czwartek, 14 listopada 2013

Ugryzła mnie Biedronka

Podobno w tym roku pojawiła się jakaś drapieżna odmiana biedronek – zjada swoich polskich rodaków, a ludzi gryzie. No i stało się. Udałem się do Biedronki po wino. W tej sieci od czasu do czasu organizuje się tematyczny wysyp wina – zazwyczaj tematem jest kraj pochodzenia. Wysyp nie jest uzupełniany, więc z zakupem trzeba się spieszyć, po jakimś czasie na półkach zostaje to, czego już się nie da wypić. Najlepiej posłużyć się ściągawkami przygotowanymi przez Winicjatywę – i tak np. dziś ukazała się ściągawka dotycząca aktualnej kolekcji. Przy okazji takich zakupów zobaczyłem siedmioletni rum za jakieś 35 zł i zaryzykowałem. Opłaciło się – moja teoria, że dyskonty łżą jak bure suki potwierdziła się. Ciekawsze od smaku są historie wypisane na etykiecie. Otóż rum Gran Imperio jest „original imported”. Z kontretykiety wynika, że został wyprodukowany we Włoszech „na bazie tradycyjnych karaibskich technik produkcji”. Producent wie, że my wiemy, że w UE rum musi być wyprodukowany z trzciny cukrowej, więc już o tym nie wspomina. Zresztą to nie jest rum, to jest „rhum” (francuski) „superior” (angielski). Ale jest starzony („añejo” – hiszpański) przez 7 lat („años”). Z tym że przy tym dumnym napisie tkwi angielskie „type”. Podsumujmy: włoski „rhum” w typie starzonego przez siedem lat i wyprodukowany po karaibsku. Skomplikowane? Na kontretykiecie co prawda piszą, że rum jest siedmioletni, ale nie ma mowy o metodzie starzenia. Ja bym jednak stawiał na zwykła pomyłkę – w tym „rumie” przez siedem dni moczono zużytą szmatę do mycia podłóg – to już moje odczucia smakowe. Żeby być zupełnie szczerym czuć gdzieś bardzo daleko aromat rumu, i to raczej z trzciny niż syntetycznego, ale to jest bardzo daleko. Natomiast beczka jest gdzieś w innej galaktyce, moje nozdrza tam nie docierają. Generalnie – koszmar. Tego się nie da opisać – chyba tylko tak, ze to jest w swojej klasie jeszcze gorsze niż bourbon z Lidla. Zaatakowałem to coca-colą, ale za nią nie przepadam, a musiałem rozcieńczać 1 (rhumu) do 2 (c-c).
Skąd się ten zajzajer wziął? Rozwiązanie jest na wyciągnięcie myszy. Włoski producent wyprodukuje wam wszystko i podejrzewam, że jego podejście do unijnych przepisów nie jest rygorystyczne. Możecie kupić od niego nie tylko rumy, ale też m.in. gin, tequillę, szkocką whisky, armagnac (!) a nawet szampana (!!!). A to wszystko podparte własnoręcznie wyprodukowanymi certyfikatami – polecam trzeci z lewej, w angielskim tekście pojawia się nieznany w nim wyraz „bettler”, to po niemiecku znaczy „dziadostwo”. Cbdo.
PS. Znowu wyjdę na dziwaka, szukałem w sieci ocen, a te nieliczne, które znalazłem chwalą to coś. Przypomina mi to krótki film Godarda, bohater wychodzi na ulicę i widzi, że wszyscy zachowują się inaczej niż wczoraj i połykają jakieś pigułki. Po jakimś czasie odkrywa, ze Ziemię zaatakowali kosmici, tylko on tego nie zauważył. Coś przespałem?

PS z 19.11.2013. Okazuje się, że nazwa Gran Imperio też jest skradziona. To nazwa meksykańskiej tequili firmy Herradura.
PS2. Nie zrażaj się czytelniku, przeczytaj moje nowsze wpisy o rumach z Makro i Lidla.

