„Just a perfect day, feed animals in the zoo” – śpiewał Iggy Pop. Ja też mam taki dzień (i też zbieram to, co zasieję) – to wizyta w Helu i oglądanie karmienia fok w tamtejszym Fokarium Stacji Morskiej Uniwersytetu Gdańskiego (o godzinie 11 i 14). Na Hel – jak i do innych popularnych turystycznych miejscowości – staram się dojeżdżać poza sezonem, w sezonie bite tam są rekordy liczby turystów na kwadratowym metrze, w tym roku w Helu w długi majowy weekend taki rekord został właśnie pobity. Ale już we wrześniu nikogo tam poza weekendami nie ma i, jeśli pogoda dopisuje, pobyt jest fantastyczny. Wtedy w całym mieście są otwarte dwie restauracje, Kapitan Morgan i Maszoperia – podczas gdy w sezonie całe miasto zamienia się w jeden olbrzymi bar. To nie jest blog kulinarny/restauracyjny, ale czasami polecam jakieś miejsca w ich kontekście alkoholowym. I tak właśnie kilka lat temu odkryłem Kapitana Morgana – choć wszystkie przewodniki polecały Maszoperię. Ale Maszoperia jest wydmuszką z mazursko-zakopiańskim menu, a Kapitan Morgan to knajpa, do której przychodzą lokalsi, a menu prawie w 100% jest rybne. Więc bardzo mi tam się spodobało, przyjmowałem ryby w różnej postaci, popijałem je wódką i Pilsnerem, jakiś historyczny odbiornik skrzeczał i gadał marynarskimi komendami, panowie rybacy przez komórkę wydawali polecenia załodze ich kutrów („Limity? Jakie limity?! Łowić!”). Słowem kolejne ulubione miejsce człowieka-pijaka. Przyszły jednak zmiany, miasto zarasta turystyczną infrastrukturą, tam gdzie stała malutka budka, w której wędziły się ryby, stoi teraz namiot na 100 osób, tam gdzie kiedyś było pięć stolików jest teraz pięćdziesiąt, koty z nabrzeża przeniosły się na ulice Wiejską, we wszystkich restauracjach polewają piwa z Browaru Amber, który niestety robi piwa słabopijalne. Z rozpaczy kupiłem w sklepie Żywiec APA, ale APA z Żywca tak się ma do normalnego APA, jak lager z Żywca do normalnego lagera (dlatego chwalę Morgana za Pilsnera z kranu, to w Helu wyjątek). No i jak tak mnie miotało po całym cyplu, zupełnie przypadkowo trafiłem do Bałtyckiej Tawerny. Przy wejściu na plażę nr 66 stoi spory drewniany barak z miejscami w środku i na zewnątrz. W sezonie otwiera filię na samej plaży, nazywa się to Helska Plaża. Obsługa jest rosyjsko-ukraińsko-polska, bo właściciel jest Rosjaninem z Doniecka. Menu jest mieszane, wszystkie morskie ryby, ale też potrawy kuchni wschodnich – czebureki, chinkali czy pielmieni. Wykonanie doskonałe – panie zawiadujące kuchnią to profesjonalistki. Ryby przywożone są prosto z morza i natychmiast oprawiane – to co jecie, zostało kilka czy kilkanaście godzin temu wyłowione. W Kapitanie Morganie pozwolono nam tylko popatrzeć na smażone szproty (znajomi właścicieli przywieźli, znajomi i właściciele zjedli), a w tawernie są po prostu w karcie! No dobrze, ale co wypić? Jest tam nieśmiertelne piwo od Ambera, mołdawskie wina, wódka, whisky – ale jest też nalewka ziołowa. Wyrób lokalny, na spirytusie i siedmiu ziołach, dominuje dziurawiec, cukru prawie nie ma – to właśnie uwielbiam. Wyobraźcie sobie prawzorzec Jaegermeistra – to jest właśnie to (jak tylko przejdzie Noc Świętojańska wyruszam na poszukiwanie kwitnącego dziurawca i sam spróbuję coś w tym stylu zrobić). Tak wiec pamiętajcie – wizyta w Helu, odwiedziny fokarium, zwiedzanie minimuzeum kapitana Borchardta („Znaczy kapitan”) a potem flądry, dorsze, szproty i śledzie plus nalewka z Doniecka – Bałtycka Tawerna to zdecydowanie najlepsza restauracja na Helu!
PS. To był zupełny zbieg okoliczności, ale temu krótkiemu wyjazdowi towarzyszyły mi dwie lektury związane ze znanymi pijakami: Jarosława Haška „Historia partii umiarkowanego postępu (w granicach prawa)” i Moniki Wąs „Dymny. Życie z diabłami i aniołami”. Za Haškiem: „W tych czasach, kiedy powstawała nasza partia, istniała wielka niechęć do abstynentów i że my, członkowie partii, nie chcąc w żaden sposób sprzeciwiać się powszechnemu przekonaniu o konieczności alkoholizmu, również płynęliśmy z prądem czasu zakładając swoje ośrodki w lokalach, gdzie było dobre piwo. Było to głównym warunkiem. Noworodek karmiony mlekiem doskonałej jakości zyskuje na duchu i ciele; każda nowo narodzona partia musi wybrać swoje centra tylko tam, gdzie jest piwo pierwszej klasy, inaczej nie tylko nie zyskałaby członków, ale przeciwnie, swoich przyszłych członków by utraciła. Albowiem alkohol jest mlekiem polityki”. O Dymnym (za Stanisławem Radwanem): „Nie wydawało mi się, że alkoholizm był jego problemem. Czasem był pijakiem, ale nigdy alkoholikiem. Jego mózg nie został naruszony przez alkohol”. No cóż, mózgi obu artystów może nie zostały naruszone przez alkohol, ale kilka dziesięcioleci wyrwał z ich życiorysów. Hašek żył lat czterdzieści, a Dymny czterdzieści dwa. Na zdrowie?
niedziela, 22 maja 2016
niedziela, 8 maja 2016
Co na rano? Tom 2.
Miało być o więcej napojach bezalkoholowych – robi się. To jeszcze nie sezon na takie trunki, ale dziś było w Warszawie 23 stopnie – pić się chce! Nowości z tej branży jest u nas mało, ale dzięki hipsterom rynek rośnie. Poprzednim razem pisałem o lemoniadach z Koziej Zagrody – napojach cytrynowych, do których dodano różne swojskie dodatki. Producent poszedł za ciosem i produkuje nową serie trunków – tym razie na bazie soku pomarańczowego. Dodatki to jarzębina, czarny bez i krwawnik. Mam pewien problem z oceną, bo typowego soku pomarańczowego nie lubię – jest dla mnie zbyt mdły i zazwyczaj zbyt słodki. Tym razem broni się zestawienie z czarnym bzem – czyli najbardziej gorzkim dodatkiem. Reszty niestety nie mogę polecić. Wspominałem tez o firmie DAN – oni też walczą, weszli w działkę napojów typu yerba, tym razem połączyli yerbę z truskawką, to się udało, gorzkość yerby i słodycz truskawki daje fajne połączenie. No i zupełna nowość – napój na bazie japońskiego grzybka kombucha – Vigokombucha. Kombucha jest antyoksydantem, czyli oddali was od śmierci o kilka zbędnych chwil. Poza tym smakuje jakby gnił od dłuższego czasu – tak więc wybierajcie, zdrowie albo smak. Ja wybieram smak, zdrowie może gdzie dostanę za darmo. No i klasyk – napoje Sanpellegrino, jedne lepsze, inne gorsze, ale to zawsze cos lepszego niż gazowane produkty Pepsi Czy Coca-Coli – a niewiele droższe.
Korzystając z okazji dokleiłem zdjęcie napoju z procentami – w kontekście mojego poprzedniego wpisu. Otóż jak ktoś chce być na bakier z przepisami, to nie przykleja bezprawnie banderoli, która mu odpadła z butelki (bo importer przykleił ją nieporadnie), tylko sprzedaje na targu pod nazwą nalewka mieszaninę syropu z aronii (podejrzewam Herbapol) z bimbrem (podejrzewam najgorsze, ale jednak był to bimber, a nie jakieś paliwo). Ta mieszanka chyba ujrzała światło dzienne dzień przed sprzedażą, smaki rozjeżdżają się w zupełnie przeciwnych kierunkach, można by je spokojnie rozlać do dwóch naczyń. Polak potrafi!
Korzystając z okazji dokleiłem zdjęcie napoju z procentami – w kontekście mojego poprzedniego wpisu. Otóż jak ktoś chce być na bakier z przepisami, to nie przykleja bezprawnie banderoli, która mu odpadła z butelki (bo importer przykleił ją nieporadnie), tylko sprzedaje na targu pod nazwą nalewka mieszaninę syropu z aronii (podejrzewam Herbapol) z bimbrem (podejrzewam najgorsze, ale jednak był to bimber, a nie jakieś paliwo). Ta mieszanka chyba ujrzała światło dzienne dzień przed sprzedażą, smaki rozjeżdżają się w zupełnie przeciwnych kierunkach, można by je spokojnie rozlać do dwóch naczyń. Polak potrafi!
niedziela, 1 maja 2016
Kto wygra końcówkę od banderoli?
