niedziela, 11 maja 2014

Co pije Islam Karimov

Nie wiemy nawet czy coś pije, bo skoro 83% mieszkańców Uzbekistanu to muzułmanie, to może on jest niepijący (zresztą z takim imieniem chyba mu pić nie wypada)? Ale z alkoholem nie jest tam tragicznie, można go kupić bez problemu, trzeba tylko wiedzieć, żeby szukać go w sklepach specjalistycznych (napis „vodka” na szyldach powinien wystarczyć do ich odnalezienia), bo w zwykłych spożywczakach nie ma. Nie ma też na lotniskach, wiec lepiej zaopatrzyć się wcześniej. W Uzbekistanie robi się wino, niestety głównie słodkie, z pijalnych polecam „Marwarid”, „Omar Chajam” czy „Tulia-kandoz”. Są balsamy, czyli bittery – np. „Bucharo” czy „Samarkandskij”. Najlepiej jednak jest kupować koniaki – „Bucharo”, „Uzbekistan”, „Samarkand” czy „Staryj Samarkand”. Na zdjęciu średnia półka, „Samarkand”. W smaku sporo czekolady, wanilii, miodu, trochę cytrusów, na początku trochę zaskakujący złożonością – coś w stylu greckich brandy, ale z jedną zasadniczą różnicą – jest wytrawny, tylko lekkie nuty słodyczy. Zdecydowanie do wypicia w dużych ilościach. Z etykiety wynika, że ma od 6 do 7 lat, oczywiście leżakowany w dębie. W Uzbekistanie najlepiej znać i angielski, i rosyjski, w zależności od tego z którym pokoleniem się chcecie porozumieć. Można też nauczyć się uzbeckiego, ale to nie będzie łatwe. „Alkogol mahsulotlarini me'yordan ortiq iste'mol qilish inson asab tizimi va ichki a'zolarining og'ir kasalliklariga olib keladi” – nie, to nie jest treść lokalnego toastu, to napis na butelce informujący o szkodliwości spożycia alkoholu. Butelka kosztuje ... 8 zł, najdroższy „Staryj Samarkand” około 15 zł. No i najlepiej wypić na miejscu, technika wyrobu korków na podobnym poziomie jak w Izraelu, są one zrobione ze sztywnego niedopasowanego do szyjki plastiku, wszystkie butelki zabrane do bagażu lotniczego przeciekały.
Przy okazji brandy – pojawił się w Polsce nowy produkt bułgarski, dystrybuuje go firma Domain Menada. Ich portfolio to spora półka stacji benzynowej, ale o dziwo mają tam także brandy Asbach. Nowością jest Brandy Belizza – obła półlitrowa butelka 40%, cena w okolicach 25 zł. Smak czekolady, czekolady i jeszcze więcej czekolady, no i nieznośna słodycz. Jakby ktoś rozpuścił słodką czekoladę w wódce. Brrr...

piątek, 25 kwietnia 2014

O tych, co odeszli (2)

Wódki czystej pije się w Polsce coraz mniej, na jej miejsce wskoczyły trunki kolorowe – wódki aromatyzowane i whisky. Efektem tego jest upadek części mniejszych gorzelni, zniknięcie z rynku kilku marek, spadek jakości niektórych (zakładam możliwość, że producent mierząc się ze wzrostem akcyzy, a nie chcąc podnosić ceny, obniża jakość). Co robić w tej sytuacji? Na przykład nic, czekać cierpliwie, aż nawiedzi was ktoś z prezentem, który odkrył gdzieś na pawlaczu. Tak oto stałem się właścicielem zabytkowej butelki wódki Metropolis (a więc mógłbym zatytułować ten wpis „Co pił Fritz Lang”). Wyprodukowano ją w 1999 roku w Warszawskiej Wytwórni Wódek „Koneser” na ulicy Ząbkowskiej. Wódkę produkowano tam od 1895 do 2007 roku, obecnie firma przeniosła się do Warki, wódka Metropolis jest tam nadal produkowana, z opisu na stronie wynika, że pochodzi ze spirytusów zbożowych i ziemniaczanych. Mój zabytek miał wyraźny smak zbożowy, opis wskazywał na spirytusy luksusowe, niestety ta nazwa jest myląca, bo dotyczy spirytusów i zbożowych i ziemniaczanych (np. w wódce Luksusowej, jednej z najbardziej znanych ziemniaczanych na rynku). W każdym razie obstawiam, że była to wódka zbożowa, smaczna, odradzałbym chłodzenie. Nie wiem jak smakuje jej dzisiejsza wersja, ale mogę być pełen obaw, niedawno kupiłem butelkę Wyborowej i to było coś okropnego. W ciągu roku-dwóch jakościowy zjazd ze średniej półki na samo dno. Na pocieszenie dobra wiadomość ze Strykowa. Krytycznie opisywałem produkty formy H2O Drinki, ale okazało się, że jest jeden godny polecenia. Potato Vodka Premium, jak nazwa wskazuje, to wódka ziemniaczana. Co prawda spirytus miał być czterokrotnie rektyfikowany (po co?), ale na szczęście czuć wyraźny smak ziemniaka, generalnie wódka jest niezła. Półlitrową butelkę kupiłem za jakieś 25 zł, to cena promocyjna, w sieci osiąga cenę 50 zł, czy warto tyle wydać, osądźcie sami.

