sobota, 21 maja 2011

Człowiek-pijak nawraca się na marksizm!


A tak dokładnie na marksizm i spenceryzm. Jeszcze niedawno człowiek-pijak zachwalał Tesco, które miało mu poprawić samopoczucie po rozstaniu z Lidlem (przy okazji dla guglaczy: Lidl + brandy + bourbon + Majestat + nie + idźcie + tą + drogą), ale Tesco zawiodło go już kilka razy. Po pierwsze dobre i tanie wina znikają i nie wracają. Po drugie pojawiają się typowe niespodzianki dla dyskontów – wina stare, z podwójną akcyzą, które pod rozsądną ceną kryją stan zepsucia. Dotyczy to zwłaszcza win białych, których roczniki młodsze niż 2009 nie powinny w zasadzie być sprzedawane. Ale dystrybutor woli przecenić takie wino i wrzucić gdzieś, gdzie się na winach nie znają, więc kupią towar niepijalny. Oczywiście człowiek-pijak z Tesco się nie rozstanie, chociażby dlatego, ze kupuje tam żelki i groszek w puszce, ale jeśli chodzi o wina, to obecnie nieszczególnie poleca. Ale temat Tesco wkrótce wróci.
Natomiast jakiś czas temu w stołecznym Marks&Spencerze przy ulicy Marszałkowskiej otwarto dział spożywczy. W Wielkiej Brytanii to normalka, tam każdy Marks sprzedaje wino, ale w Polsce to debiut. Podobno Rossmann też już sprzedaje wina, ale człowiek-pijak jeszcze nie wie, który. Na początku M&S miał tylko wina, teraz są pojedyncze piwa, cydry, fuzzy, kremy – ale mają zaporowe ceny. Natomiast wina – co za niespodzianka! Średnia z zakupu około setki flaszek wynosi 20,10 zł. A na taką ilość wpadką było tylko chianti (niestety tanie a dobre chianti to tylko we Włoszech) i musująca cava. Ale w ogóle z winami musującymi tam jest niedobrze, bo człowiek-pijak kupił coś z nowej Zelandii za 35 zł i było do kitu. Honoru broni włoskie musujące pinot grigio za 24 zł, ale nie zawsze jest. W ciągu kilku miesięcy ceny lekko wzrosły, tak jak kiedyś średnia cena to było 19 zł, tak teraz 2 zł więcej (na początku można było z najniższej półki wysupłać dobrego hiszpana za 9 zł!). Ale te tańsze wina to nadal jakieś ¾ oferty. Broni się zwłaszcza półka z winami białymi – robi się gorąco i dobre schłodzone sauvignon blanc jest lepsze od zimnego prysznica (który jest zresztą nieekologiczny, bo woda się marnuje). Nareszcie można bez bólu kupić pinot grigio z Veneto, sauvignon blanc z Chile, Argentyny, Francji (pijalne!) czy Południowej Afryki. Cała gama win czerwonych, w tym dobra Rioja czy shiraz z Sycylii. 90% win ma nakrętki, to dobry zwyczaj krajów podległych Królowej. Jest też firmowa seria win firmowanych wyłącznie przez M&S – o dziwo pijalne, czego nie można było powiedzieć o analogicznej serii z Lidla. Wszystkie te wina pochodzą z sieci M&S, są niedostępne w innych miejscach.
Dział z winami ma jakieś 4 metry kwadratowe, na takiej powierzchni tyle dobra zmieścić, to jak trafić na żyłę złota.
Przy okazji można kupić dobre żelki, angielskie sosy, bardzo tanie kraby w puszcze, lemon bitter za 2,50 zł, no i jest super piekarnia z bardzo dobrymi bagietkami czy chlebem z orzechami. No i jest dział kuchni egzotycznej, głównie z hinduszczyzną. Niestety zaparkować w centrum to survival, a przyjechać autobusem po trzy kartony wina raczej niewykonalne. Z drugiej strony to może dobrze, że człowiek-pijak nie ma M&S pod domem, bo gdyby nie ten sklep, nie zauważyłby, jak nam pięknieje stolica i coraz bardziej upodabnia się do Ułan Bator, światowej stolicy kumysu.