Za czasów PRL-u nie udało mi się ani razu zagrać w Toto Lotka, ale słyszałem w czasie telewizyjnych transmisji z losowania o jakiejś końcówce od banderoli. A potem w pamięci utrwalił mi ten fenomen tekst piosenki Salonu Niezależnych pt. „Telewizja”: „Stal się leje, moc truchleje / Na kombajnie chłop się szkoli / Na dodatek wygrać może / Końcówkę od banderoli”. No i do dziś nie wiem o co chodziło z tą końcówką – z systemem byłem na bakier, odmawiałem udziału w jego grach i zabawach. Co się niespecjalnie zmieniło, z systemem jestem na bakier, a banderole nadal mnie prześladują. Tym razem banderole akcyzowe. Wszyscy nabywcy legalnego wina i mocniejszych alkoholi je znają – na każdej butelce jest nalepiona banderola akcyzowa (tak jak i na papierosach). Ale są produkty objęte podatkiem akcyzowym, na którym banderol nie ma – piwo, benzyna, węgiel, samochody... Ale na wyrobach winiarskich (a więc i na cydrze) są – i jest to wyjątek na skalę całej Europy.
Banderole są potwierdzeniem zapłacenia przez producenta podatku akcyzowego. Mają zostać tak naklejone, żeby przy otwarciu butelki (czy innego naczynia) uległy zniszczeniu. Czyli na przykład nie mogą się odklejać – bo odklejona banderola może zostać wykorzystana ponownie. Ale co zrobić kiedy banderola się jednak odklei? To proste – producent/sprzedawca kupuje wtedy od państwa specjalną banderolę legalizacyjną i ją nakleja. No to może trzeba by te banderole podatkowe produkować tak, żeby się nie odklejały – jakieś nalepki, perforacja czy inne wynalazki? Tak, ale wtedy za taką superbanderolę i tak zapłaci producent/sprzedawca – bo banderolę trzeba od państwa kupić. To przypomina mi słynny chiński obowiązek zapłaty przez rodzinę skazanego za kule zużyte do wykonania wyroku śmierci. Różnicy nie widzę – państwo wprowadza przepis administracyjny, za którego egzekwowanie przez nas każe sobie płacić. Proponuję w ramach dobrej zmiany wprowadzić opłaty za wymianę dowodu osobistego z powodu utraty terminu ważności, opłaty za meldunek stały i tymczasowy, pomysłów jest multum.
Banderola legalizacyjna ma jeszcze jedno zadanie – musi zostać użyta przy przelewaniu alkoholu z naczyń z banderolą podatkowa do innych. Taka sytuacja ma miejsce na przykład w sklepach typu „piwo z beczki do buteleczki” – rozlewającymi piwo z kegów do butelek typu PET. No tak, ale na piwie nie ma banderol. Ale jeśli ktoś chciałby rozlewać wino, cydr albo mocniejsze alkohole do własnych naczyń, to już musi skorzystać z banderol legalizacyjnych. Jeśli tego nie robi, popełnia co najmniej wykroczenie, a zapewne przestępstwo skarbowe, a tu kary są spore, bonusem może być odebranie koncesji. Nie będę nikogo wskazywał palcem, ale znam takie miejsca w Warszawie (wino) i w Krakowie (nalewki). Pewnie myślicie, że ci od wina są trochę mniej winni od tych od nalewek, bo procenty są niższe. Otóż nie, ci od wina nie spełnili jeszcze jednego warunku – nie zostali wpisani do rejestru firm produkujących wino. Ale przecież oni nic nie produkują! Nic nie produkują, ale podpadają pod ustawę winiarską, a ta dotyczy produkcji i rozlewu wyrobów winiarskich. A ponieważ rozlewają, to podpadają pod ustawę wymyśloną dla winiarzy i rozlewni wina – czyli w praktyce dla normalnych fabryk. Te same przepisy, które wymyślono dla firmy kupującej kontenery z winem i rozlewającej je w tysiące szklanych butelek dotyczą jednoosobowej firmy prowadzącej na 20 metrach kwadratowych sklep z winem i sprzedajacej dziennie 2-3 litry wina przelanego do plastikowej butelki.
A skąd to wiem? Mój zaprzyjaźniony sklep – Produkty Niewinne i Winne – jako pierwszy w Polsce przeszedł taką procedurę i do przyszłego tygodnia legalnie będzie nalewał wino (wkrótce też i cydr) z kegów do butelek. Uznałem, że to tak, jakby pierwszy Polak wylądował na Księżycu – nareszcie jesteśmy w czymś pierwsi, i warto o tym napisać. Cała procedura, warunki, które należało spełnić i 6 miesięcy wędrówek po urzędach będą chyba opisane gdzieś w sieci – jak pojawi się opis, zapodam linka. A jak się nie pojawi to sam opiszę, ale to tak jakbym dopisywał kolejny tom „W poszukiwaniu utraconego czasu”.
PS. Na fotce dwa pliki banderol legalizacyjnych – dla dwóch pojemności. Żeby uzyskać taki plik trzeba odwiedzić urząd celny i ministerstwo skarbu – procedura trwa około trzy tygodnie. Ale jaja, ale jaja – żeby zacytować klasyków.
Banderole są potwierdzeniem zapłacenia przez producenta podatku akcyzowego. Mają zostać tak naklejone, żeby przy otwarciu butelki (czy innego naczynia) uległy zniszczeniu. Czyli na przykład nie mogą się odklejać – bo odklejona banderola może zostać wykorzystana ponownie. Ale co zrobić kiedy banderola się jednak odklei? To proste – producent/sprzedawca kupuje wtedy od państwa specjalną banderolę legalizacyjną i ją nakleja. No to może trzeba by te banderole podatkowe produkować tak, żeby się nie odklejały – jakieś nalepki, perforacja czy inne wynalazki? Tak, ale wtedy za taką superbanderolę i tak zapłaci producent/sprzedawca – bo banderolę trzeba od państwa kupić. To przypomina mi słynny chiński obowiązek zapłaty przez rodzinę skazanego za kule zużyte do wykonania wyroku śmierci. Różnicy nie widzę – państwo wprowadza przepis administracyjny, za którego egzekwowanie przez nas każe sobie płacić. Proponuję w ramach dobrej zmiany wprowadzić opłaty za wymianę dowodu osobistego z powodu utraty terminu ważności, opłaty za meldunek stały i tymczasowy, pomysłów jest multum.
Banderola legalizacyjna ma jeszcze jedno zadanie – musi zostać użyta przy przelewaniu alkoholu z naczyń z banderolą podatkowa do innych. Taka sytuacja ma miejsce na przykład w sklepach typu „piwo z beczki do buteleczki” – rozlewającymi piwo z kegów do butelek typu PET. No tak, ale na piwie nie ma banderol. Ale jeśli ktoś chciałby rozlewać wino, cydr albo mocniejsze alkohole do własnych naczyń, to już musi skorzystać z banderol legalizacyjnych. Jeśli tego nie robi, popełnia co najmniej wykroczenie, a zapewne przestępstwo skarbowe, a tu kary są spore, bonusem może być odebranie koncesji. Nie będę nikogo wskazywał palcem, ale znam takie miejsca w Warszawie (wino) i w Krakowie (nalewki). Pewnie myślicie, że ci od wina są trochę mniej winni od tych od nalewek, bo procenty są niższe. Otóż nie, ci od wina nie spełnili jeszcze jednego warunku – nie zostali wpisani do rejestru firm produkujących wino. Ale przecież oni nic nie produkują! Nic nie produkują, ale podpadają pod ustawę winiarską, a ta dotyczy produkcji i rozlewu wyrobów winiarskich. A ponieważ rozlewają, to podpadają pod ustawę wymyśloną dla winiarzy i rozlewni wina – czyli w praktyce dla normalnych fabryk. Te same przepisy, które wymyślono dla firmy kupującej kontenery z winem i rozlewającej je w tysiące szklanych butelek dotyczą jednoosobowej firmy prowadzącej na 20 metrach kwadratowych sklep z winem i sprzedajacej dziennie 2-3 litry wina przelanego do plastikowej butelki.
A skąd to wiem? Mój zaprzyjaźniony sklep – Produkty Niewinne i Winne – jako pierwszy w Polsce przeszedł taką procedurę i do przyszłego tygodnia legalnie będzie nalewał wino (wkrótce też i cydr) z kegów do butelek. Uznałem, że to tak, jakby pierwszy Polak wylądował na Księżycu – nareszcie jesteśmy w czymś pierwsi, i warto o tym napisać. Cała procedura, warunki, które należało spełnić i 6 miesięcy wędrówek po urzędach będą chyba opisane gdzieś w sieci – jak pojawi się opis, zapodam linka. A jak się nie pojawi to sam opiszę, ale to tak jakbym dopisywał kolejny tom „W poszukiwaniu utraconego czasu”.
PS. Na fotce dwa pliki banderol legalizacyjnych – dla dwóch pojemności. Żeby uzyskać taki plik trzeba odwiedzić urząd celny i ministerstwo skarbu – procedura trwa około trzy tygodnie. Ale jaja, ale jaja – żeby zacytować klasyków.
niedziela, 24 kwietnia 2016
Co pił Karol I Habsburg?