środa, 30 października 2013

Wódka, która leczy

Dalszy ciąg relacji z Moskwy niedługo, teraz coś dla zdrowia. Czy alkohol można reklamować, wskazując na jego lecznicze wartości? Bittery i balsamy mogą być polecane na dolegliwości żołądkowe, miody, wódki, a nawet spirytus na przeziębienie (choć tu zapewne chodzi tylko o ich krótkotrwałe działanie rozgrzewające, więc raczej skuteczne nie są). Ale czy można napisać, ze wódka leczy? Otóż tak, udało się to braciom Czechom. Wódka nazywa się Czarne złoto i jest podpisana przez Uzdrowiska Trzebońskie. Trzeboń to uzdrowiskowa miejscowość na południu Czech, jednocześnie teren bogaty w torfowiska, i właśnie torf jest wykorzystywany do zabiegów leczniczych. Torf jest też źródłem huminów i właśnie one zostały użyte przy produkcji wódki Czarne złoto. A dokładnie to producent podaje jako skład alkohol, cukier i lignohumat. Tenże lignohumat to preparat huminowy stosowany w rolnictwie, ale jak widać tym razem zastosowano go na istotach ludzkich. Z opisu na kontretykiecie wynika, że zawarte w wódce huminy działają detoksykacyjnie (sic!) i antywirusowo. No i są odpowiedzialne za czarny kolor napoju. Kolor jest raczej ciemnobrązowy, smak gorzki, dominuje torf (jakżeby inaczej) i czekolada. Moc 40%, to jest coś w stylu klasycznych bitterów, na przykład węgierskiego Unicum, ale zamiast smaków ziołowych dominują torfowe. Bardzo miłe zaskoczenie, można spokojnie przedawkować. Producentem jest firma Fruko-Schulz z pobliskiej miejscowości Jindřichův Hradec. Założona w 1898 pod nazwą Moritz Schulz produkowała wpierw wina owocowe, znacjonalizowana w 1948 roku działała pod nazwą Fruko, teraz znów jest w rękach rodziny założycieli. Jej flagowym produktem jest tuzemak, ale robi też wódki, likiery, absynty a nawet szkocką whisky. Czarne złoto to uzdrowiskowa wersja ich wódki Alexander Pushkin Black. Przepis jest chroniony patentem. Taki odpowiednik produktu uzdrowiskowego znalazłem w Nałęczowie – tamtejszy miód Nałęczowski jest produkowany w lubelskim Apisie.
Przy okazji pozdrawiam moich dwóch czytelników (cała reszta wpada tu po ocenę bourbona z Leedla), gdybyście mieli jakieś uwagi co do formy bloga chętnie się zapoznam, może pora na jakieś zmiany?

PS z 14.11.2013. Spróbowałem inne trunki od Fruko-Schulz i niestety nie nadają się do polecenia. Biała pani to 30% podróbka becherowki, bardzo podobna, tylko aromatycznie słabsza. Brusinka to żurawinówka (40%), bardzo słaby aromat przez który przebija się za to mocny smak kiepskiego alkoholu.

niedziela, 13 października 2013

Drogo nad rzeką Moskwą (cz. 1)