niedziela, 15 maja 2011

Co pił Kolos Rodyjski

Człowiek-pijak zachęcony wymianą głosów pod którymś z wpisów chciał pojechać na Cypr. Ale wyczytał, że drogi i niespecjalnie ciekawy więc pojechał na Rodos. Gdzie dla odmiany było drogo i niespecjalnie ciekawie. Niestety to nie są Włochy – to Grecja, której mieszkańcy tak bali się drożyzny po wprowadzeniu euro, że aby ją ubiec sami podwyższyli wszystkie ceny i w dodatku się od tego procederu uzależnili.
Dość narzekania – bierzmy się do picia. Piwo: dominują ogólnogreckie Hellas i Mythos – zwłaszcza to drugie okupuje bary i kawiarnie. Lokalne jest Magnus. Wszystkie to typowe lagery, cena za półlitrową butelkę w okolicy 75 centów. Zdecydowanie wygrywa Magnus – oryginalny, świeży smak, idealne na upały.
Wina – Rodos ma własne wina, choć widok winnicy jest rzadkością. W sklepach spory wybór win ogólnogreckich, ale rodyjskich też jest sporo. Raczej drogie – ceny od 3,50, niestety za te cenę są rzeczy słabopijalne. Wina lokalne od 5 euro, człowiek-pijak zatrzymał się na poziomie 8 euro – nadal nieusatysfakcjonowany. Wśród win czerwonych dominuje szczep Amorgiano, coś jak Cabernet, wina są cienkie, nieciekawe. Wina białe to szczep Athiri, przypominające w smaku Chardonnay z miodem. Tu już jest lepiej, choć bez rewelacji. Z tego szczepu robione jest lokalne wino musujące, niestety kompletnie położone, a nietanie – minimum 7,50 za butelkę. W głównej fabryce Emery robią też słodkie wino Efreni – z Muscatu. Pierwszy łyk bardzo fajny, ale jak się wypiło butelkę (8,5 euro za półlitrową) to czuć, że to wino na 50%, brakuje mu intensywności, ma się takie odczucie jakby je ktoś rozwodnił.
Po tych porażkach człowiek-pijak poszedł na całość i przerzucił się na recynę. Ale nie na tę mainstremową znaną w Polsce z marki Kourtaki, tylko na taką najtańszą, kapslowaną w pólitrowych buteleczkach po 1,70 euro. Najfajniejsza była Malamatina, a to z powodu rysunku na nalepce, przedstawiającego osobę niepełnoletnią pijąca ze szklanki, z kluczem włożonym prosto we wnętrzności. Nalepka zapowiadała obecność w winie smaku żywicy, ale go nie było. Tak, tak, okazuje się, że obtanione recyny w zasadzie nie mają charakterystycznego żywicowego smaku, i tylko na tym wygrywają. Jest też lokalny rodzaj takie łże-recyny, identyczny w smaku.
Trunki mocne. Brandy – Metaxę można kupić we wszelkich odmianach i rozmiarach, ale człowiek-pijak Metaxy nie uważa, z powodu jej słodyczy. Wiec kupił pozostałe obecne w sklepie, które okazały się dziesięć razy słodsze od Metaxy. Mediterrane była jak bardzo słodka czekolada, a rodyjska Aigaion była za to rodzynkowa. Ceny w okolicy 8 euro za 0,7 litra, 4,5 za 0,350. Półki sklepowe zastawione ouzo (ceny też w okolicy 8 euro za dużą butelkę i 3-4 euro za dwusetkę), w knajpkach setka kosztuje od 1,5 euro. Grecka grappa nazywa się tsipuro, ale na Rodos ma też lokalną nazwę souma (lub suma, Grecy nie przywiązują wagi do gramatyki, sama nazwa wyspy pisana jest raz przez „z”, raz przez „s” na końcu). Wszystkie te wynalazki są dość tanie, ale niczego od nich nie oczekujcie – to zwykłe nieleżakowane destylaty, trzeba być ich fanem (jak człowiek-pijak), żeby warto je było wypić. Ciekawa jest natomiast tsipuro firmy Tsantali, sporego producenta win, który zaczynał od tsipuro i ouzo właśnie. Otóż tsipuro z tej wytwórni jest anyżkowe, ale to mało powiedziane. Aromat jest tak intensywny, że przebija się przez nakrętkę, wódka musiała być pita na balkonie, bo nie można było wywietrzyć zapachu z pokoju. Cena 3,50 za dwusetkę.
A co pił Kolos Rodyjski? Pił coś takiego, że aż upadł, a taką rzecz człowiek-pijak pił na Rodos! Biuro podróży Sky Club zapewniło mu hotelowe all inclusive, w tym drinki z baru. Drinki okazały się metanolem, już jeden kieliszek (to znaczy plastikowa szklanka, to i tak sukces, mogli polewać wprost do gardła) wystarczył na zarobienie potwornego kaca i całodobowego bólu głowy.
Człowiek-pijak robił zakupy w czymś na kształt sieciówki - Papppou. Bardzo dobrze zaopatrzony dział z alkoholem. W mieście są sieciówki międzynarodowe - ale daleko, trzeba jechać autobusem. Wśród nich wasz ukochany Lidl. A w nim - to samo co w Polsce. Te same niepijalne wina i wasza ulubiona brandy Majestat. Ona też może zabić Kolosa!