A może nic nie pił, bo wkrótce po zesłaniu go na Maderę zmarł na zapalenie płuc? Nie popełnijcie takiego błędu i wykorzystajcie pobyt na tej portugalskiej wyspie do skosztowania tamtejszych trunków. Nie ma ich zbyt wielu, a najbardziej znanym jest oczywiście wzmacniane wino. Ja mam pecha do win wzmacnianych, bo będąc ubogim próbuję zazwyczaj ich odmian z najniższych półek, a te są niesmaczne i kacogenne. Stąd moje zdziwienie, że madera może być taka smaczna. Blandy’s to jeden z największych lokalnych producentów, ma w środku miasta Funchal coś na kształt muzeum, za kilka euro można zobaczyć kilka rzeczy zbędnych, spróbować ze trzy kieliszki, bez zwiedzania można skorzystać z firmowego sklepu. Win produkuje co niemiara, od białych wytrawnych do słodkich najmocniejszych i najsłodszych. Ja piłem wyrób dość prosty, trzyletnie wino z najpopularniejszych tam winogron tinta negra, 19% mocy, cukier (krzepi) resztkowy 123 g/l – czyli ulepek. Ale to zestawienie – moc, słodycz, smak, beczka – bardzo ładnie się zharmonizowało. Albo było mi wszystko jedno – najlepiej sprawdźcie sami, to wino można kupić w Polsce, w sklepach internetowych chodzi po ok. 80 zł, ale może też być w ofercie Tesco.
Madera z Madery to oczywistość, ale na wyspie robią też ... rum! A więc dzienników rumowych ciąg dalszy! Rum prosto z plastikowej butelki, o zachęcającej nazwie „woda ognista” (aquardente). I co? I można! Genialny! W nozdrza zamiast zapachu tanich kosmetyków uderza mocny aromat oliwki. W smaku go już nie ma, ale jest czysty, wyraźny, ale niespecjalnie agresywny smak rumu. Przewyższa wszystko co ostatnio wypiłem w tym temacie. A druga plastikowa buteleczka? To lokalny przebój, alkopop wytworzony z tegoż rumu, soku z cytryny i miodu (moc 20%). I co? I można! Super! Olejcie wino, kupujcie rum i ponchę!
Zbudowany portugalsko-wyspiarską ofertą mam dla was jeszcze jedną pozytywną wiadomość. Indeks nadopiekuńczosci Christophera Snowdona ulokował Polskę w środku skali, z nienajgorszym punktowym wynikiem – co dziwi, bo nasza ucieczka od realnego socjalizmu nie jest specjalnie udana. Może dlatego, że uwzględniono e-papierosy, a uciekając wolno, wolno reagujemy i jeszcze ich nie zabroniliśmy. Ale biorąc pod uwagę tylko alkohol skaczemy z uśrednionej pozycji 15. na 9. A gdyby pan Snowdon uwzględnił obowiązek nalepiania banderol akcyzowych na wino (jedyny takiu przypadek w Europie), to pewnie byśmy jeszcze bardziej awansowali. Rządzie! Parlamencie! Daj się ludziom napić w spokoju!
piątek, 1 kwietnia 2016
Co piją pod palmami?
Skoro wyjawiłem, że zaglądam do TV, wyjawię też, że lubię niektóre seriale BBC. Także ten, który nazywa się „Śmierć pod palmami” – choć oryginalny tytuł to „Death in paradise” (czyżby zmieniono go, by nie urazić niczyich uczuć)? W tym filmie, którego akcja rozgrywa się na Gwadelupie udającej fikcyjną wyspę Saint Marie, wszyscy piją piwo – ciągle tę samą markę. Lokowanie produktu? Nie w przypadku BBC, tam prawie nie ma zwykłych reklam (i nie przerywają nimi programów). Ta marka to Etensel i została stworzona wyłącznie na potrzebę serialu. Czy niby piwo jest, a jakby go nie było.
Ale BBC nie ma monopolu na takie cuda. W ramach moich wypraw rumowych (w zasadzie założyłem coś na kształt „Dziennika rumowego” – choć patent na ten tytuł mają spadkobiercy Huntera S. Thompsona, totalnie przecenionego pisarza, który dla nas ważny jest tylko z tego powodu, że na łamach jego książek (i tak była w jego życiu) alkohol leje się hektolitrami) zaglądam do sklepu Simply. A konkretnie kupuję w nim brandy Stock, która ma tam najniższą cenę na rynku – 40 zł za 0,7 l. Taką cenę miewa Tesco, ale tylko w promocji, bo na co dzień jest to 50 zł. Ale nie tylko ja jestem taki spostrzegawczy, w moim Simplym ludzie już wykupili cały zapas i nie zanosi się na kolejny przypływ. No więc żeby nie wychodzić z pustymi rękami kupuje tam rum, niecałe 30 zł za 0,7 l – już sama cena daje do myślenia. Tym bardziej etykieta – dzieło równie ciekawe jak książki Thompsona. Nazwa: Santana – na upartego można przyjąć, że jest karaibska, znalazłem wioskę w Belize (110 mieszkańców) o takiej nazwie. I dalej: Century old house, Selection of finest light rums, Quality, Savour, Fineness. Czyli kwintesencja karaibskości. No i dwa medale. Które są autentyczne, ale mam pewne wątpliwości czy rum Santana mógł dostać złoty medal na wystawie w Bordeaux w 1882 roku. Nie istniała wtedy firma go produkująca – Slaur Sardet z Havru, pewnie nie istniały jeszcze firmy z których ta powstała – czyli właśnie Slaur i Sardet. Ktoś tu przypiął sobie medal bez uzgodnienia z medalodawcą. I to nie byłe kto, bo Slaur Sardet jest olbrzymią firmą, drugą co do wielkości we Francji, produkująca alkohole. Tylko są to specyficzne alkohole – takie, które trafiają na najniższe półki hipermarketów. Na półki Simpliego było im trafić łatwo, bo teraz sieć Simply należy do francuskiego Auchana.
No dobrze, a jak to smakuje? O dziwo nie jest straszne. Trochę za bardzo pachnie jak tanie perfumy, ale generalnie jest pijalne. Po wypiciu butelki nie ma kaca – to już samo w sobie powinno być zachętą. Obok na półkach widziałem inne produkty z Havru, np. tequilę, ale aż tak nie będę się poświęcał.
No i co to ma wspólnego z nieistniejącym piwem z serialu? Wrzuciłem do sieci kod EAN i nic się nie ukazało. Zero wyników. Dwa medale i zero wyników. Ale to akurat ma sens, bo gdy przyznawano te medale nie było jeszcze kodów kreskowych.
PS. Santana jest też miejscowością na Maderze, to się dobrze składa, bo wkrótce napiszę o tej wyspie (a raczej archipelagu).
Ale BBC nie ma monopolu na takie cuda. W ramach moich wypraw rumowych (w zasadzie założyłem coś na kształt „Dziennika rumowego” – choć patent na ten tytuł mają spadkobiercy Huntera S. Thompsona, totalnie przecenionego pisarza, który dla nas ważny jest tylko z tego powodu, że na łamach jego książek (i tak była w jego życiu) alkohol leje się hektolitrami) zaglądam do sklepu Simply. A konkretnie kupuję w nim brandy Stock, która ma tam najniższą cenę na rynku – 40 zł za 0,7 l. Taką cenę miewa Tesco, ale tylko w promocji, bo na co dzień jest to 50 zł. Ale nie tylko ja jestem taki spostrzegawczy, w moim Simplym ludzie już wykupili cały zapas i nie zanosi się na kolejny przypływ. No więc żeby nie wychodzić z pustymi rękami kupuje tam rum, niecałe 30 zł za 0,7 l – już sama cena daje do myślenia. Tym bardziej etykieta – dzieło równie ciekawe jak książki Thompsona. Nazwa: Santana – na upartego można przyjąć, że jest karaibska, znalazłem wioskę w Belize (110 mieszkańców) o takiej nazwie. I dalej: Century old house, Selection of finest light rums, Quality, Savour, Fineness. Czyli kwintesencja karaibskości. No i dwa medale. Które są autentyczne, ale mam pewne wątpliwości czy rum Santana mógł dostać złoty medal na wystawie w Bordeaux w 1882 roku. Nie istniała wtedy firma go produkująca – Slaur Sardet z Havru, pewnie nie istniały jeszcze firmy z których ta powstała – czyli właśnie Slaur i Sardet. Ktoś tu przypiął sobie medal bez uzgodnienia z medalodawcą. I to nie byłe kto, bo Slaur Sardet jest olbrzymią firmą, drugą co do wielkości we Francji, produkująca alkohole. Tylko są to specyficzne alkohole – takie, które trafiają na najniższe półki hipermarketów. Na półki Simpliego było im trafić łatwo, bo teraz sieć Simply należy do francuskiego Auchana.
No dobrze, a jak to smakuje? O dziwo nie jest straszne. Trochę za bardzo pachnie jak tanie perfumy, ale generalnie jest pijalne. Po wypiciu butelki nie ma kaca – to już samo w sobie powinno być zachętą. Obok na półkach widziałem inne produkty z Havru, np. tequilę, ale aż tak nie będę się poświęcał.
No i co to ma wspólnego z nieistniejącym piwem z serialu? Wrzuciłem do sieci kod EAN i nic się nie ukazało. Zero wyników. Dwa medale i zero wyników. Ale to akurat ma sens, bo gdy przyznawano te medale nie było jeszcze kodów kreskowych.
PS. Santana jest też miejscowością na Maderze, to się dobrze składa, bo wkrótce napiszę o tej wyspie (a raczej archipelagu).
czwartek, 24 marca 2016
Co pili piłkarze ręczni?
Znowu trochę zapuściłem się w pisaniu bloga, ale spokojnie, to chyba tylko kwestia pogody (złej), pracy (słabo płatnej acz wyczerpującej), braku czytelników (pozdrawiam serdecznie nielicznych), braku nowych trunków (patrz punkt o słabej płacy), lenistwa (genetyczne, niemożliwe do zwalczenia), innych zajęć (pasjans, pasjans-pająk, war-mahjong i kilka innych) – to tylko początek listy wymówek, last but not least to o czym na końcu.