sobota, 12 kwietnia 2014

Psy 3

Może niektórzy pamiętają, że bohater filmów „Psy 1” i „Psy 2” nazywał się Franciszek Maurer. Tak samo nazywa się właściciel firmy Tłocznia Maurera, która oprócz soków owocowych wytwarza także cydr, wina i destylaty owocowe. W Warszawie trudne do nabycia, w niektórych knajpach bywają destylaty, próbowałem, tak więc wiedziałem już czego szukam. Zeszłotygodniowe targi Regionalia stały się okazją, żeby przetestować więcej. Kupiłem zestaw sześciu owocowych destylatów i butelkę cydru. Destylaty smaczne, dość mocne (50%), większość smaków wyczuwalna, jeśli już miałbym wskazać najsmaczniejszy to byłaby to brzoskwiniówka. Cydr nieklarowany, mocno drożdżowy, wytrawny, mocny (7,3%), trochę podobny do francuskich pochodzących od producentów calvadosu. Generalnie napoje udane, ich podstawową, choć przewidywalną, wadą jest cena. Półlitrowa butelka destylatu kosztuje 74 zł, zestaw sześciu setek 90 zł (cena targowa, w sieci 96 zł). Półlitrowy cydr 9 zł, tu akurat nie jest zbyt drogo. To są produkty spokojnie konkurujące z węgierskimi czy austriackimi (oczywiście raczej zagrodowymi niż przemysłowymi), niestety mają podobne ceny.

środa, 2 kwietnia 2014

Co pił Mosze Dajan?