środa, 27 kwietnia 2011

Z Holandii do Rygi (bez powrotu...)

Pijąc giny i pisząc o nich człowiek-pijak obiecał sobie wrócić do źródła – a okazja trafiła się szybko. Genever prosto z Amsterdamu – miejsca narodzin jałowcówki. Co prawda genever człowiek-pijak spożywał już wielokrotnie, ale dość dawno, i nie w bezpośrednim sąsiedztwie ginu – więc teraz można było te smaki porównać. Na butelce widniały trzy wyraźne i jednoznaczne ostrzeżenia – skutecznie zastępowały napis: „Nie do spożycia”. Po pierwsze moc 35% nie wróży nic dobrego, kraje do których nie dotarły nauki Mendelejewa nie powinny robić wódek. Po drugie napis w trzech językach „podawać schłodzone”. To wyraźna wskazówka, że napój w temperaturze pokojowej nie nadaje się do picia. A ostatnia przestroga to nazwa producenta: Bols. Jeśli ktoś kiedyś próbował likiery Bolsa, to wie, że musiał je wymyślić Fritz Haber, ale Niemcy nie użyli tej broni, obawiając się, że przy okazji zgładzą cały świat. Jest tego 35 rodzajów, 35 nieznanych w naturze "smaków". Zresztą na liście produktów tej firmy jest też advocaat, z którym rzecz się ma podobnie do geneveru – można go używać w szkolnych pracowniach chemicznych, ale na pewno nie pić. No i Holandia też jest podobno miejscem powstania receptury ajerkoniaku.
Do rzeczy – wpierw zapach. Koszmar – człowiek-pijak nie wie jak mogło pachnieć w wojskowym szpitalu polowym w czasie wojny secesyjnej, ale to mógł być ten zapach. Coś mocno trupiego, jakaś gnijąca ryba połączona ze środkami dezynfekującymi. Smak – pozwólcie, że człowiek-pijak daruje sobie opis, bo smak był adekwatny do zapachu. I z każdym kieliszkiem było coraz gorzej. Haust, a potem bieganie po pokoju w poszukiwaniu resztek niezatrutego powietrza. Tym razem podróż do źródeł alkoholowej gałęzi była beznadziejna, zdecydowanie im bliżej pnia, tym gorzej.