Ponieważ lubię te miejsca które znam, pojechałem na dzień do Krakowa – akurat w czasie Mistrzostw Europy w piłce ręcznej. Odwiedziłem te miejsca co zawsze – Vis-a-vis, Republika śledzia, Karczma Smily, BaniaLuka na Placu Szczepańskim – i obowiązkowo karmienie kaczek, mew i łabędzi nad Wisłą. Na szczęście w Krakowie nic się nie zmienia. To znaczy nic się nie zmienia, w miejscach, które są tam od dawna, bo miejsca nowe zmieniają się co roku, na przykład sklep z akcesoriami erotycznymi na Św. Tomasza jest teraz japońskim fastfoodem. Ale akurat ani poprzednia ani obecna oferta tego adresu mnie nie interesowała. Interesował mnie w miarę nowy tap bar firmowany przez Pintę. Nazywa się Viva la Pinta i mieści się przy Floriańskiej 13, łatwo nie zauważyć, bo jest w podwórku, trzeba przejść przez dziwaczną bramę w której jest sklep z antykami i usługi tatuażystów. Z kranów leje się około 10 piw, można zamówić menu degustacyjne – 8 piw w szklaneczkach 150 ml w cenie 30 zł. Do jedzenia burgery itp., na dole dość zatęchła piwnica ze stromymi schodami, uczucia mam mieszane. Lubię piwa Pinty, ale sam lokal jest jakiś taki mało przyjazny. Może to dlatego, że na zewnątrz był zimno, a byłem pierwszym klientem, wiec jeszcze nie rozgrzali pieców. No i jedna toaleta na cały lokal – strach pomyśleć co tam się dzieje, gdy jest pełno.
Ale tak naprawdę cel był inny – sklep „Regionalne alkohole” na Kazimierzu. Pisałem o nim przy okazji poszukiwań produktów firmy Piasecki, ale nie było odzewu, wiec sam się wybrałem. No i znowu mieszane uczucia. Sklep chce połączyć ofertę dość popularną z taką bardziej wyszukaną. Efekt jest taki, że produktów Piaseckiego nie ma. W ogóle mam wrażenie, ze w sklepie Zakopiańskim tej firmy był większy wybór, ale podobno właściciel jest z Zakopanego – może to jest przyczyna. Ale wizyta miała dwa plusy – kupiłem kawowego rosolisa (35 złza 0,35 l). Od śmierci poznańskiego goldwassera to mój typ numer jeden w dziedzinie mocnych alkoholi, w których słodycz tak zdominowała moc (40%), że nie czuć jej w ogóle. A wiec takich które można spożywać wprost z butelki w każdych okolicznościach przyrody – ja pozwoliłem sobie w czasie spaceru pod Wawelem, zmieniając się wraz z konsumpcją w niezbyt udaną imitację wawelskiego smoka. Drugi plus – sklepie odkryłem, że pan Lorek z firmy Koziarnia w Smykani robi już cydry, zwą się właśnie Smykań, są już w Warszawie – oczywiście w Produktach Niewinnych i Winnych też są. Co więcej, można je będzie zdegustować na Warszawskim Festiwalu Piwa – na stoisku „Polskie Cydry Autorskie” (także Ignaców, Chyliczki i coś tam jeszcze) – już 7-9 kwietnia.
A piłkarze? Piłkarze umoczyli, zresztą mistrzostwa odbywały się tak daleko, że kibice nie docierali do starówki, wiec na tej było niespodziewanie pusto.
PS1. A propos alkoholowych podróży – chciałbym polecić emitowany na kanale Travel Channel program „Podróżnik na gazie” (Booze traveller). Prowadzący sprawia wrażenie przygłupa, całość jest nakręcona trochę w konwencji MTV, ale sporo miłych widoków i trochę informacji o lokalnych alkoholach. Pod wpływem jednego z odcinków zaplanowałem nawet jedną z tegorocznych wycieczek – może będzie okazja do kolejnego wpisu.
PS2. Ciekawa (?) dygresja o służbie zdrowia. Mój publiczny lekarz pierwszego kontaktu przyjął mnie w domu i poczęstował whisky, a prywatny lekarz złapał się za głowę usłyszawszy o moim przerobie alkoholowym, nazwał mnie alkoholikiem i stwierdził, że alkoholizm jest gorszy od raka. To lekka przesada, rak chyba nie daje tyle przyjemności - nie wiem, na razie nie mam. Chyba trafiłem na muzułmanina albo świadka Jehowy, ewentualnie kogoś, komu alkohol zmaltretował życie. Wolałbym, żeby lekarze od dolegliwości cielesnych nie zamieniali się pod moim wpływem w terapeutów uzależnień, w każdym razie nie za moje pieniądze. No ale nie da się ukryć, ze mam jakieś zdrowotne zawirowanie, więc moja blogowa absencja powinna być usprawiedliwiona. Jak rzecz się pozytywnie wyjaśni wracam do pisania. A jak nie, to się zobaczy...
Ponieważ lubię te miejsca które znam, pojechałem na dzień do Krakowa – akurat w czasie Mistrzostw Europy w piłce ręcznej. Odwiedziłem te miejsca co zawsze – Vis-a-vis, Republika śledzia, Karczma Smily, BaniaLuka na Placu Szczepańskim – i obowiązkowo karmienie kaczek, mew i łabędzi nad Wisłą. Na szczęście w Krakowie nic się nie zmienia. To znaczy nic się nie zmienia, w miejscach, które są tam od dawna, bo miejsca nowe zmieniają się co roku, na przykład sklep z akcesoriami erotycznymi na Św. Tomasza jest teraz japońskim fastfoodem. Ale akurat ani poprzednia ani obecna oferta tego adresu mnie nie interesowała. Interesował mnie w miarę nowy tap bar firmowany przez Pintę. Nazywa się Viva la Pinta i mieści się przy Floriańskiej 13, łatwo nie zauważyć, bo jest w podwórku, trzeba przejść przez dziwaczną bramę w której jest sklep z antykami i usługi tatuażystów. Z kranów leje się około 10 piw, można zamówić menu degustacyjne – 8 piw w szklaneczkach 150 ml w cenie 30 zł. Do jedzenia burgery itp., na dole dość zatęchła piwnica ze stromymi schodami, uczucia mam mieszane. Lubię piwa Pinty, ale sam lokal jest jakiś taki mało przyjazny. Może to dlatego, że na zewnątrz był zimno, a byłem pierwszym klientem, wiec jeszcze nie rozgrzali pieców. No i jedna toaleta na cały lokal – strach pomyśleć co tam się dzieje, gdy jest pełno.
Ale tak naprawdę cel był inny – sklep „Regionalne alkohole” na Kazimierzu. Pisałem o nim przy okazji poszukiwań produktów firmy Piasecki, ale nie było odzewu, wiec sam się wybrałem. No i znowu mieszane uczucia. Sklep chce połączyć ofertę dość popularną z taką bardziej wyszukaną. Efekt jest taki, że produktów Piaseckiego nie ma. W ogóle mam wrażenie, ze w sklepie Zakopiańskim tej firmy był większy wybór, ale podobno właściciel jest z Zakopanego – może to jest przyczyna. Ale wizyta miała dwa plusy – kupiłem kawowego rosolisa (35 złza 0,35 l). Od śmierci poznańskiego goldwassera to mój typ numer jeden w dziedzinie mocnych alkoholi, w których słodycz tak zdominowała moc (40%), że nie czuć jej w ogóle. A wiec takich które można spożywać wprost z butelki w każdych okolicznościach przyrody – ja pozwoliłem sobie w czasie spaceru pod Wawelem, zmieniając się wraz z konsumpcją w niezbyt udaną imitację wawelskiego smoka. Drugi plus – sklepie odkryłem, że pan Lorek z firmy Koziarnia w Smykani robi już cydry, zwą się właśnie Smykań, są już w Warszawie – oczywiście w Produktach Niewinnych i Winnych też są. Co więcej, można je będzie zdegustować na Warszawskim Festiwalu Piwa – na stoisku „Polskie Cydry Autorskie” (także Ignaców, Chyliczki i coś tam jeszcze) – już 7-9 kwietnia.
A piłkarze? Piłkarze umoczyli, zresztą mistrzostwa odbywały się tak daleko, że kibice nie docierali do starówki, wiec na tej było niespodziewanie pusto.
PS1. A propos alkoholowych podróży – chciałbym polecić emitowany na kanale Travel Channel program „Podróżnik na gazie” (Booze traveller). Prowadzący sprawia wrażenie przygłupa, całość jest nakręcona trochę w konwencji MTV, ale sporo miłych widoków i trochę informacji o lokalnych alkoholach. Pod wpływem jednego z odcinków zaplanowałem nawet jedną z tegorocznych wycieczek – może będzie okazja do kolejnego wpisu.