Minęło 11 lat od mojej ostatniej wizyty w Moskwie, choć w międzyczasie goście stamtąd przywozili mi różne lokalne trunki, więc nie traciłem kontaktu z rosyjskim krwioobiegiem. Z poprzedniej wizyty zapamiętałem, że mimo że ceny w Moskwie były niebotycznie wyższe niż na prowincji, to jednak alkohol był dla mnie bez problemu finansowo dostępny. No cóż – zmiany, zmiany, zmiany. Moskwa buduje się szybciej niż Berlin i wyżej niż Frankfurt. Pojawiły się tysiące nowych sklepów, olbrzymie galerie handlowe, z których najmniejsza jest większa od największej warszawskiej. Ale też ceny wszystkiego poszybowały w kosmos, uzmysłowiłem to sobie zatrzymując się przed przypadkową witryną sklepu z telewizorami, na której stał ekran za 126 tysięcy złotych! (Zapewne w promocji.) Wszystkie towary importowane są droższe niż te same w Polsce, a miejscowych jest bardzo niewiele – lub trzeba wiedzieć, gdzie je odnaleźć. Uzależnieni od płynów powinni przerzucić się na benzynę – 95-tka kosztuje 3,30 zł, wygranymi są palacze papierosów – średnia cena to 5–6 zł. A co z alkoholem? Piwo w sklepach kosztuje od 5 zł, ale piwa importowane od 15 zł. Oferta win jest dość niewielka, rozrzut cen ogromny, najtaniej jest w sieciowych francuskich hipermarketach, od 15 zł, średnia niska cena w sklepie specjalistycznym to 40-50 zł. Zmiana przepisów dotyczących sprzedaży alkoholu spowodowała, ze minimalna cena wódki to 16,50, średnia 25 zł, moskiewska Stolichnaja kosztuje 32 zł. Rosyjskie koniaki średnio kosztują od 40 zł. Ceny alkoholi mocnych  importowanych przybliży wam oferta sieci sklepów monopolowych Aromatnyj Mir – podaje ceny kilku trunków porównując je z cenami w naszym internetowym sklepie Ballantines (a więc jednym z droższych): Jim Beam, 0,7 l: 161 zł/85 zł,  czerwony Jaś Wędrowniczek 0,7 l: 158/70, biały Bushmills, 0,7: 168/95, Passoa, 0,7 l: 131/75, białe Martini, 1 l: 90/45. Coś wam to mówi? Po prostu jest 2 razy drożej. Puszka piwa Carlsberg wyprodukowanego w Rosji kosztuje 8 zł, paczka orzeszków 15 zł. Kupiłem tam tani koniak rosyjski za 50 zł, i tanie musujące wino krymskie za 40 zł! W promocji! Okazało się, że żeby kupić taniej i mieć dostęp do dużego wyboru rosyjskich alkoholi trzeba udać się do naprawdę specjalistycznego sklepu. A taki niełatwo znaleźć. Najczęściej widnieje na nim napis „wino”, a sam sklep mieści się albo w piwnicy, albo na piętrze – skoro ma być tanio to i czynsz musi być mniejszy. Sklepy na piętrach i w piwnicach to zresztą fenomen moskiewski – wchodzisz na parterze do apteki, a tam w piwnicy sklep z matrioszkami, a na piętrze księgarnia naukowa. Ja odkryłem sklep monopolowy przy dworcu Kijowskim – na zdjęciu fragment ekspozycji. Niesamowity wybór produktów lokalnych, także win, super obsługa. Mógłbym tam zamieszkać.
Jeśli chcecie wypić coś mocnego w restauracji, to najlepiej od razu zrezygnować. Albo zamówić wódkę – to jedyna rzecz której cena nie przekracza 20 zł. W rozsądnych miejscach kieliszek kosztuje zaledwie 12 zł – dwukrotnie mniej niż zamówiona do niego popitka. Ewentualnie trzeba wejść do sieciowego baru szybkiej obsługi – np. Mu-Mu – tam można zamówić kieliszek wódki, do tego butelkę kwasu do popicia, i wypić to na stojąco, taki widok nie zdziwi nikogo. Ale z piwem jest już problem. W popularnym studenckim barze Gogol (z muzyką na żywo), czy w podobnym w stylu, a działającym od wielu lat Kitajskim Liotcziku piwo kosztuje od 17 zł, a importowane od 28 zł –zdecydowanie bardziej opłaca się pojechać na Oktoberfest. W piwiarniach w stylu czeskim (jest ich bardzo dużo) Pilsner kosztuje 18 zł, ale podejrzewam, że wyprodukowano go w Rosji. Możecie sobie do niego zamówić golonkę za jedyne 80 zł. Najtańsze jedzenie jakie jadłem w knajpie to były wspaniałe potrawy z Kaukazu, zupa charczo, lula kebab, skonsumowane w blaszanym baraku na stole z ceratą – a kosztowały tyle co niezły obiad w warszawskiej knajpie. Warto zauważyć, że w tych restauracjach siedzą ludzie, czasami nawet tłumy (na przykład w pubach w stylu angielskim, gdzie cena piwa zaczyna się od 30 zł), tak więc wysokie ceny nie są wyssane z palca, ale uszyte na miarę portfeli moskiewskiego klienta.
W drugiej części napiszę co nowego polecę z mojej działki.

czwartek, 26 września 2013

Czy Barak uderzy w arak?