sobota, 16 kwietnia 2011

Fajnie jest w supermarkecie

To jest ostateczne pożegnanie człowieka-pijaka z Lidlem. Kiepski wybór, kiepskie wina, alkohole mocne na poziomie trucizny Borgiów – choć pewnie mniej smaczne. Wszystkim wchodzącym na ten blog człowiek-pijak oświadcza – nawet jeśli kiedyś zachęcił was do wejścia do Lidla, to odszczekuje i nie bierze na siebie odpowiedzialności za to, że czyniąc tak zostaniecie inwalidami lub abstynentami.
Za to źródło wytrysnęło w Tesco. Długaśna pólka win, częste zmiany asortymentu (co niestety czasami jest też przykrą niespodzianką) i spore szanse na kupienie czegoś pijalnego w cenie do 20 złotych. Butelki na zdjęciu zostały kupione za średnią cenę 17,40 (uwzględniając 5% rabatu przy zakupie 6 butelek). Win powyżej 20 zł jest w tym zestawie sztuk trzy; win na (lub pod) granicy pijalności sztuk cztery; win niezłych po 15 złotych sztuk dwie. Część win dostępna jest w innych sieciach i w sklepach osiedlowych, ceny w Tesco są jednak o jakieś 2 złote niższe. Warto zwłaszcza pochylić się na winami „selected by Tesco” – w zasadzie niedostępnymi poza siecią. I nie będą to wyłącznie wina z Australii i Nowej Zelandii. W ogóle poprzednia informacja o nadreprezentacji win hiszpańskich musi zostać sprostowana, bo jest sporo win chilijskich, a na zdjęciu są i afrykańskie, włoskie (chianti niepijalne!), australijskie i afrykańskie. Człowiek-pijak zdradza tajemnicę bardziej zaawansowanych koneserów win z supermarketów – lepiej kupować wina zakręcane niż korkowane. Dlaczego? Tak bardzo zaawansowany człowiek-pijak nie jest.
Jeśli chodzi o konkurencję, to człowiek-pijak chciał się kiedyś wybrać do Biedronki – właścicielem sieci jest firma z Portugalii, podobno są tam takież wina. Przed sklepem kłębił się tłum mężczyzn, którym nadużywanie alkoholu wypaliło dożywotnie piętno na twarzach. W środku też kłębił się tłum, ludzie popychali się, krążyli po wnętrzu bez ładu i składu – tak musi wyglądać izba wytrzeźwień, z której uciekła obsługa. Jakież było zdziwienie człowieka-[pijaka, kiedy okazało się, ze akurat w tej Biedronce działu z alkoholem nie ma. To co się musi dziać tam, gdzie on jest?!
W Tesco można też spotkać smutnych panów w garniturach kupionych w dziale obok, którzy za pomocą ulotki namawiają do kupna wódki Bols (butelka 0,7 l) za 44 złote, podczas gdy na sąsiedniej półce stoją nieodbiegające jakością czyste gorzkie, czyste żubrówki i czyste soplice po 25 zł za taką samą objętość (dobra jakość jest zapewne efektem walki o pierwszeństwo na rynku czystej, kto zwycięży zacznie nalewać do butelek denaturat). Do tego absurdalnego zakupu ma zachęcać możliwość wygrania złotej monety! Chcieli przekupić człowieka-pijaka, najuczciwszego pijaka na Ziemi! Zbulwersowany zrezygnował ze złota i kupił butelkę piwa prosto z Białorusi, na którym jest napisane, że nie powinni go pić ludzie z dolegliwościami systemu nerwowego. No to czym do diaska ma człowiek-pijak leczyć dolegliwości jego systemu nerwowego?
PS. Statystyki Google mówią, ze 99% ludzi odwiedzających tego bloga robi to po wpisaniu w oknie wyszukiwarki słowa Lidl. Nie idźcie tą drogą!

czwartek, 7 kwietnia 2011

Z Londynu do Rygi i z powrotem

Człowiek-pijak nie jest specjalnym wielbicielem ginu i jałowcówek. Owoców jałowca używano w celach leczniczych i tak powinno pozostać. Gin ma w swojej historii niechlubny rozdział, kiedy produkowano go mieszając destylat z czegokolwiek (tak, tak, nawet z odchodów ludzkich) z olejkiem jałowcowym. Wyprowadzenie go na konsumpcyjną prostą wymagało wmówienia ludziom, że to dobry składnik drinków, i tak w Anglii spożywa się go z tonikiem a w USA z wermutem. Człowiek-pijak zawsze twierdzi, że jeśli coś jest pijalne jedynie z dodatkami, to znaczy, iż nie jest pijalne.
Żeby się utwierdzić w niechęci do ginu człowiek-pijak zdegustował trzy butelki. Wszystkie trzy zawierały London Gin, a wiec teoretycznie alkohol, który z jałowcem miał kontakt tylko w procesie destylacji (a więc nie był to alkoholowy roztwór jakiegoś zagęszczonego świństwa) i nie mógł zawierać żadnych dodatków oprócz wody. Na pierwszy ogień poszedł Lloyds London Dry Gin. Butelka 0,7 l opatrzona jest wszelkimi zachęcającymi napisami: Rare Finest Dry Gin, London Dry Gin, Distilled in Great Britain, Product of Great Britain. Trunek ma moc 37,5%, a kosztuje mniej niż 30 zł! W zasadzie jest tańszy od średniej jakości wódki czystej. Tyle dobrych wieści. Teraz złe. Na butelce jest też napis Imported oraz Producent: Fauconnier. I to w zasadzie powinno wystarczyć zamiast konsumpcji. Ale człowiek-pijak poświęcił się i wypił. Co prawda przewidując efekt znieczulił się przedtem dużą ilością wódki czystej i tylko dzięki temu przełknął ten wynalazek. Jest to jedna z najgorszych rzeczy na świecie – gin wypijany w słynnej Gin Lane nie mógł być taki zły, bo konsumenci wydalaliby go, zanim by trafił do ich żołądka. Ogólna uwaga – tanie francuskie produkty wysokoprocentowe mają taka jakość jak podróbki spotykane w krajach arabskich, przed spożyciem których ostrzegają przewodniki – bo może to być ostatnie spożycie w dziejach turysty.
Następnie wypity został Greenall’s London Dry Gin. Butelka 0,7 l, moc 40%, niedostępny chyba w Polsce, w angielskich Tesco kosztuje 11 funtów. Napis na butelce „serve with tonic” mówi za wszystko. Nie jest to co prawda taki rzyg jak poprzedni, ale z kieliszka wali odór a nie zapach, a organizm zmuszony do przyswojenia tego trunku walczy z całych sił.
Tyle samo kosztuje Beefeater, dostępny też w Polsce, cena w Tesco to 54 zł, a więc w zasadzie taka sama jak w Anglii. Butelka 0,7, moc 40%, na etykiecie nie wspomina się o tonicu – i słusznie, bo to trunek pijalny, może bardziej okazyjnie niż na co dzień, ale bez obrzydzenia. W konkurencji nie brał udziału Gordons, ale tego też człowiek-pijak ze spokojnym sumieniem poleca. Konsultowani Anglicy stwierdzili, że w zasadzie pijalne saute są giny z wyższych półek, więc przy następnej okazji na stole stanie jakiś Tanqueray czy Bombay Sapphire. Cheers!