Mam wreszcie powód do wpisu o alkoholu izraelskim – jak pamiętacie, ostatnim razem znajomy przywiózł mi z Izraela śliwowicę produkowana w Strykowie. Jedno co ją łączyło z Żydami (a raczej żydami) to certyfikat koszerności (w dodatku „kosher for passover”, czyli specjalnej koszerności do użycia na święto Paschy) – ale to ściema, tak naprawdę trunki koszerne muszą być wyprodukowane przez religijnych żydów, mam nadzieję, że żydzi o tym pamiętają. Koszerność paschalna to dodatkowe ograniczenie, spożywane potrawy i napoje nie mogą mieć kontaktu z zakwasem (pieczywo na zakwasie jedli Egipcjanie, a to święto uwolnienia się od nich), też obawiam się, że w gojowskich okolicznościach warunek nie do spełnienia – ale to problem bardziej żydów niż nasz.
W Izraelu pija się to samo co w krajach Maghrebu i bliskowschodnich – piwo, wino i destylaty (z wina i wytłoków). Nie ma żadnych ograniczeń religijnych, wino wręcz jest konieczne do odprawiania rytuałów paschalnych (to po co im śliwowica, może mi jakiś Żyd odpowie), a Purim wręcz wymaga upicia się do (prawie) nieprzytomności. Najpopularniejszy z destylatów jest arak, był też najtańszy, ale w zeszłym roku drastycznie wzrosła nań akcyza, źle się dzieje w państwie Izraela. Są brandy, najpopularniejsza to Carmel z winnicy o tej nazwie. Jest też Stock 84, ale to nie ten sam Stock, który my pijemy. Pan Stock sprzedał fabrykę Żydom, ale przyszedł Mussolini i ją znacjonalizował. Filia w Palestynie oczywiście znacjonalizować się nie dała i do dziś produkuje swojego Stocka. Ale ja chciałem wypić coś najbardziej izraelskiego – i taki produkt jest. Sam Edgar Bronfman (zmarł cztery miesiące temu), wieloletni szef Saegrams, w swoim czasie największej firmy na świecie handlującej alkoholem, postanowił wyprodukować trunek mający być sztandarowym produktem izraelskiego gorzelnictwa. I tak w 1963 roku powstał likier Sabra (obecnie produkowany przez wspomniane Carmel Wines). Sabra oznacza Żyda urodzonego w Palestynie lub Izraelu, stąd nasz tytułowy Mosze Dajan (urodzony w kibucu Degania Alef). Sabra to 30% likier o smaku czekoladowo-pomarańczowym. Jego butelka wyprodukowana jest na wzór fenickiej amfory z winem, którą można obejrzeć w tel-awiwskim muzeum. Na lotniskach półlitrowa butelka kosztuje 30$. Smak – jeśli jedliście pomarańczowe galaretki w czekoladzie to go znacie. Na początku czuć trochę gorycz czekolady, ale szybko znika. Zastępuje ją smak pomarańczowej czekoladki, a potem wszystko zabija bardzo intensywna słodycz. Alkohol jest za słaby by się przebić, prawie go nie czuć. To przypomina produkt z niskiej półki, także jakiś fragment tablicy Mendelejewa zrekonstruowany w szwajcarskich fabrykach sztucznych smaków. Cukru zresztą jest tak wiele, że jak zakręciłem butelkę po pierwszym podejściu, to plastikowa nakrętka przylepiła się tak do butelki, że musiałem ją odmoczyć w wodzie, nie dała się bez tego odkręcić. „Heavenly sweet nectar” – ostrzega lojalnie producent. Wykonanie butelki przypomina jakieś produkty białoruskie, choć pewnie obraziłem Białoruś. To coś powinno mieć 80% (jak rum Stroha – zresztą na opakowaniu jest sugestia użycia przy produkcji ciast), wtedy zapewne dałoby się wypić. Jest też sugestia użycia jako digestifu, ale tam nie ma ziół, po chwili brakuje goryczy, jedyne co się zgadza, to to, że wypić tego można bardzo mało, bo po większej dawce to zadziała odwrotnie niż digestif. Jak na wynalazców Uzi i producentów dronów to fatalna wpadka. Mam nadzieję, ze przynajmniej drony działają, choć zdaje się, że zrezygnowaliśmy właśnie z pomysłu kupienia ich w kraju Dajana – może ktoś kupił na lotnisku Sabrę?

czwartek, 13 marca 2014

Kaszana w Biedronce

Nie jestem częstym klientem Biedronki – w zasadzie poza kolejnymi promocjami winiarskimi w ogóle tam nie kupuję. Ale już będąc na wakacjach trzeba jej oddać, że często bywa jedynym sklepem z pijalnymi winami. No i generalnie zwycięża cenowo w każdej konkurencji, pod warunkiem, że w niej startuje. Np. litrowy Johnny Walker kosztuje tam poniżej 60 zł, co jest najniższą ceną na rynku. Obecnie pojawiła się tam cachaça (Cariocca) w bezkonkurencyjnej cenie niecałych 30 zł. Na polskim rynku najpopularniejsze są „51” (~80zł), Canario i Don Diego (~60 zł) – tak więc tu płacimy pół ceny lub mniej za nieleżakowaną cahacę. To istotna cecha, bo tak naprawdę polecenia godne są tylko leżakowane, piłem takowe i to są trunki konkurujące z dobrymi brandy (ale trzeba po nie pojechać do Brazylii). Nieleżakowane są składnikiem popularnego drinka caipirinha, do jego przygotowania wystarczy lód, brązowy cukier i limonka. Wpierw spróbowałem saute, to się daje wypić, nie jest taką trucizną jak niedawno opisywany biedronkowy rum, ale jak to z tanimi destylatami, mamy tu przegląd przez piwnice, worki po ziemniakach, brudne ścierki i wiele innych miejsc i przedmiotów, z którymi nie chcielibyście się zetknąć. A caipirinha? Odpowiedź jest prosta – jeśli chcecie zmarnować brązowy cukier, lód i limonki, dodajcie tam Carioki. Nic nie jest w stanie zagłuszyć drastycznie mocnej nuty zgnilizny.
A jakie są dobre wiadomości ze świata rumu? Polecam herbatę fryzyjską. Zapewne w którymś ze specjalistycznych sklepów z herbatą sprzedadzą wam tę mieszankę Assamów (ale też z dodatkiem Sumatry, Jawy, Darjeelinga czy Cejlonu). Ale clou polega na tym, że herbatą zalewa się cukier kandyzowany. A moja propozycja to specjalny cukier w zalewie rumowej. Sam cukier nie jest tak słodki jak kryształ, a zatopiony jest w naprawdę dobrym białym hawajskim rumie (moc niewielka, pewnie jakieś 10-15%). W dodatku takie rumowe cukry można kupić w Polsce za niewygórowaną cenę. Myślicie, ze przerzucam się na herbatki? O nie, wkrótce coś zdecydowanie mocniejszego.
Aha, jeszcze wyjaśnienie lingwistyczne dotyczące tytułu. Onegdaj na określenie czegoś nieudanego mówiło się „kaszana”, a synonimem popsucia było „skaszanienie”.