Arak syryjski piłem w czasie pobytu w Syrii za rządów Asada ojca. Kraj był mocno policyjny, ale przynajmniej nie było problemu z kupnem alkoholu. Co prawda lokalne wino przypominało sfermentowany kompot, piwo mogło ścigać się spokojnie z wyrobami Jabłonowa (tymi sprzed lat, dosładzanymi), ale arak był OK. Co prawda moje OK nie jest wiarygodne, bo ja piję arak bez rozcieńczania, więc ten bliskowschodni miał moc minimum 50%, a dochodził do 80%. Przy takiej mocy trudno jest odnaleźć smakowe niuanse i dzięki nim porównywać i oceniać różne trunki. Nie wiem więc czy syryjski arak, który niedawno dostałem, różni się czymś istotnym od na przykład libańskich (których w czasie tamtej podróży też nadużywałem) - choć wydaje mi się, ze ma dość przemysłowy smak, płaski bukiet, za bardzo drażni gardło. Nazywa się AlRayan, butelka 0,75 o mocy 51,5%. Produkt dość typowy, ciekawa natomiast jest strona producenta, dość dokładnie opisany i obfotografowany jest tam proces produkcji – zresztą  fabryka trochę wygląda jakby Barak już ją trafił. Razem z arakiem trafiła w moje ręce chyba pierwsza anglojęzyczna książka poświęcona libańskiemu arakowi – „Arak and Mezze” autorstwa Michaela Karama i Norberta Schillera. Dzięki niej dowiedziałem się, że mój syryjski produkt trochę upraszcza klasyczne zasady produkcji, bo przy drugiej destylacji dodawany jest olejek anyżowy a nie ziarna anyżku. Przy okazji muszę sprostować błędna informację podaną przeze mnie we wcześniejszym wpisie o araku – anyż gwiazdkowy (czyli badian gwiazdkowy) to nie jest to samo co anyż, choć zawiera odpowiedzialny za smak anetol (odpowiedzialny też za tzw. efekt anyżowy, czyli mętnienie araku po dodaniu doń wody). Anetol zawierają też lukrecja czy koper włoski (ale już nie koper ogrodowy). Skoro najlepszy arabski arak pochodzi z Libanu, to czemuż Barack miałby mu zagrozić atakując Syrię? Otóż okazuje się, że do produkcji libańskiego araku używa się nasion anyżku pochodzących z Syrii, konkretnie z wioski Hina (powtarzam wyraz „wioska” za książką, ale podają tam też, że ma ona 10000 populacji, więc jest wielkości Kudowy Zdroju). Arak destyluje się z wina uzyskanego z lokalnych szczepów obeideh i merweh oraz europejskiego ugni blanc – u nas służącego do wyrobu koniaków i armaniaków. Proces nie zmienia się od lat, korzysta się z miedzianych alembików, arak leżakuje w glinianych dzbanach. W zasadzie prawie każda winnica oprócz produkcji wina destyluje je i wytwarza arak. Stąd najbardziej znane mają nazwy identyczne z nazwami znanych win – jak Kefraya, Ksara czy Musara. A stąd już krok do drugiej butelki – Nectar de Kefraya. To wzmacniane wino robione ze szczepu ugni blanc – jak pisze producent, do moszczu przed fermentacją dodaje się destylat z wina. Efektem jest 18% bardzo słodkie i niesamowicie aromatyczne wino, przypominające dobre porto. Niestety za każdym razem, kiedy chciałem się wybrać ponownie do Libanu, akurat w Bejrucie wybuchały bomby, więc jedyne co mi pozostało to cierpliwie czekać na prezenty stamtąd – mam awersję do picia pod ostrzałem.

środa, 14 sierpnia 2013

Co pił Josef Škvorecký (pod czeskim wulkanem)