wtorek, 22 marca 2011

Tanio, taniej, Tesco

Pogłoski o śmierci człowieka-pijaka są jak najbliższe prawdzie. W okolicy końca zeszłego roku człowiek-pijak zapił się na śmierć. Po czym zmartwychwstał i pije dalej.
Do rzeczy. Człowiek-pijak porzucił Lidla. Po pierwsze Lidl też umarł. Towar na półkach jest taki sam od otwarcia. Zrezygnowano z dni wina. No i najważniejsze – picie tego samego w ilościach hurtowych musi skończyć się wyrobieniem pawłowowskiego odruchu odrzucenia. Już sam widok butelek z Lidla wywoływał u człowieka-pijaka przykre próby ucieczki treści na zewnątrz.. No i rekord świata – raz kupił Chianti cudownie przemienione w ocet winny. Dość! Na szczęście pod bokiem wyrósł mu olbrzymi sklep sieci Tesco. Na początku było nienajlepiej, ale Tesco ma to do siebie, że się zmienia. Ale od początku. Zaczęło się od zakupów w dziale monopolowym. Człowiek-pijak kupił 5 win w cenie do 20 zł i wszystkie okazały się jakimiś zlewkami. Brrr... Ale po kilku miesiącach na półkach asortyment się zmienił. Pojawiły się wina Tesco – to znaczy te same, które kupi klient tej sieci w Anglii czy Niemczech. I w ogóle win było więcej. Obstawione zostało sześć – i pięć było pijalnych! A ceny nie przekraczały dwudziestu kilku złotych (średnia ok. 18 zł). Od tego czasy człowiek-pijak kupuje tam wina – a że sklep jest całodobowy to przyciśnięty chucią czasami łazi tam w godzinach późnych. Wybór win musujących jest kiepski, ale jest cava Tesco w wydaniu brut i demi-sec za 17 złotych za butelkę – pijalna! Pijalna cava za 17 zł to jest naprawdę dobry wynik.
A co dla poszukiwaczy okazji? Dział z piwami jest zawalony rzeczami niepijalnymi, ale w kąciku stoi na podłodze niespodzianka. Piwo marki Piwo! To znaczy piwo jest marki Tesco, ale najbardziej wyeksponowany jest napis Piwo. Piwo ma moc 4%, nie posiada w zasadzie smaku, jest lekko gazowane, ma kolor moczu po spożyciu pięciu piw marki Piwo. W zasadzie jest to napój piwny, ale to wcale nie jest wada. Najlepsze co mogliby zrobić polscy browarnicy to pozbawić polskie piwa smaku, zapachu i mocy. I to udało się Tesco – o dziwo przy pomocy browary Van Pur, producenta broni masowego rażenia. A teraz cena – 1,39 za puszkę! Człowiek-pijak obstawia, ze to najtańsze piwo w Polsce! Jeśli ktoś zna tańsze człowiek-pijak prosi o info.