wtorek, 11 marca 2014

I ja tam byłem, miód i wino piłem


Zapuściłem się znowu w pisaniu na blogu, dla usprawiedliwienia napiszę, że we wszystkim się zapuściłem, wywołuje to u mnie wstyd i poczucie winy, które mnie paraliżują twórczo, a na paraliż ten lepszego lekarstwa niż alkohol dotąd nie odkryłem. Kiedy kilka lat temu zawitałem do Nidzicy, sklep z miodami mieścił się w jakiejś odrapanej kanciapie, w dodatku był zamknięty, w sąsiednim spożywczaku kupiłem jakiś trójniak, który był co najwyżej przeciętny. W tym roku dałem Nidzicy drugą szansę, zwłaszcza, ze wyczytałem, iż wytwórnia miodów przeniosła się do nowego budynku. faktycznie, mieści się teraz w budynku starego browaru sąsiadującym z zamkiem, jest też sklepik z rozmownym sprzedawcą. Tym razem na półkach były tylko dwójniaki (dwa) i półtorak, choć teoretycznie w ofercie są trójniaki i czwórniaki. Można kupować zestawy, można kupować pojedyncze duże i małe butelki, są też jakieś prezentowe wynalazki. Na rynku warszawskim dostępne są głównie miody z lubelskiego Apisu i z Pasieki Jaros, obie firmy t polscy liderzy, wyznaczają najwyższe standardy, ciekaw byłem jak się do nich mają miody z Nidzicy. Rozczarowania nie było, i dwójniak i półtorak były znakomite, ale w smaku nie wyczuwałem zbyt dużej różnicy, wiec wystarczy wydać 30 zł na butelkę 14-letniego dwójniaka. Oferta jest z jakiś powodów mocno okrojona (np. w porównaniu z lubelską), to akurat jest wada, bo miód to trunek, którego nie da się ani zbyt dużo ani zbyt długo pić, wiec przydałaby się jakaś odmiana. Na terenie Mazur Nidzica ma konkurencje w postaci Mazurskich Miodów, nie próbowałem, ale wyczytałem, że podobno są niezłe. No i jeszcze jeden problem z Nidzicą – nie maja strony WWW, nie mają sklepu w sieci, w ogóle nie mam pojęcia, gdzie te miody poza samą wytwórnią można kupić.