To było coś na kształt podróży sentymentalnej – kiedy ostatni raz przekraczałem przejście graniczne w Kudowie, kolejka samochodów miała kilometr a do jego przekroczenia niezbędny był paszport. A teraz nie ma kolejki, a przejście zauważy tylko uważny obserwator przydrożnych znaków. Nachod (tu urodził się Josef Škvorecký) w zasadzie bez zmian, spore przemysłowe miasto ze średniej urody rynkiem i zamkiem (w permanentnym remoncie) na wzgórzu. Škvorecký pracował też w Broumovie – to miasto przeżyło totalny upadek, wyludnia się, niszczeje, jedyna na rynku restauracja, gdzie próbowałem kiedyś po raz pierwszy mięsa z kangura, jest teraz zapyziałą kawiarnia, gdzie podają wyłącznie mrożoną pizzę. Ale za to Nové Město nad Metují (tu też są ślady pobytu Škvoreckiego) piękne jak zawsze, teraz na rynku doliczyłem się czterech restauracji, dwóch kawiarni, jednego bistro i tego czegoś dziwnego na zamku (otwarte wyłącznie w nocy). Winiarnia na tyłach hotelu niestety się zwinęła. Ciekawe są różnice między Kudową i Nachodem (ok. 10 i 20 tysięcy mieszkańców). W Kudowie jest malutkie Tesco, dwie Biedronki, sieciówka Dino – wszystkie źle zaopatrzone. W Nachodzie Kaufland, Albert, Penny – po kilka sztuk, olbrzymi wybór, poza tym małe sklepy, które na przykład mają większy i lepszy wybór warzyw i owoców. Poza tym w każdym sklepie spożywczym po czeskiej stronie jest alkohol – choć w niewielkim wyborze. No i oczywiście w Nachodzie naliczyłem od razu cztery księgarnie, więc jest ich na pewno więcej. W Kudowie jedna, w połowie będąca sklepem papierniczym. W Czechach wszystkie butelki po piwie są zwrotne (pamiętacie film pod takim tytułem?) – a wiec nie ma puszek.
W alkohol zaopatrywałem się głównie w czeskim Kauflandzie. Duży wybór piw, najtańsze w cenie 1 zł przyciągały grupki polskiej młodzieży, która wywoziła je ze sklepu pełnymi wózkami. Niestety potwierdzają się moje wrażenia z poprzedniej wizyty – piwa czeskie są coraz gorsze. Po kilku podejściach zrezygnowałem z piwa na rzecz wina. Oczywiście lokalnego, Czesi mają własne wino (głównie z Moraw), wina są monoszczepowe i mają pięknie brzmiące nazwy winorośli: Frankovka, Modrý Portugal, Ryzlink vlašský, Svatovavřinecké, Veltlínské zelené, Müller Thurgau, Rulandské modré, Rulandské šedé, Rulandské bílé (te trzy ostanie to Pinoty: Noir, Gris i Blanc). Cena butelki w markecie zaczyna się od 14 zł, kupowałem do 17 zł. Wyjątkiem był musujący Bohemian Sekt, który nigdy nie jest tani, ale tu kosztował 23 zł, co jest dobrym wynikiem. Wina były pijalne, ale to wszystko co można o nich powiedzieć. Sprawiały wrażenie produkcji „przyogrodowej”, zatraciły rodzajowe cechy, były do siebie bardzo podobne, zero radości z picia. Po pewnym czasie zacząłem kupować wina w sklepach specjalistycznych, tu poziom się wyraźnie podniósł, niestety ceny też, zaczynały się od 30 zł. Jedyny BiB był czerwony i kosztował 50 zł, taki zakup jest bez sensu, w sklepach z winami natoczą wam litr wina za 10 zł, a przy zakupie sześciu  litrów siódmy jest za darmo (i jest wybór zazwyczaj do 10 win).
Porzuciwszy piwa butelkowe sprawdziłem jakość lanych, tu kolejna porażka. W Nachodzie jest spory browar Primator, poza tym leją np. Svijany, kilka innych, których nazw nie spamiętałem. Cecha wspólna – piwnica, ścierka, skup żelaza. Najlepsze ze wszystkiego było beczkowe Starobrno – ale piłem je w Kudowie w Restauracji Zdrojowej, kosztowało 6 zł (tyle ile beczkowy Złoty Bażant). Oczywiście jest rozwiązanie – do każdego kufla wypić kieliszek becherowki, słodycz likieru zabija gorycz pilsa i odwrotnie – z tym że to szybka droga do totalnego upojenia (w czasie wycieczki były najgorętsze od lat dni). Czyli rozczarowanie za rozczarowaniem. No i to niestety była przyczyna jednego z najgorszych zakupów w Czechach (przedtem były np. wyroby firmy Božkov, wilamowki z przyklejanym dnem, najtańsze destylaty „owocowe” itp.). Wychodząc ze sklepu z alkoholami zauważyłem na półce butelkę o znanym kształcie, ale z nietypową etykietą. Sprzedawczyni poinformowała mnie, że to wyrób firmy Becher, ale nie zna zawartości, bo to nowość. Potem się okazało, ze to nowość urodziła się w 1966 roku – widocznie w Czechach czas płynie wolniej. Rzecz nazywa się KV14, ma moc 40%, składa się z wody, alkoholu, czerwonego wina, destylatu winnego, aromatu pomarańczowego, barwnika E124, karmelu, mieszanki ziół i przypraw oraz siarczynów. Ma kolor fluorescencyjnie czerwony, smak jest bardzo udanym naśladownictwem sycylijskiego Fuoco del vulcano. Coś a la gorzka oranżada, bardzo gryzący odór i smak kiepskiego alkoholu. Wyroby sycylijskie są mocne, mają ok. 70%, tam ten atak alkoholowy na podniebienie jest uzasadniony, skąd się bierze w czeskim wyrobie? Dopiero po przyzwyczajeniu się do tego gryzienia wyczuwa się w tle wyraźny smak oryginalnej becherovki. Absurdalne zestawienie smaków, zero przyjemności, niepokój, że ktoś coś podmienił w zawartości – dziwne, że po reprywatyzacji Becherovie pozostawili ten zajzajer w portfolio. Poszukałem w sieci odczuć podobnych do mojego, ale znalazłem tylko umiarkowana pochwałę na blogu pana Łukasza Gołebiewskiego. Ten blog to m.in. próba stworzenia alkoholowego leksykonu składającego się z tysięcy haseł. Trochę za bardzo encyklopedycznie (i za często [codziennie!], a w związku z tym za krótko), ale opisy alkoholowych podróży to rekompensują. Ciekawe, że spis alkoholowych pomocy książkowych prawie identyczny jak mój.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Co pił Habib Burgiba?