wtorek, 14 grudnia 2010

Niedźwiedź odwiedza człowieka-pijaka

Do prezydenta Komorowskiego przyjechał Miedwiediew, i tak się złożyło, że w tym samym czasie do człowieka-pijaka zawitali bliscy z Moskwy. Wśród prezentów znalazły się trunki, które człowiek-pijak wypił natychmiast, by nie dać szansy innym go ubiec. No i potwierdziło się, to co człowiek-pijak już pisał – nie trzeba jechać do Paryża, by napić się dobrych koniaków i szampanów – wystarczy pojechać do Moskwy. Niestety podróż i pobyt w Moskwie są droższe niż w Paryżu. Można obniżyć koszty korzystając z pociągu, ale w sypialnych wagonach produkcji rosyjskiej ktoś opatentował pionowe łóżka, a sama podróż trwa dobę.
Wracając do trunków - koniaki i szampany, bo Rosjanie jednak nie ulegli presji kapitalistów i twardo trzymają się francuskich nazw. Koniak Trofiejnyj  (czyli Zdobyczny) z Kaliningradu wlany został w butelkę przypominająca piersiówkę, ma różne gwiazdy pięcioramienne i dwugłowe orły jako ozdoby. Taki przerost formy nad treścią nie zapowiadał nic dobrego, a tu się okazało, że brandy jest przednia, dokładnie taka jak człowiek-pijak lubi, niesłodka, ale też nie za bardzo cierpka. Producent twierdzi, ze to rosyjski koniak czteroletni wyprodukowany z francuskich koniaków. Tak  że mamy misz-masz jak pod Borodino. Ale to okazało się dopiero preludium do koniaku Starejszina. Ten ma butelkę trochę podobną do Hennesy, ale na niej zamiast gwiazdek jest wizerunek jakiegoś starca – zapewne ilustracja faktu, że aby żyć długo trzeba pić dużo koniaku. Ten wypity był siedmioletni, i faktycznie od poprzedniego był trochę bardziej wytrawny i aromatyczny. Bardzo człowiekowi-pijakowi smakował, i nie zmienił tego fakt, ze na etykiecie napisano, iż to z kolei jest koniak z Hiszpanii. Ale rosyjski. A na popitkę wypił szampana z domu szampańskiego Abrau-Durso - fabryki z regionu krasnodarskiego produkującej szampany od XIX wieku. Doskonały wytrawny szampan idealnie wpasował się w koniakowe smaki. Szkoda słów.
Teraz pozostało człowiekowi-pijakowi cierpliwie doczekać przyszłorocznych wakacji, kiedy odwiedzi Rosję – i powędruje nad Wołgę mijając po drodze lasy, w których sprytny Iwan Susanin wystrychnął Polaków na dudka. Ale tym razem historia potoczy się inaczej...
PS. Ceny tych trunków to: 30-40 zł za koniaki, ok. 30 zł za szampana.

czwartek, 2 grudnia 2010

Butelka znaleziona na lotnisku (Marinettiemu)

Minęło dziś 66 lat od jego śmierci. No to uczcijmy. Ale czym?
Człowiek-pijak pisał poprzednio o amaro – włoskich wódkach/nalewkach ziołowych. Amaro nie jest zresztą tylko włoskie – ono jest światowe – becherowka , gorzka żołądkowa, jaegermeister – to najpopularniejsze w Polsce amaro. Myśmy z amaro wszyscy (na całym świecie zresztą)!
A teraz dygresja. Człowiek-pijak zawsze kupuje na lotniskach alkohol. Z trzech powodów. Po pierwsze panicznie boi się latać i strach zabija alkoholem. Po drugie kupuje tam alkoholowe prezenty dla znajomych. A po trzecie kupuje tam trunki, których nie udało mu się kupić w lokalnych sklepach – a że są mainstreamowe, liczy na ich obecność w duty free shopach (duty niestety już nie jest free w UE).
Wracając do amaro - bardzo udanym produktem jest Strega. Człowiekowi-pijakowi udało się je tym razem kupić na lotnisku w Mediolanie. Pochodzi z Rzymu, robi się ją od 1860 roku i nie jest to typowa włoska żołądkówka. Te są zazwyczaj bardzo ziołowe, wytrawne, ciemne i raczej mało alkoholowe. Strega jest czymś pośrednim między typowym amaro a limoncello. Ma bardzo intensywny smak skórki cytrynowej, jest słodkie i rozsądnie mocne (40%) - ale ma też w sobie wiele nut ziołowych. Pije się to bardzo zachłannie – a tym bardziej zachłannie, że ci znający ten trunek wiedzą, iż kac po wypiciu dużej ilości jest znikomy (to znaczy nie ma go pod warunkiem, że Stregi się nie zmiesza z czymś innym, co nie jest akurat niemożliwe).
Druga dygresja. Strega to strzyga – czarownica. Jej wizerunek widnieje na butelce – obok grafiki przedstawiającej budynek fabryki tego trunku. Założyciel firmy zasponsorował nagrodę literacką imienia tejże strzygi – i do dziś Strega to najważniejszy laur pisarski Włoch (wyobrażacie sobie zamiast Nike Wyborową?).
Strega na lotnisku kosztuje trochę mniej niż 15 euro za litr (40%). Dużo? To jest troszkę więcej niż cena zwykłej wódki a doznania smakowe są totalne. No i pijąc sponsoruje się literaturę włoską. Za Marinettiego! Salute!