czwartek, 13 lutego 2014

Jak przemienić wino w wermut

Zdarzyło wam się kupić wino, które okazało się niepijalne? Co z nim zrobić, jeśli nie chcecie go wylać do zlewu? Wino czerwone może zostać użyte jak o marynata do mięsa, ale trzeba uważać, jeśli wino jest ohydne, można zepsuć smak mięsa. Można wino czerwone przemienić w grzaniec, ale jeśli jest wytrawne, należy pamiętać o dodaniu sporej ilości cukru lub miodu. Znowuż białe wino można próbować schłodzić do temperatury bliskiej zera, wtedy zabijemy wszelkie smaki. Można wymieszać z wodą robiąc z niego szprycer, można też dodać do niego soku, np. żurawinowego lub cytrynowego. Ale białe wino można tez szybko przemienić w wermut. No może nie w wermut, lecz w napój wermutopodobny, przemiana wina w wermut jest jednak dość skomplikowana i czasochłonna. Otóż pojawiły się na polskim rynku włoskie napoje Crodino i Chino, słodkie bittery, raczej nienadające się do bezpośredniego spożycia, ale dobrze wypadające w mieszankach. Chino produkowane jest przez San Pellegrino, to jeden z chinotto – napojów na bazie pomarańczy pachnącej (citrus myrtifolia), z dodatkami ziołowymi, ciemny, gazowany, trochę w stylu słodkiej coli. W Polsce dostępny w butelkach 0,2 l, ale we Włoszech także w pet-ach czy puszkach. Crodino produkowany przez Campari jest słodkim i gazowanym napojem na bazie ziół, kolor ma pomarańczowy, butelkowany wyłącznie w buteleczki 0,1 l. Oba napoje polecane są do drinków, np. Crodino jest składnikiem cocktailu „Sixteen Rum”, będącego mieszanką Crodino, czerwonego wermutu i rumu. Ale ja polecam je jako dodatek do białych wytrawnych win – skutecznie zmieniają ich smak w coś podobnego do wermutu, wystarczają do tego niezbyt duże ilości. Smak jest tak intensywny, że zabija wszystkie inne, tak właśnie uratowałem manzanillę z wpisu o Marksie & Spencerze. Buteleczki kosztują w Polsce ok. 4 zł.

sobota, 1 lutego 2014

Meandry marksizmu-spenceryzmu (t. II)

Jedna skromna butelka na zdjęciu? A i to tylko dlatego, że zdjęcie jest obowiązkowe. Poszedłem w styczniu zobaczyć ofertę mocnych alkoholi w M&S – tym razem ceny nie miały świątecznych zniżek. Najniższa półka to seria, z której próbowałem rum. Jest tam wódka, rum, gin i whisky – wszystkie z minimalistyczną biała etykietą i ceną – 34 zł. To jest drobne nieporozumienie, cena powinna wynosić dobre kilkaset tysięcy złotych, w każdym razie równowartość zabiegu przeszczepienia wątroby, i to oczywiście M&S powinien być płatnikiem, a nie klient. Każdy z tych tanich trunków ma swój odpowiednik w średniej półce, tu już mamy różnorodne kształty butelek i wzory etykiet. Jedna jest tylko cena – 49 zł. Za tę cenę mam spory wybór markowych trunków i jestem na 100% pewien, że trafię coś lepszego (to po doświadczeniu z brandy). Poza tym są wynalazki – jakiś aromatyzowany gin, coś jeszcze aromatyzowanego, spory zestaw likierów w zaporowych cenach, no i z wyższej półki gin za 90 zł. To są ceny mało konkurencyjne jak na produkty sieciowe, za 90 zł (a nawet mniej) mogę kupić Bombay Sapphire. Wiec nie kupiłem nic. No ale że nie mogłem wyjść z pustymi ręcyma, kupiłem trochę win. Okazało się, że wina w promocji (–30%, czyli po 20 zł) to te same wina, które M&S przeceniał rok i dwa lata temu. Nudne, zaledwie poprawne, znam je na pamięć. Akurat kilka dni później kupiłem kilka win w Makro i te drugie wygrały zdecydowanie. Są dwa wina z Libanu – rzadkość w Polsce, ale po ok. 50 zł. To i tak jest niepokojące, bo to dość niska cena jak na libańskie wina, ale z drugiej strony największym odbiorcą win libańskich jest właśnie UK. Jak ktoś ma trochę zbędnych pieniędzy to niech kupi i napisze mi czy warto, Alternatywą dla mnie jest wyjazd do Libanu, a jak pisałem mam alergię na bomby i wybuchające samochody.
Przeszukałem też półki z artykułami spożywczymi – szukałem (bezskutecznie) relisha – i to też jest porażka. Po pierwsze od początku M&S w Warszawie asortyment się nie zmienił, poza tym, to co było jadalne/pijalne zniknęło z półek. To są jakieś odpadki – może M&S poszedł śladem Tesco i sprzedaje w Polsce to, czego nie może sprzedać w UK? Dość narzekania – coś extra musiałem kupić, padła na manzanillę za przeszło 30 złych. To wytrawne sherry, powinno być cytrynowo-słone. Zapach jeszcze był znośny, ale smak porażający. Jakieś brudne majtki, skarpetki, przepocona koszula, cały zestaw bielizny do prania, Czy ja jestem pralnia automatyczna, żeby mieć z takimi rzeczami do czynienia? Basta! (Możliwe, że wino się utleniło, ono nie może zbyt długo leżeć w butelce, ale na etykietach nie ma żadnych dat.) Pożegnam M&S na kilka lat (chyba, że dostanę paczkę z trunkami do degustacji, wtedy zmienię zdanie i napiszę, że to najlepszy wybór alkoholi w RP).
PS. Co zrobić jak się ma wino nie do wypicia? Porady wkrótce.