PS2. Ciekawa (?) dygresja o służbie zdrowia. Mój publiczny lekarz pierwszego kontaktu przyjął mnie w domu i poczęstował whisky, a prywatny lekarz złapał się za głowę usłyszawszy o moim przerobie alkoholowym, nazwał mnie alkoholikiem i stwierdził, że alkoholizm jest gorszy od raka. To lekka przesada, rak chyba nie daje tyle przyjemności - nie wiem, na razie nie mam. Chyba trafiłem na muzułmanina albo świadka Jehowy, ewentualnie kogoś, komu alkohol zmaltretował życie. Wolałbym, żeby lekarze od dolegliwości cielesnych nie zamieniali się pod moim wpływem w terapeutów uzależnień, w każdym razie nie za moje pieniądze. No ale nie da się ukryć, ze mam jakieś zdrowotne zawirowanie, więc moja blogowa absencja powinna być usprawiedliwiona. Jak rzecz się pozytywnie wyjaśni wracam do pisania. A jak nie, to się zobaczy...
wtorek, 19 stycznia 2016
Glosy do kieliszka
Nie napisałem w 2015 102. wpisu, bo przypomniałem sobie, że jednak serial o czterech pancernych nie był moim ulubionym dziełem sztuki filmowej, wybierałem filmy Godarda i Truffauta. Że nie był to najlepszy wybór przekonałem się później, ale na to trzeba się zestarzeć. Ale że „Czterej pancerni” nie był ani dobrym serialem, ani nie zawierał klatki prawdy wiedziałem intuicyjnie (inna sprawa, że dał zajęcie znakomitym aktorom).
No wiec teraz, żeby nie zapomnieć o blogu, kilka uzupełnień.
Nie mogłem kupić alkoholu w niemieckim Amazonie, więc kupiłem sobie kalendarz literacki od wydawcy Schöffling & Co., jako posiadacz kota od kilku lat kupuję właśnie taki o kotach. Nie mam konta w euro więc zamiast 4,25 płaciłem 4,55, teraz bym zapłacił chyba z osiem. Czyli żeby sensownie płacić za alkohol w sieci trzeba mieć konto w euro – to jest wydatek 30 zł rocznie. Z tym, że kupić taki alkohol łatwo nie jest, bo jest to nielegalne. Każda sprzedaż w Polsce procentów przez sieć jest nielegalna. Albowiem 1) nie można sprawdzić wieku kupującego oraz 2) ustawodawca założył miejsce fizycznej sprzedaży alkoholu, a sprzedaż przez internet je unieważnia – firma z Płocka może sprzedać w Mławie. Są w tej sprawie wyroki sądowe, choć większość sprzedawców się nimi – na razie – nie przejęła. A sprzedawca z zagranicy ma jeszcze bardziej pod górkę, bo żeby złamać prawo musi jeszcze odprowadzić w Polsce podatek VAT i akcyzowy. To pierwsze można jeszcze zrobić przez jakieś systemy elektroniczne, ale do tego drugiego trzeba w Polsce założyć filię. To jest jakaś teksańska masakra. Ale przy okazji sprawdziłem i jeśli znalazłem sprzedawcę w Polsce produktów oferowanych przez Amazon (bezpośrednio, a nie jako pośrednik) to ceny były zbliżone. Więc już sam nie wiem – nie ma u kogo kupować, cenowo bez sensu – poradź, czytelniku, co robić?
Znalazłem w sieci – zapewne jedno z wielu – zestawienie najmocniejszych alkoholi świata – to coś wnosi do mojego wpisach o najmocniejszych spożytych przeze mnie. Ale więcej wnosi wspomnienie Janusza Szpotańskiego:
„Ponieważ panowała wówczas moda na Hemingwaya, młodzi poeci grali role silnych mężczyzn, silnych ludzi, toteż zamiast zwykłej wódki zakupili spirytus. Jednakże, jak przyszło co do czego, to okazało się, że spirytusu to oni pić nie umieją, ja natomiast — doskonale (co zresztą, nawiasem mówiąc, można wydedukować z tekstu Carycy). Otóż spirytus pije się w ten sposób, że po wchłonięciu kieliszka z jego zawartością wydaje się ów charakterystyczny chuch, żeby nie poparzyć sobie języka i jamy ustnej. O tym elementarnym sposobie nie mieli oni zielonego pojęcia, a spirytus poza tym taką ma jeszcze właściwość, że działa uderzeniowo, to znaczy, że kiedy się go pije, człowiekowi wydaje się, że nic go nie bierze, że cały czas jest trzeźwy, a później następuje nagle to słynne spirytusowe uderzenie, po którym na ogół całkowicie traci się świadomość, spada się pod stół i budzi się dopiero następnego dnia rano z potwornym bólem głowy. Tym razem jednak nie doszło do tego: oni się dokądś spieszyli, więc nie siedzieliśmy w tym mieszkaniu do oporu, lecz w jakimś momencie wyszliśmy stamtąd na ulicę. Na rogu pożegnałem się z nimi i odtąd wszystko już, do dzisiejszego dnia, rysuje mi się wyłącznie w formie takich większych lub mniejszych plam. Głównie były to plamy szaroniebieskie, pod którymi, jak się nietrudno domyśleć, kolejno kryli się milicjanci, radiowóz i komisariat.”
Mam nadzieję, że nie łamię prawa autorskiego, tekst ktoś umieścił w sieci, chyba mając prawa. Pan Szpotański był – prawie – szachowym mistrzem Polski, widać stąd, że picie alkoholu nie musi szczególnie wpływać na intelektualne możliwości obywatela – choć może. Ale na fizyczne wpływa – wzmacnia i krzepi.
Na zdjęciu niedawno nabyta butelka tarchunu – napoju z estragonu. Po poprzedniej sprzedawanej w Polsce – gruzińskiej – kolejna wpadka. Niepijalny ulepek, pół tablicy Mendelejewa. A rzecz nie jest łatwa – w Moskwie jedna na 10 butelek jest pijalna. Jak tam powrócę w tym roku to udam się na poszukiwanie najlepszego tarchunu na rosyjskim rynku.
Obok okowita mazurska – destylat z miodu. To flagowy - według mnie - produkt polskiego gorzelnictwa. Musiałem natychmiast kupić bo z dnia na dzień nawiedził mnie gość z Rosji z naręczem spirytusowych prezentów i musiałem się czymś zrewanżować. No to telefon do firmy Piasecki – producenta. Producent ma przedstawiciela w Warszawie, ten wskazuje trzy adresy, ale poleca jeden. I faktycznie, klub (!) Bazar na Jagiellońskiej przy Okrzei sprzedaje to za 117 zł – najniższa cena jaką znalazłem. A o prezentach z Moskwy napisze bo jest o czym.
No i jest na zdjęciu gin lubuski. Jak można dwa razy skłamać w dwuwyrazowej nazwie? Udało się Lubuska Wytwórnia Wódek Gatunkowych w Zielonej Górze sprzedała się szwedzkiemu V&S (państwowe! kolejny przykład prywatyzacji państwowego państwowemu). Państwowy V&S sprzedał się Pernod-Ricard, ci mają za dużo ginu w UE, wiec odsprzedali markę Gin Lubuski niemieckiej firnie Henkell, która produkuje swoje produkty w Toruniu (to są wieści ukradzione pewnemu internaucie, źródła nie podam, bo się nie podpisał). Sorry (ale jaja, ale jaja), ale Toruń – poza Nowym Tomyślem – to tajna broń kosmitów w walce z ludzkością. No i niestety tak się stało. Z nienajgorszej podróbki ginu zrobiono gorszą podróbkę błota. Niepijalne, masakra. Widziałem w sieci wpisy z 2015, potwierdzające, że ktoś zniszczył ten produkt.
PS. Pisane bez poprawek w trakcie spożycia prezentów z Moskwy, łał!
No wiec teraz, żeby nie zapomnieć o blogu, kilka uzupełnień.
Nie mogłem kupić alkoholu w niemieckim Amazonie, więc kupiłem sobie kalendarz literacki od wydawcy Schöffling & Co., jako posiadacz kota od kilku lat kupuję właśnie taki o kotach. Nie mam konta w euro więc zamiast 4,25 płaciłem 4,55, teraz bym zapłacił chyba z osiem. Czyli żeby sensownie płacić za alkohol w sieci trzeba mieć konto w euro – to jest wydatek 30 zł rocznie. Z tym, że kupić taki alkohol łatwo nie jest, bo jest to nielegalne. Każda sprzedaż w Polsce procentów przez sieć jest nielegalna. Albowiem 1) nie można sprawdzić wieku kupującego oraz 2) ustawodawca założył miejsce fizycznej sprzedaży alkoholu, a sprzedaż przez internet je unieważnia – firma z Płocka może sprzedać w Mławie. Są w tej sprawie wyroki sądowe, choć większość sprzedawców się nimi – na razie – nie przejęła. A sprzedawca z zagranicy ma jeszcze bardziej pod górkę, bo żeby złamać prawo musi jeszcze odprowadzić w Polsce podatek VAT i akcyzowy. To pierwsze można jeszcze zrobić przez jakieś systemy elektroniczne, ale do tego drugiego trzeba w Polsce założyć filię. To jest jakaś teksańska masakra. Ale przy okazji sprawdziłem i jeśli znalazłem sprzedawcę w Polsce produktów oferowanych przez Amazon (bezpośrednio, a nie jako pośrednik) to ceny były zbliżone. Więc już sam nie wiem – nie ma u kogo kupować, cenowo bez sensu – poradź, czytelniku, co robić?