piątek, 19 listopada 2010

Co pił Filippo Marinetti

Wszędzie gdzie się znajdzie, człowiek-pijak stara się spróbować, co piją lokalsi. W Bellagio najbardziej znanym lokalsem – poza licznymi gośćmi, z papieżami, królami i Jerzym Clooneyem na czele – wydawał się Filippo Marinetti. Pisał poemat ku chwale sił morskich Republiki Salo (jezioro Garda i Salo są niedaleko stąd) w pokoju hotelowym hotelu Excelsior Splendide (***) – gdy nagle odszedł na zawał serca –od kilku lat wisi tam tablica upamiętniająca jego nagły zgon. Za jedyne 120 euro można tam wynająć dwójkę – jeśli ktoś jednak ma wyższe oczekiwania  może wynająć apartament w pobliskim pięciogwiazdkowym hotelu Vila Serbeloni za 1000 euro za nockę.
Człowiek-pijak nie mieszkał w hotelach, ale w miejscu, w którym pobyt zasponsorował mu (bardzo pośrednio) Hiram Walker, amerykański producent kanadyjskiej whisky, serwowanej w czasie prohibicje obywatelom USA przez m.in. Ala Capone. Stąd było kilka kroków (generalnie Bellagio ma kilka kroków wzdłuż i wszerz) do Sport Baru na placyku przy kościele. W tym budynku był kiedyś klasztor, ale od 1919 jest bar dla lokalsów – z rozsądnymi cenami i sala, gdzie ogląda się transmisje sportowe. Właściciel – dobrze mówiący po angielsku – opowie, jak Marinetti zachodził właśnie tu – wtedy gospodarzem był ojciec dzisiejszego gospodarza – i chętnie pokaże zdjęcia poety z czasów Republiki Salo. Bellagio to Północ – sympatie faszystowskie są jak najbardziej na miejscu. Własnie w Sport Barze można skosztować trunków z Bellagio w nazwie – piwa z Bellagio i amaro z Bellagio. Tych płynów nie można dostać w sklepach, są produkowane wyłącznie na potrzeby wyszynków. Piwo jest OK., choć to zwykły pils, amaro też jest niezłe. Człowiek-pijak niestety nie pamięta cen, bo po poprosił właściciela o przegląd wszystkich amaro z barowej półki i w pomieszaniu z wcześniej spożytymi trunkami to dało cudowny efekt kosmicznego zabłądzenia. Jego skutkiem człowiek-pijak o mało nie wpadł w ramiona biskupa Como, który akurat w ten wieczór nawiedzał miejscowy kościół – ale biskup poruszał się szybciej i człowiek-pijak co prawda celował w biskupa, ale pocałował nie jego dłoń, ale kościelny mur. Ale wracając do cen – porównując ilość wypitego alkoholu z ubytkami w portfelu doszedł do wniosku, że nie było nawet drogo. Co jak na Bellagio jest wyczynem, bo w przydrożnych knajpkach – wyglądających na zwykłe kebabownie – piwo jest po 5 euro.
Ale właściciel Sport Baru pytany o najbardziej polecany trunek zaproponował nam alpejskie amaro Briaulo. Na półce miał dwie odmiany – zwykłą i Braulio Riserva Speciale z 2005 roku. Nie wypadało kupować tańszej i trzeba było wysupłać przeszło 20 euro za litrową butelkę! Riserva jest ciemnym i gęstawym trunkiem, bardzo ziołowym - w zasadzie przypomina w smaku krople żoładkowe. Ma moc 24,7% - co akurat nie ma większego znaczenia dla smaku, bo włoskie amaro mają bardzo mocne aromaty bez względu na moc alkoholu. Po spożyciu pół litra człowiek czuję się odświeżony i chętny do dalszej konsumpcji – tak, że na pewno jest to skuteczny środek leczniczy. Jednak człowiek-pijak nikogo nie będzie namawiał do wydawania 20 euro (oczywiście za wspomnianą butelkę nie on zapłacił), jeśli ktoś chce spróbować Braulio w wydaniu popularnym, niech uda się do pobliskiego sklepu Dimeglio i kupi butelkę 0,7 l za jedyne 8 euro. Braulio jest zresztą na tyle popularne, że można je dostać na przykład na lotnisku w Neapolu. A idąc do Dimeglio mieszczącego się na ulicy Volta spotkać można ślady innego słynnego Włocha – na tej ulicy mieszkał słynny Alessandro Volta, wynalazca baterii. Nie bez powodu na moc alkoholu mówi się dziś „woltaż”, a na zestaw butelek „bateria”.