wtorek, 28 stycznia 2014

Co pił Humphrey Bogart?

Jeszcze raz napisze o problemach z zamawianiem trunków na odległość. Nawet kiedy wiesz, co chciałbyś dostać, to i tak jest to kot w worku. W Maroku pije się dużo, ale są to napoje importowane lub lokalne podróbki światowych gatunków, których to podróbek spożycie grozi uszczerbkiem na zdrowiu, wiec odradzam (dotyczy to wszystkich krajów arabskich). Produkcją destylatów zajmowali się tam Żydzi, a ich flagowym produktem była mahia – destylat z fig. Dzisiaj potomkowie marokańskich Żydów, rodzina Nahmia, produkują ją nadal w USA. Mahia rabi amrane (pełna nazwa) jest ciągle najpopularniejszym mocnym trunkiem w Maroku i stanowi tam 50% rynku. Zakupiona butelka nosi nazwę Chaouia, która jest skróconą nazwą jednego z szesnastu regionów Maroka. Jest to region sąsiadujący z regionem Grand Casablanca, a jako miejsce produkcji podana jest właśnie Casablanca, wiec geograficznie jest to strzał prawie w 10. Na etykiecie widać palmy i wielbłądy, to pierwsze ma mało wspólnego z figowcami, te drugie możliwe (ale mało), że są konsumentami mahii. Producent to Chai Andrieux, sieć podpowiada, że największy producent destylatów w Maroku. Na butelce widać też hebrajski napis תיוואש, niestety translatory nie pomogły mi go zrozumieć. Jako składniki podano alkohol, wodę destylowaną, naturalne wyciągi z fig. Czyli co to jest, destylat aromatyzowany figami? Nie byłoby to takie złe, w pamięci mam tunezyjską daktylową boukhę czy figowy likier Thibarine. Niestety „reality bites” – alkohol okazuje się pospolitą anyżówką. Figa niewyczuwalna, anyżkowy aromat syntetyczny, wódka rozwodniona nie barwi się na biało. Umówmy się – marokańczycy nie są koneserami destylatów. Jedynym plusem jest brak kaca po spożyciu butelki. Jak pisałem jestem fanem anyżówek, ale są dobre i złe, ta była fatalna. W dodatku znalazłem informację, że mahia nie musi być z fig, może być z czegokolwiek, musi tylko być aromatyzowana anyżkiem. Podejrzewam, że moją mahię destylowano z wielbłąda z etykiety.
PS. Choć Casablanca jest miejscem akcji bardzo znanego filmu, to zdjęcia do niego nakręcono w studiu – tak więc Bogart raczej nie miał okazji pić marokańskiej mahii. Co nie znaczy, że wylewał za kołnierz – wręcz przeciwnie on i jego znajomi, znani jako The Rat Pack, pili dużo – głównie bourbona.
Co do filmów z alkoholem to są ich tysiące, niestety w zdecydowanej większości alkohol jest tam sprawcą samych nieszczęść, a autorzy nie skupiają się na walorach smakowych, a na wręcz przeciwnie – starają się nam spożycie obrzydzić. Kiedy sam siebie pytam, czy gdzieś w ogóle pada nazwa konkretnego alkoholu, to nie przypominam sobie chyba żadnego – martini w serii o Bondzie jest nazwą drinka, a nie konkretną marką wermutu (podobno teraz Bond pije jakieś piwo). Pewnie za dużo wymagam, umieszczenie danej marki to już lokowanie produktu, za to ktoś musi sporo zapłacić, widocznie brakuje funduszy. Chwalebnym wyjątkiem jest polski film „Demony wojny według Goyi”, gdzie główną rolę grała Wódka Źródlana („bo po niej się nie ma kaca” mówi jeden z bohaterów). Pamiętacie jakieś filmy, w których pojawia się co najmniej konkretny gatunek lub marka mocnych alkoholi?