W środku wakacji rozpocznę cykl urlopowy. Tunezja jest miejscem wypoczynku wielu rodaków, którzy cieszą się tam z dostępności napojów alkoholowych. Nie tylko na terenie hoteli, ale także w sklepach sieci miejscowych supermarketów „Magazine General” lub „Magazine Prix”. Alkohol zresztą jest spożywany – i nadużywany – przez miejscową ludność. Byłem kiedyś w tunezyjskim odpowiedniku rosyjskiej riumocznej – lokalu, gdzie podawano wyłącznie alkohol, a wystrój ograniczał się do wykafelkowania całego pomieszczenia od podłogi po sufit – wyjątkowy hardcore. Rządy Burgiby i jego następcy prawdopodobnie przyczyniły się do dostępności alkoholu, panowie niespecjalnie lubili się z muzułmanami. Nie wiem jak jest teraz, może ktoś ma aktualne informacje? Kilka lat temu alkohol był dostępny, choć bez przesady. W zwykłych niesieciowych sklepach stały półki z piwem, ale bezalkoholowym (chyba rekord świata jeśli chodzi o ofertę), takie samo serwowano (nie uprzedzając o tym) we wszystkich ogólnodostępnych kawiarniach (knajpa o której powyżej pisałem nie miała szyldu, małe okienka, zero kawiarnianych gadżetów, tak więc mimo że była w samym centrum turystycznej miejscowości, w środku siedzieli tylko tubylcy).
Po pobycie Francuzów pozostał rozwinięty przemysł winiarski, wina tunezyjskie można kupić także w Polsce. Jednak największym lokalnym rarytasem są trunki mocne: figowa wódka boukha i likiery: thibarine i cedratine. Dziś o thibarine, bo pamięć odświeżył mi prezent z tejże. To pozostałość po pobycie francuskich mnichów, 40% nalew destylatu winogronowego na daktylach i ziołach. Kolor ciemnobrązowy, zapach delikatny (ale czuć moc alkoholu), słodki, smak zrównoważony, może odrobinę za słodki, figowo-daktylowy, ale z nutami ziołowymi. Doskonały do picia bez dodatków, tak go też wam podadzą, kiedy w hotelu poprosicie o coś najbardziej tunezyjskiego. Do kupienia w sklepach sieciowych, na lotnisku, podobno nawet w samolocie. Ceny różne, do 10 EUR za butelkę 0,75, ale można zdobyć taniej. Teoretycznie do dostania w Europie, ale cena znacznie rośnie. Szukram!

poniedziałek, 22 lipca 2013

Cydr znowu atakuje!

Cydrowa gorączka trwa, zobaczyłem w sklepiku dwa nowe cydry, natychmiast nabyłem, okazało się, że to produkty słynnej H2O (tym razem bez symbolu koszerności). Cydr App! i cydr 7 Sadów. App! jest dedykowany dla sieci Biedronka, kosztuje tam 3 zł. Jak wynika z etykiet cydry te się różnią: App! ma 5%, składa się z cydru (sukces!), koncentratu jabłkowego, CO2 i zawiera siarczyny, 7 Sadów ma 4,5%, składa się z cydru, fruktozy, cukru, koncentratu jabłkowego, kwasu mlekowego, sorbinianu potasu i zawiera siarczyny. Otóż w smaku się nie różnią, czuć jabłko, ale głównie czuć jakąś przegniłą szmatę. Trochę cukru, mało gazu, jeśli ktoś od tego zaczyna swoją przygodę z cydrem to i na tym ją skończy. Zdecydowanie wszystkie polskie cydry przebija cydr Ignaców, niestety przebija je też ceną.

czwartek, 11 lipca 2013

Cydr atakuje!