piątek, 15 października 2010

Pić czy nie pić w Heidelbergu (rocznicowo)

Czas zatoczył koło (zataczanie się jest ulubioną forma gimnastyki człowieka-pijaka), znowu picie w Heidelbergu. Tym razem człowiek-pijak zmierzył się poważnie z młodym winem (2,50 do 3 euro za litr 11% mętnego płynu – z zastawem za butelkę) i ... przegrał. Niestety po trzech butelkach żołądek domaga się zwrotu zastawu, a potem już sam widok butelki napędza klienteli toalecie. Co prawda człowiek-pijak w zaciszu WC przeczytał książkę Wilka o jego onieżskiej wędrówce, ale tam cały czas stało o alkoholikach, a to nie jest radosna lektura. Co do mocnych alkoholi to człowiek-pijak już wie – Niemcy po prostu nie potrafią ich robić. Tak jak czerwone niemieckie wino nie jest warte trudu spożycia – zwłaszcza produkty „bio” (to niemieckie szaleństwo, wszystko jest bio, kupić jajko „trójkę” można chyba tylko przez internet), te w smaku przypominają raczej wywar z kartofla niż wino.
Alternatywą dla wina młodego jest appfelwein – wino jabłkowe. To klarowny płyn, kolorze soku jabłkowego, o mocy 5,5%, zupełnie pozbawiony smaku. Możliwe, że w gorące lata jest alternatywą dla piwa, ale na pewno nie smakową.
No wiec co robić? Pić piwo, białe wina, czerwone importowane i lokalne sekty. Tu można zaszaleć. Z piw królują pilsy, w knajpach w okolicach 3,30 euro za 0,5 litra, w sklepie to samo za jakieś 70-80 centów. Jak rok temu bezkonkurencyjny jest Rothaus – 80 centów za małą butelkę, ale choćby taki Hasseroeder (70 centów za 0,5 l) jest pijalny. W knajpach leją m.in. piwo z browaru heidelberskiego, we Frankfurcie można wypić taniego Henningera (o smaku polskiego pilsa z lat 70-tych – słaby, sikowaty, lekko chmielowy - pycha). W sklepach rieslingi i kabinety za grosze, wystarczy wysupłać 2 euro. Czerwone włochy i hiszpany też od 2 euro – niestety cieńkusze, na 10 różnych butelek jedno chianti za jakieś 3 euro miał aromat i smak nieprzypominający ochrzczonej wody. Królem rynku są sekty – dostępne w zwykłych butelkach i w malutkich piccolo. Masówka Fabera, Sohnleina i Henkella – ale po co ją kupować, jak w sklepach są jakieś nieznane marki w cenach od 1,7 euro (!) – pijalne! Jedno małe picoolo Henkella wciskają za ok. 3 euro (tak, tak, znalazłem coś co jest tańsze w kraju producenta niż w Polsce), ale za taką samą cenę można kupić sześciopak piccolo mniej znanej firmy.
Po wina można chodzić do sieciowych marketów np. Rewe czy Penny, ale Niemcy mają dobre obyczaje i w zwykłych sklepach ceny są tylko jakieś 5% wyższe. Na Heidelberskiej starówce do polecenia jest dwusklepowa sieć City-Markt, w niedzielę można w knajpie u Schillera kupować wino na butelki – od 3,50 euro.
Prosit!