Znalazłem w sieci – zapewne jedno z wielu – zestawienie najmocniejszych alkoholi świata – to coś wnosi do mojego wpisach o najmocniejszych spożytych przeze mnie. Ale więcej wnosi wspomnienie Janusza Szpotańskiego:
„Ponieważ panowała wówczas moda na Hemingwaya, młodzi poeci grali role silnych mężczyzn, silnych ludzi, toteż zamiast zwykłej wódki zakupili spirytus. Jednakże, jak przyszło co do czego, to okazało się, że spirytusu to oni pić nie umieją, ja natomiast — doskonale (co zresztą, nawiasem mówiąc, można wydedukować z tekstu Carycy). Otóż spirytus pije się w ten sposób, że po wchłonięciu kieliszka z jego zawartością wydaje się ów charakterystyczny chuch, żeby nie poparzyć sobie języka i jamy ustnej. O tym elementarnym sposobie nie mieli oni zielonego pojęcia, a spirytus poza tym taką ma jeszcze właściwość, że działa uderzeniowo, to znaczy, że kiedy się go pije, człowiekowi wydaje się, że nic go nie bierze, że cały czas jest trzeźwy, a później następuje nagle to słynne spirytusowe uderzenie, po którym na ogół całkowicie traci się świadomość, spada się pod stół i budzi się dopiero następnego dnia rano z potwornym bólem głowy. Tym razem jednak nie doszło do tego: oni się dokądś spieszyli, więc nie siedzieliśmy w tym mieszkaniu do oporu, lecz w jakimś momencie wyszliśmy stamtąd na ulicę. Na rogu pożegnałem się z nimi i odtąd wszystko już, do dzisiejszego dnia, rysuje mi się wyłącznie w formie takich większych lub mniejszych plam. Głównie były to plamy szaroniebieskie, pod którymi, jak się nietrudno domyśleć, kolejno kryli się milicjanci, radiowóz i komisariat.”
Mam nadzieję, że nie łamię prawa autorskiego, tekst ktoś umieścił w sieci, chyba mając prawa. Pan Szpotański był – prawie – szachowym mistrzem Polski, widać stąd, że picie alkoholu nie musi szczególnie wpływać na intelektualne możliwości obywatela – choć może. Ale na fizyczne wpływa – wzmacnia i krzepi.
Na zdjęciu niedawno nabyta butelka tarchunu – napoju z estragonu. Po poprzedniej sprzedawanej w Polsce – gruzińskiej – kolejna wpadka. Niepijalny ulepek, pół tablicy Mendelejewa. A rzecz nie jest łatwa – w Moskwie jedna na 10 butelek jest pijalna. Jak tam powrócę w tym roku to udam się na poszukiwanie najlepszego tarchunu na rosyjskim rynku.
Obok okowita mazurska – destylat z miodu. To flagowy - według mnie - produkt polskiego gorzelnictwa. Musiałem natychmiast kupić bo z dnia na dzień nawiedził mnie gość z Rosji z naręczem spirytusowych prezentów i musiałem się czymś zrewanżować. No to telefon do firmy Piasecki – producenta. Producent ma przedstawiciela w Warszawie, ten wskazuje trzy adresy, ale poleca jeden. I faktycznie, klub (!) Bazar na Jagiellońskiej przy Okrzei sprzedaje to za 117 zł – najniższa cena jaką znalazłem. A o prezentach z Moskwy napisze bo jest o czym.
No i jest na zdjęciu gin lubuski. Jak można dwa razy skłamać w dwuwyrazowej nazwie? Udało się Lubuska Wytwórnia Wódek Gatunkowych w Zielonej Górze sprzedała się szwedzkiemu V&S (państwowe! kolejny przykład prywatyzacji państwowego państwowemu). Państwowy V&S sprzedał się Pernod-Ricard, ci mają za dużo ginu w UE, wiec odsprzedali markę Gin Lubuski niemieckiej firnie Henkell, która produkuje swoje produkty w Toruniu (to są wieści ukradzione pewnemu internaucie, źródła nie podam, bo się nie podpisał). Sorry (ale jaja, ale jaja), ale Toruń – poza Nowym Tomyślem – to tajna broń kosmitów w walce z ludzkością. No i niestety tak się stało. Z nienajgorszej podróbki ginu zrobiono gorszą podróbkę błota. Niepijalne, masakra. Widziałem w sieci wpisy z 2015, potwierdzające, że ktoś zniszczył ten produkt.
PS. Pisane bez poprawek w trakcie spożycia prezentów z Moskwy, łał!
czwartek, 31 grudnia 2015
Butelki bezzwrotne (jak włożyć arbuza do butelki)
Kolejna partia porządków, tym razem destylaty owocowe. Jest produkt czeski, austriacki, niemiecki i węgierski. Oczywiście najlepszy był ten węgierski, palinki to produkt narodowy Węgrów, nawet wybierałem się do Budapesztu na festiwal palinki (jest takich na Węgrzech co najmniej kilka), ale podobno Budapeszt jest koszmarnie drogi, poczekam na jakiś spadek. Barack palinka czyli morelówka, kupiona została w głównym sklepie z palinkami w Budapeszcie – A Magyar Pálinka Háza (węgierski dom palinki). Na stronie www możecie obejrzeć całą ofertę sklepu, pod warunkiem, że znacie węgierski. W mojej butelce pływała morela, ale to był morela suszona, bez problemu wydłubałem ją przez szyjkę. Dała ona jeszcze bardziej owocowy aromat i żółtawy kolor. I przypomniała mi o gruszkach w czeskich wiljamowkach – czyli gruszkówkach. Otóż sprytny ludek czeski ładował do pękatej butelki gruszkę korzystając z przyklejanego dna. Zaś płyn, jak to u Czechów, pochodził z chłodnic samochodowych. Gruszki w prawdziwych wiljamowkach rosną w butelkach – zakłada się je na kwiaty na drzewie, i gruszka się tam rozwija do postaci owocu. Nie mogą więc być tanie.
Węgrzy to szczęśliwy kraj, gdzie destylaty legalnie pędzi się w gospodarstwach (choć znajduje to też odzwierciedlenie w statystykach spożycia alkoholu na świecie). W Polsce od lat głośno było o nielegalnej śliwowicy łąckiej, teraz może sytuacja się zmieniła i jest już jakaś legalna wersja, wiem, ze Maurer robi śliwowicę „z łąckich śliwek” a Toorank śliwowicę „Górsko z Łącka”, ale nie piłem. jak ktoś będzie w Krakowie niech zajdzie do sklepu Regionalne Alkohole na Kazimierzu, może się czegoś dowie.
Węgrzy to szczęśliwy kraj, gdzie destylaty legalnie pędzi się w gospodarstwach (choć znajduje to też odzwierciedlenie w statystykach spożycia alkoholu na świecie). W Polsce od lat głośno było o nielegalnej śliwowicy łąckiej, teraz może sytuacja się zmieniła i jest już jakaś legalna wersja, wiem, ze Maurer robi śliwowicę „z łąckich śliwek” a Toorank śliwowicę „Górsko z Łącka”, ale nie piłem. jak ktoś będzie w Krakowie niech zajdzie do sklepu Regionalne Alkohole na Kazimierzu, może się czegoś dowie.
niedziela, 27 grudnia 2015
Co pił Otar Iosseliani?
Czas leci, Święta za nami, a mi stuknęła setka. Znaczy się temu blogowi stuknęło sto notek. No i pięć lat i jeden miesiąc. Ilość wpisów nie jest imponująca, gdybym pisał jeden dziennie (są tacy) byłoby ich około 1850, wyrabiam jakieś 6% normy, z Amazona wyrzucono by mnie rok przed przyjęciem do pracy. No to do roboty.
Napisałem o Iosselianim w czasie przeszłym, ale on przecież żyje i nadal kręci filmy, tylko że od 30 lat we Francji, wiec nie mam pewności czy pije gruzińską brandy czy jednak koniaki i armaniaki. Ale pojawi się on tu nie tylko jako Gruzin, ale jako autor filmu „Cierpkie wino”, opowiadającego losy pracownika fabryki produkującej wino, która z powodu napiętego planu wlewa do butelek popsuty trunek, a potem jej pracownicy wskutek zbiegu okoliczności je spożyją. Film okazał się proroczy.