niedziela, 5 stycznia 2014

Meandry marksizmu-spenceryzmu (t. I)

Sylwester miał się taplać w winie musującym, ale naprawdę trudno jest uniknąć mocniejszych trunków. Tym razem był to desant ze sklepu Marx & Spencer. Pisałem już o winach stamtąd, na początku byłem bardzo zadowolony, później podstawową cenę wina podniesiono z 21 do 27 zł, a gust sommeliera jest zbyt narzucający się, wszystkie sauvignon blanc w okolicach tej ceny smakują identycznie, wszystkie shirazy czy chardonnay też. Wygląda to tak, jakby sieć skupiła się raczej na różnorodności etykiet, a nie zawartości. Warto wyłącznie polować na promocje, ale wtedy wybór ogranicza się do około pięciu butelek. Kiedyś w ofercie oprócz win były tylko cydry, spróbowałem je, ich niebotyczne ceny nie przekładały się na jakość. Nowością obecnie są mocne trunki – w okresie świątecznym przecenione o jakieś 20%. Wybór padł na brandy oraz – a jakżeby inaczej – na rum. Brandy (0,5 l za 39 zł) ma wdzięczną nazwę Napoleon, przyspawaną onegdaj do najgorszych przedstawicieli tego gatunku, na etykiecie są dwa medaliony z profilami kobiecym i żeńskim – tak więc szata graficzna jest zdecydowanie nierównouprawnieniowa, brandy powinno się co najmniej nazywać „Napoleon i Józefina”, a najlepiej „Dwoje Napoleonów”. Poza tym mamy napis VSOP i „Aged 3 years”. Gdyby to był cognac to VSOP oznaczałoby minimum trzy i pół roku w beczce, „Napoleon” zaś sześć i pół roku, ale to jest brandy, więc prawdziwa jest tylko informacja o trzech latach (na kontretykiecie potwierdzona jeszcze napisem, że te lata spędzono w dębowej beczce). Tam też przeczytacie, że naturalny kolor to efekt dodania karmelu – od czasu, gdy zobaczyłem ten dodatek w 10-letnich malt whisky nic mnie nie zdziwi, ostrzegam jednak, że karmel ma smak, i jest to smak słodki. Taka też jest ta brandy – trochę za słodka, zbyt mało wytrawna. Ale nadal pijalna, niezła, a cena (promocyjna) jest dodatkowym atutem. Cena rumu jest już bardzo promocyjna – 27 zł za 0,7 l. Biała etykieta narzuca skojarzenie z klasyczną „carta blanca”, choć na kontretykiecie jest napis, że rum (biały) wyprodukowano z melasy, a nie z soku trzcinowego. Jako miejsce produkcji podano Gujanę, faktycznie na Gujanie robi się rum z melasy, ale najbardziej dla niej typowy jest ciemny, no i rum stamtąd jest mocniejszy niż 37,5%. Na polskiej kontretykiecie napisano, że kobiety planujące ciążę powinny unikać alkoholu, zabrakło jednak napisu, że mężczyźni planujący ciążę u partnerek też go powinni unikać – jak widać równouprawnienie na Wyspach jest fikcją wykreowaną przez tamtejsze media (co prawda w Polsce napisano by pewnie, że kobiety planujące ciążę powinny pić dużo alkoholu). Marx & Spencer bardziej potrafi zrównać nabywców zabawek niż alkoholu. Jak to w każdym razie smakuje? Typowy smak alkoholu rozlanego na podłodze, następnie wykorzystanego do jej umycia i wyżętego ze szmaty, którą tę podłogę wytartą. Koszmar. Sam zapach może posłużyć do zabijania mniejszych owadów, ale smak jest jeszcze gorszy. Nie pomoże żadna coca-cola, nie mogłem tego wypić do końca, część wylądowała w zlewie, ekolodzy mi tego nie darują. Naj-naj-najgorszy rum wypity w ramach rumowej wycieczki. Ta sama cena co rum z Lidla, natomiast zawartość to kompletne rumowe dno.
W M&S jest też jeszcze gin w cenie 70 zł – ale za te pieniądze można kupić Bombay Sapphire – i kilka innych napojów. Wpadnę tam niedługo i opisze jakieś inne płyny.