I będzie to zarazem odpowiedź na inne – czy płyny z Lidla są pijalne. Czytajcie blog człowieka-pijaka a zaoszczędzicie pieniądze i zdrowie! Sensacyjne doniesienia z Lidla już wkrótce!
PS. Bulleit jest wynalazkiem nowym (poza recepturą), wiki ma nawet miejscami problem z usytuowaniem gorzelni – ale na szczęście nie w głównym haśle. To wszystko mogłoby źle świadczyć o samym trunku – w sieci można nawet znaleźć informacje, że ktoś znalazł wersję barwioną karmelem i tym podobne bzdury. Jak by powiedział człowiek-Barack – bullshit! Sieć kłamie, a o tym kłamstwie już w najbliższym odcinku.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Co robi Kopernik w Pradze?

Wpierw krótkie wyjaśnienie. Człowiek-pijak nabył (tanio) depresję, i niespecjalnie miał ochotę na pisanie (w przeciwieństwie do ochoty na picie). Teraz człowiek-pijak spożywa fluoksetynę, która robi mu z głowy siano, wpędza w fatalny nastrój i niezalecana jest do towarzyszenia alkoholowi. Więc same nieszczęścia.
A co Kopernik robi w Pradze? Otóż na każdym kroku widać, że prawo Kopernika-Greshama ma się dobrze i Czesi są jego gorącymi wyznawcami. W porównaniu z poprzednią wizytą w Pradze popsuło się wszystko co można tam wypić i zjeść. Za to jest znacznie drożej.
Zacznijmy od piwa. Człowiek-pijak spożył jakieś pięć marek piw butelkowanych i jakieś dziesięć marek z beczki. Były wśród nich produkty dużych koncernów jak i małych browarów. Generalnie większość była słabo pijalna, Pilsner Urquell był zaledwie pijalny, a tylko jedno piwo było godne polecenia. Piwa z małych browarów mają tę samą cechę co ich polskie odpowiedniki (np. Ciechan i Książęce) – jadą piwnicą, szczurem, ziemią, błotem, pleśnią. Piwa z dużych browarów za to jadą chemią, wodą z zardzewiałego kranu albo kałuży. Czołowy produkt czeski – Pilsner Urquell – też czymś jedzie, polscy amatorzy piwa nazywają to gwoździem. W każdym razie beczkowa wersja czeska jest gorsza niż polska – a raczej była, bo w Polsce już pijemy Urquella z Pilzna, Tychy przestały go produkować. Ulubione piwo człowieka-pijaka – Velkopopovicky Kozel – zeszło na psy, jedenastka smakuje jak dziesiątka, dziesiątka jak sok chmielowy. Spadek jakości piw powoduje, że browary wprowadzają na rynek wersje „kvasnicowe”, czyli piwa żywe, niepasteryzowane i niefiltrowane – i właśnie trzynastka Kozla w tej wersji był a jedynym piwem godnym polecenia. Ale trudno dostępna, w Pradze odnaleziona jedynie w knajpie na odległym Żiżkowie (na zdjęciu obok piwa czołowy czeski napój bezalkoholowy – kofola, udana wersja coca-coli, mniej słodka, zdecydowanie lepsza – na tyle lepsza, że coca-coli w zasadzie się nie podaje). Podobno jest też kvasnicowy Urquell, ale pewnie tylko w Plznie. Ceny zbijają z nóg – w knajpie „U Kata” przy Rynku Staromiejskim za Urquella trzeba zapłacić 40 koron (1 zł = 6 koron), na Żiżkowie piwo kosztuje ok. 30 koron.
Potrawy w knajpach silących się na „lokalność” nie nadaje się do jedzenia w ogóle. Knedlikami można łatać dziury w Wyszechradzkich murach, mięso należy używać z odwaniaczami. Na Vaclavaku świetne bułki z kiełbaskami zastąpiły bułki-inaczej z parówkami-inaczej. W środku dnia podają pieczywo trzydniowe, parówki i kiełbasy składają się z wody i papieru. Trzeba kupować dania azjatyckie lub meksykańskie.
Wina lokalne to pryty, nie kupują ich nawet Czesi, wybierając importowane wina w kartonach. Można kupić bezpłciowe musujące Bohemian Sekt, ale butelka kosztuje 200 koron. Stanęło na winach z Tesco, w cenie 100-150 koron, pijalne hiszpany, w wietnamskich weczerkach można nawet w tej cenie trafić niezłe wina francuskie.
Z powodu powyższego człowiekowi-pijakowi pozostało pić dużo mocnych alkoholi – a że to Czechy, to stanęło na pradziadach, jaegermajstrach, fernecie, becherovce i starej mysliweckej. Przy takich trunkach nawet kiepskie piwo znajduje zastosowanie, doskonale przepłukuje usta pomiędzy kielonkami. Pradziad to jedyny udany wynalazek firmy Jelinek – podróbka włoskiej stregi, wyraźnie na etykiecie opisana jako alkohol z dodatkiem chemii, ale to dobra podróbka. Dominujący słodki smak skórki cytrynowej plus inne zioła w tle. Półlitrowa butelka to jakieś 30 zł, to jest zresztą standardowa cena za mocny alkohol. Cena za kieliszek w knajpie to ok. 5-6 zł. Fernet to czeska wersja włoskiego oryginału, musi zawierać jakieś trujące zioło, jeśli wypije się trochę za mało, to daje odloty, niepokojące sny, w zasadzie trudno po nim zasnąć (trzeba wypić za dużo, żeby nie mieć siły się obudzić). Jeagermajster i becherovka się nie zmieniły, słodkie, ziołowe, trudno pić bez przepijania piwem. Stara myslivecka pijalna tylko w wersji leżakowanej, w wersji ekonomicznej strasznie chemiczna.
Sumując – totalne rozczarowanie, nie tylko człowieka-pijaka, w 2010 Czesi zanotowali 12% spadek produkcji piwa w koncernach, kłopot w tym (analogicznie jak u nas), że w te lukę wlano takie same siki, tylko jeszcze gorsze.