Postanowiłem na Święta kupić sobie jakiś zacniejszy trunek, wiedziałem, że od jakiegoś czasu można w Warszawie kupić brandy Sarajishvili (opisywaną już tutaj, wtedy butelka 3* przyjechała z Gruzji), pojechałem na ulicę Wąwozową do firmy Marani 1915 Sp. z o.o. – to jest koniec miasta, potem jest już tylko ulica Łąkowa i faktycznie łąki – poszperałem na półkach i kupiłem zestaw ze zdjęcia. Nie ma na nim wina, bo – zbieg okoliczności! – kilka dni temu wypiłem w restauracji gruzińskiej dwa kieliszki stołowego wina Marani. To jest produkt typowo fabryczny, zresztą producent nie ukrywa, że niższą półkę swoich win robi z cudzych winogron, i tę fabryczność czuć aż nadto. To zresztą typowe dla tych win gruzińskich, które trafiają na półki polskich supermarketów (Marani tam trafia), to są jakieś winne podróbki, raczej niepijalne. Kiedyś piłem wino Grigorij, etykieta nawiązywała do filmu o czterech pancernych, zawartość pochodziła chyba z chłodnicy czołgu. Stołowe Marani jest pijalne, ale po prostu niedobre, smakuje jakby przed chwilą wyprodukowano je z proszku, wody i spirytusu na zapleczu restauracji. Zresztą nazwa producenta wiele mówi, bo Marani to „winnica”. Czyli takie Chateau Vignoble. Ale to mało – jeden ze współkonsumujących zatruł się tym winem, cały następny dzień miał z głowy. To nie było zwykłe zatrucie żołądkowe – choć to też – to był efekt działania czegoś, czego w winie być nie powinno. Znam takie zatrucia, coś podobnego można przeżyć pijąc źle wyprodukowany bimber, z którego nie usunięto przedgonów. Trzeba Marani oddać, że produkuje też wina we własnej winnicy Kondoli, niektóre nawet dojrzewają według starej gruzińskiej receptury w wielkich kadziach zakopanych w ziemi – ale jednak dziękuję, wolę postać. No więc za wino podziękowałem, kupiłem lemoniady Zedazeni (Marani jest ich dystrybutorem w Polsce), pięciogwiazdkowe Sarajishvili (tak samo) i brandy Telavi VS, produkowaną przez Marani. Lemoniada estragonowa – opisywany już przeze mnie tarchun – to prawie najniższa półka tarchunów. Prawie, ale jednak zdecydowanie bardziej chemiczna niż prawdziwa, mimo, że w składzie jest „aromat naturalny”. Różne aromaty wyprodukowała natura. Lemoniada winogronowa – na poziomie soku Hortexu. Śmietankowo-waniliowa – jak cukier waniliowy rozpuszczony w wodzie i wsadzony do gazującego urządzenia Sodastream. Wszystkie wylądowały w zlewie. Potem przyszła pora na Sarajishvili – 5* jest bardziej łagodne i waniliowe niż 3*, ja akurat lubię taką chropowatość niezbyt wyleżakowanej brandy, ale 5* było na tyle OK, że następnym razem spróbuję VS. A brandy Telavi VS smakowała jak najgorsza Pliska. Nad wszystkim dominował smak czekolady. Po prostu totalna koniakowa porażka. No wiec zapijałem Telavi Sarajishvili i jakoś to się wypiło. W ofercie Marani miało jeszcze jakąś tanią brandy, ale sprzedający ostrzegł, że starzono ją karmelem (co myślę o karmelu, już wiecie), co ciekawe, dwa dni temu ta brandy była w ofercie, teraz zniknęła i ze strony polskiej i gruzińskiej. Prawdopodobnie ktoś ją wreszcie kupił i wypił, teraz trwa zacieranie śladów.
Nawiasem: jak chcecie spróbować dobre wielosmakowe bio-oranżady to polecam włoskie Galvanina, ja kupuję je w warszawskich Produktach Niewinnych i Winnych, głównym moim dostawcy napojów bezalkoholowych i piwa.
Skoro była mowa o wykonywaniu planu i czterech pancernych, to jeszcze w tym roku rzutem na taśmę wykonam 102 wpis.
Napisałem o Iosselianim w czasie przeszłym, ale on przecież żyje i nadal kręci filmy, tylko że od 30 lat we Francji, wiec nie mam pewności czy pije gruzińską brandy czy jednak koniaki i armaniaki. Ale pojawi się on tu nie tylko jako Gruzin, ale jako autor filmu „Cierpkie wino”, opowiadającego losy pracownika fabryki produkującej wino, która z powodu napiętego planu wlewa do butelek popsuty trunek, a potem jej pracownicy wskutek zbiegu okoliczności je spożyją. Film okazał się proroczy.
Postanowiłem na Święta kupić sobie jakiś zacniejszy trunek, wiedziałem, że od jakiegoś czasu można w Warszawie kupić brandy Sarajishvili (opisywaną już tutaj, wtedy butelka 3* przyjechała z Gruzji), pojechałem na ulicę Wąwozową do firmy Marani 1915 Sp. z o.o. – to jest koniec miasta, potem jest już tylko ulica Łąkowa i faktycznie łąki – poszperałem na półkach i kupiłem zestaw ze zdjęcia. Nie ma na nim wina, bo – zbieg okoliczności! – kilka dni temu wypiłem w restauracji gruzińskiej dwa kieliszki stołowego wina Marani. To jest produkt typowo fabryczny, zresztą producent nie ukrywa, że niższą półkę swoich win robi z cudzych winogron, i tę fabryczność czuć aż nadto. To zresztą typowe dla tych win gruzińskich, które trafiają na półki polskich supermarketów (Marani tam trafia), to są jakieś winne podróbki, raczej niepijalne. Kiedyś piłem wino Grigorij, etykieta nawiązywała do filmu o czterech pancernych, zawartość pochodziła chyba z chłodnicy czołgu. Stołowe Marani jest pijalne, ale po prostu niedobre, smakuje jakby przed chwilą wyprodukowano je z proszku, wody i spirytusu na zapleczu restauracji. Zresztą nazwa producenta wiele mówi, bo Marani to „winnica”. Czyli takie Chateau Vignoble. Ale to mało – jeden ze współkonsumujących zatruł się tym winem, cały następny dzień miał z głowy. To nie było zwykłe zatrucie żołądkowe – choć to też – to był efekt działania czegoś, czego w winie być nie powinno. Znam takie zatrucia, coś podobnego można przeżyć pijąc źle wyprodukowany bimber, z którego nie usunięto przedgonów. Trzeba Marani oddać, że produkuje też wina we własnej winnicy Kondoli, niektóre nawet dojrzewają według starej gruzińskiej receptury w wielkich kadziach zakopanych w ziemi – ale jednak dziękuję, wolę postać. No więc za wino podziękowałem, kupiłem lemoniady Zedazeni (Marani jest ich dystrybutorem w Polsce), pięciogwiazdkowe Sarajishvili (tak samo) i brandy Telavi VS, produkowaną przez Marani. Lemoniada estragonowa – opisywany już przeze mnie tarchun – to prawie najniższa półka tarchunów. Prawie, ale jednak zdecydowanie bardziej chemiczna niż prawdziwa, mimo, że w składzie jest „aromat naturalny”. Różne aromaty wyprodukowała natura. Lemoniada winogronowa – na poziomie soku Hortexu. Śmietankowo-waniliowa – jak cukier waniliowy rozpuszczony w wodzie i wsadzony do gazującego urządzenia Sodastream. Wszystkie wylądowały w zlewie. Potem przyszła pora na Sarajishvili – 5* jest bardziej łagodne i waniliowe niż 3*, ja akurat lubię taką chropowatość niezbyt wyleżakowanej brandy, ale 5* było na tyle OK, że następnym razem spróbuję VS. A brandy Telavi VS smakowała jak najgorsza Pliska. Nad wszystkim dominował smak czekolady. Po prostu totalna koniakowa porażka. No wiec zapijałem Telavi Sarajishvili i jakoś to się wypiło. W ofercie Marani miało jeszcze jakąś tanią brandy, ale sprzedający ostrzegł, że starzono ją karmelem (co myślę o karmelu, już wiecie), co ciekawe, dwa dni temu ta brandy była w ofercie, teraz zniknęła i ze strony polskiej i gruzińskiej. Prawdopodobnie ktoś ją wreszcie kupił i wypił, teraz trwa zacieranie śladów.
Nawiasem: jak chcecie spróbować dobre wielosmakowe bio-oranżady to polecam włoskie Galvanina, ja kupuję je w warszawskich Produktach Niewinnych i Winnych, głównym moim dostawcy napojów bezalkoholowych i piwa.
Skoro była mowa o wykonywaniu planu i czterech pancernych, to jeszcze w tym roku rzutem na taśmę wykonam 102 wpis.
poniedziałek, 21 grudnia 2015
Butelki bezzwrotne (o zawartości karmelu w karmelu)
Jak już wspominałem, wrodzone lenistwo i nabyta abnegacja powodują, że przerwy we wpisach na tym blogu bywają trochę przydługie, z drugiej strony po wypitych trunkach pozostają mi tylko puste butelki, bez żadnych notatek. Stoją, kurzą się, zajmują coraz więcej miejsca, a ja, im więcej na nie patrzę, tym mniej pamiętam co w nich było. W ramach przedświątecznych porządków postanowiłem coś z tym zrobić, rozpoczynam więc skrótowy przegląd wyrzucanych butelek. Ale zanim przejdę do zawartości, kilka słów o butelkach. Mam w kuchni sporo miejsca pod sufitem (u siebie pod sufitem też chyba za dużo przestrzeni), i od jakiegoś czasu stawiam tam butelki – albo te, które łączą się ze wspomnieniami podróży, albo te najciekawiej wyglądające, albo te historyczne. I tak obok przedwojennych i wojennych (z symbolami okupanta) butelek po piwie z browaru Haberbusch i Schiele stoją butelki po ukraińskiej wódce ukryte w ceramicznych postaciach wąsatego kozaka i syreny (to akurat nieznany mi fragment historii Ukrainy), są dwulitrowe libańskie i włoskie butelki po anyżówkach – miłe wspomnienie alkoholu, którego nikt mi nie podbierał, dużo flaszek z Bliskiego Wschodu – w Aleppo to już chyba mniej się pije niż kiedyś – i wiele innych. Stoją te butelki pod sufitem, prawie nikt ich nie spostrzega, ale przyszedł pan kominiarz, przyłożył swój wiatraczek do otworu w ścianie pod sufitem, a potem zauważył, że mam sporo butelek. Zaskoczył mnie, mogłem w zasadzie odpowiedzieć, że cierpię na manię zbierania przedmiotów, ale wybełkotałem tylko, że faktycznie może za dużo tych butelek mam, bo dom miejscami upodobnia się do punktu ich skupu. Wiec te spod sufitu zostawiam, ale te zgromadzone na użytek bloga zaczynam wyrzucać.
Pisałem kilka razy o rumie, temat wywołał chyba rum z Biedronki (to jak sok z żuka?), z myląca nazwą sugerującą starzenie w beczce, podczas kiedy stał ten rum najwyżej koło plastikowych baniaków. Potem już z przyzwyczajenia kupowałem różne rumy, ale wyłącznie te z niskiej półki, mój portfel jest za cienki, żeby mi posłużyć jako drabinka do wspinania się na wyższe półki. No i wyrzucam butelkę po francuskiej Negricie, to znana marka jeszcze XIX-wieczna, mam przeczucie, że polski rum Seniorita nawiązywał nazwą do Negrity. Ta Negrita zresztą nie jest już zbyt poprawna politycznie, na etykiecie jest czarnoskóra kobieta (białoskóra inaczej?), a chyba koloru skóry się już nie wypomina, zwłaszcza Francuzi nie powinni tego robić, potem ci napiętnowani stają się zanadto nerwowi. Jakość – kiepska, nie płaćcie za to więcej niż 30 zł. Obok San Filipe, biały produkt Polmosu Bielsko-Biała. Rekordzista reklamy na niespecjalnie dużej etykiecie – prawie przebija Biedronkę. Rum jest Reserva Superior, Premium Quality, Premium Quality Luxury, Luxury, są zamaszyste podpisy Founder of the Brand (Mark Singler?) i Master Distiller (Johnny Carrot?) – projektant wypił chyba za dużo próbek. Jest Blended in Poland, więc kraju/regionu pochodzenia nie znamy. W smaku nawet nie był jakiś specjalnie zły, kupiony chyba w Tesco, wiec cenę miał niską. Podobny smak znajdujemy w innym produkcie Bielsku-Białej – rumie Galeon Silver (a więc też białym). Po prostu Filipe jest Galeonem w wersji Tesco – ale oba kupić można w tej sieci. Mają 40%, to dodatkowy dowód na wspólne pochodzenie, te sprowadzane zza zachodniej granicy UE miałyby 37,5%. Galeon jest skromniejszy – tylko Reserva Superior, ale jest miejsce pochodzenia – Karaiby. Tani, kiepski, ale pijalny – czego nie da się powiedzieć o jego siostrach nafaszerowanych karmelem. Są dwie wersje: brązowa i żółta. Jak ktoś lubi E150a (nie wspominając o B, C czy D), to na zdrowie, ale jak dla mnie słodzenie destylatu to zły pomysł. Poza tym jakbym chciał posłodzić, to bym sobie sam cukier skarmelizował i dodał, dziękuję za wyrękę. Po prawej wersja Black, w starej butelce, już ich nie ma na rynku, ma fajne napisy: Original Taste, Since 1827, a w opisie słowo „dojrzały” – mniej więcej tak samo dojrzały jak ten z Biedry.
Podsumowując – gdybym był synem Billa Gatesa, nie wziąłbym do ust niczego z powyższych trunków, ale tata nie zasponsorował mi przyszłości (przynajmniej konsekwentny był, przeszłości też nie), wiec wypiłem te wszystkie zlewki. Popijałem colą – o colach już było, ale będzie jeszcze, ponieważ mój organizm o dziwo ciągle akceptuje napoje bezalkoholowe.
Skorzystam z okazji i odniosę się do dyskusji na blogu pana Gołębiewskiego dotyczącej właśnie rumu Galeon. Otóż co jak co, ale rum jest przez prawodawstwo UE restrykcyjnie potraktowany i nie da się go zrobić z probówki. Stad problemy słynnego czeskiego (onegdaj czechosłowackiego) rumu tuzemskiego – został tuzemakiem, choć zdążył być też tuzemskim umem. Ale pomysłowość Czechów w oszukiwaniu rekordzistów w chlaniu wódy, czyli właśnie Czechów, nie zna granic, oto przykład: Rum Familia – przyjrzyjcie się uważnie napisowi na etykiecie. Jedyny rum niebędący rumem dopuszczony w UE to niemiecki Rum-Verschnitt, austriacki Stroh nie ma prawa takiej nazwy używać, więc robi jakieś hocki-klocki na etykiecie, są dwie wersje, jedna dla krajów piszących prawo UE (tak się składa, że niemieckojęzycznych) – bez słowa rum, a druga dla Zulusów. Druga uwaga – jak już pisałem, karmel w destylacie to wyłącznie oszustwo mające upodobnić go do starzonego, jak dla mnie upodabnia go raczej do skażonego – no ale to kwestia gustu.
Tyle było o rumie, wiec chciałem sobie jakiś kupić w niemieckim Amazonie – teraz dostawy powyżej 50EUR mają darmową wysyłkę. A tu psikus, sprzedawca nie może sprawdzić pełnoletności nabywcy, wiec Niemcy nie wysyłają alkoholu do Polski. No ale mam coś na święta, jak miną, a ja dojdę do siebie, zaraz coś napiszę. Bóg się rodzi, moc truchleje!
Pisałem kilka razy o rumie, temat wywołał chyba rum z Biedronki (to jak sok z żuka?), z myląca nazwą sugerującą starzenie w beczce, podczas kiedy stał ten rum najwyżej koło plastikowych baniaków. Potem już z przyzwyczajenia kupowałem różne rumy, ale wyłącznie te z niskiej półki, mój portfel jest za cienki, żeby mi posłużyć jako drabinka do wspinania się na wyższe półki. No i wyrzucam butelkę po francuskiej Negricie, to znana marka jeszcze XIX-wieczna, mam przeczucie, że polski rum Seniorita nawiązywał nazwą do Negrity. Ta Negrita zresztą nie jest już zbyt poprawna politycznie, na etykiecie jest czarnoskóra kobieta (białoskóra inaczej?), a chyba koloru skóry się już nie wypomina, zwłaszcza Francuzi nie powinni tego robić, potem ci napiętnowani stają się zanadto nerwowi. Jakość – kiepska, nie płaćcie za to więcej niż 30 zł. Obok San Filipe, biały produkt Polmosu Bielsko-Biała. Rekordzista reklamy na niespecjalnie dużej etykiecie – prawie przebija Biedronkę. Rum jest Reserva Superior, Premium Quality, Premium Quality Luxury, Luxury, są zamaszyste podpisy Founder of the Brand (Mark Singler?) i Master Distiller (Johnny Carrot?) – projektant wypił chyba za dużo próbek. Jest Blended in Poland, więc kraju/regionu pochodzenia nie znamy. W smaku nawet nie był jakiś specjalnie zły, kupiony chyba w Tesco, wiec cenę miał niską. Podobny smak znajdujemy w innym produkcie Bielsku-Białej – rumie Galeon Silver (a więc też białym). Po prostu Filipe jest Galeonem w wersji Tesco – ale oba kupić można w tej sieci. Mają 40%, to dodatkowy dowód na wspólne pochodzenie, te sprowadzane zza zachodniej granicy UE miałyby 37,5%. Galeon jest skromniejszy – tylko Reserva Superior, ale jest miejsce pochodzenia – Karaiby. Tani, kiepski, ale pijalny – czego nie da się powiedzieć o jego siostrach nafaszerowanych karmelem. Są dwie wersje: brązowa i żółta. Jak ktoś lubi E150a (nie wspominając o B, C czy D), to na zdrowie, ale jak dla mnie słodzenie destylatu to zły pomysł. Poza tym jakbym chciał posłodzić, to bym sobie sam cukier skarmelizował i dodał, dziękuję za wyrękę. Po prawej wersja Black, w starej butelce, już ich nie ma na rynku, ma fajne napisy: Original Taste, Since 1827, a w opisie słowo „dojrzały” – mniej więcej tak samo dojrzały jak ten z Biedry.
Podsumowując – gdybym był synem Billa Gatesa, nie wziąłbym do ust niczego z powyższych trunków, ale tata nie zasponsorował mi przyszłości (przynajmniej konsekwentny był, przeszłości też nie), wiec wypiłem te wszystkie zlewki. Popijałem colą – o colach już było, ale będzie jeszcze, ponieważ mój organizm o dziwo ciągle akceptuje napoje bezalkoholowe.
Skorzystam z okazji i odniosę się do dyskusji na blogu pana Gołębiewskiego dotyczącej właśnie rumu Galeon. Otóż co jak co, ale rum jest przez prawodawstwo UE restrykcyjnie potraktowany i nie da się go zrobić z probówki. Stad problemy słynnego czeskiego (onegdaj czechosłowackiego) rumu tuzemskiego – został tuzemakiem, choć zdążył być też tuzemskim umem. Ale pomysłowość Czechów w oszukiwaniu rekordzistów w chlaniu wódy, czyli właśnie Czechów, nie zna granic, oto przykład: Rum Familia – przyjrzyjcie się uważnie napisowi na etykiecie. Jedyny rum niebędący rumem dopuszczony w UE to niemiecki Rum-Verschnitt, austriacki Stroh nie ma prawa takiej nazwy używać, więc robi jakieś hocki-klocki na etykiecie, są dwie wersje, jedna dla krajów piszących prawo UE (tak się składa, że niemieckojęzycznych) – bez słowa rum, a druga dla Zulusów. Druga uwaga – jak już pisałem, karmel w destylacie to wyłącznie oszustwo mające upodobnić go do starzonego, jak dla mnie upodabnia go raczej do skażonego – no ale to kwestia gustu.
Tyle było o rumie, wiec chciałem sobie jakiś kupić w niemieckim Amazonie – teraz dostawy powyżej 50EUR mają darmową wysyłkę. A tu psikus, sprzedawca nie może sprawdzić pełnoletności nabywcy, wiec Niemcy nie wysyłają alkoholu do Polski. No ale mam coś na święta, jak miną, a ja dojdę do siebie, zaraz coś napiszę. Bóg się rodzi, moc truchleje!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