Po lekturze artykułu opisującego inwazję polskich cydrów pobiegłem do Tesco – i faktycznie dzieje się. Cydry wywędrowały z półek z piwami – gdzie zresztą były z nimi wymieszane – i otrzymały własny regał sąsiadujący z winami. Może tak zadziałała akcyzowa banderola, a może zarządcy sklepu dostrzegli zwiększone zainteresowanie cydrami? Z dwóch cydrów opisywanych w tekście udało mi się kupić jeden – Lubelski z Ambry. Litrowa butelka (4,5%) kosztuje 8,99 zł, wisi na niej kartonik z hasłem akcji promocyjnej „No to cydr!”. Smak... trudno powiedzieć, coś jak mieszanka owocu (ale jakiego?) z kartoflem, na szczęście bez cukru, na nieszczęście raczej niepijalne. Do konkursu wystartowała półlitrowa puszka z litewskim cydrem Fizz (5,29 zł). Tak jak inne litewskie puszki z cydrami ma wieczko zaklejone aluminiową folią, należy docenić dbałość o higienę spożycia. Cydrów Fizz jest na półkach sporo, dominują smakowe, w różnych opakowaniach i kolorach, wrażenie robią butelki z napojami w kolorach fluorescencyjnych (zapewne wyciągi ze znaków drogowych). Mi się udało odnaleźć zwykły cydr jabłkowy. Wytrawny, o smaku często używanej szmaty do zmywania podłóg. Kolejna porażka – jeszcze kilka takich, a cydry przeniosą się na półki z chemią domową. Cydr Fizz  można tez kupić w sklepach z nalewanymi piwami litewskimi – w cenie 10 zł za litr. Nie udało mi się posmakować drugiego produktu polecanego w artykule – cydru Warka Cider, ale producentem jest firma Warwin, wytwórca zwykłych pryt, wiec nie żałuję i próbować nie będę.

niedziela, 7 lipca 2013

Co pił cadyk Efram Fiszel?

Wspominałem kilka razy o firmie H2O drinki z Chociszewa, która na wszystkich swoich produktach umieszcza znaczek potwierdzający ich koszerność. Tak jak na cydrach jest on dość przypadkowy, tak nieprzypadkowo znalazł się na ich flagowym produkcie, Strykover Premium Slivovitz. To 72% trunek wyprodukowany według – jak twierdzi producent – tradycyjnej żydowskiej XVIII-wiecznej receptury, według której „nastawy przygotowuje się ... ze śliwek, rodzynek i cukru”. Śliwowica ma certyfikat najwyższej koszerności, czyli może być używana w trakcie żydowskiego święta Pesach. Wydawało mi się, że ten najwyższy stopień powinien zakładać, iż produkt jest wyprodukowany wyłącznie przez żydów, widocznie pracownicy przekonwertowali się na judaizm. Łódzki rabin Symcha Keller stwierdził, że „drugiej takiej [śliwowicy] nie ma w całej Europie” – trudno mi podważać słowa rabina, napiszę tylko że śliwowicę „kosher for passover” posiadają w swojej ofercie węgierski Zwack, czeski Jelinek oraz horwackie Maraska i Badel1862 (w sieci można odnaleźć certyfikaty koszerności niektórych z tych trunków). Koszerna natomiast nie jest (od jakiegoś czasu) Passover Slivovitz z Bielska Białej. Jak smakuje chociszewski wynalazek? Lekki aromat śliwkowy i lekki posmak śliwki nie przebijają się przez alkohol, tak wiec czuje się głównie spirytus, gardło słabo to wytrzymuje, ciekawe, że głowa też, dawno już po mocnym alkoholu mnie nie bolała, a jednak nadal jest to możliwe – i to przy pełnej aprobacie rabina! Generalnie rzecz niesmaczna, mało przypominająca destylat śliwkowy, coś jak produkt Jelinka z najniższej półki. Na rynku butelka kosztuje około 80 zł, ja na szczęście wydałem niecałe 30 zł – okoliczny sklep podpisał jakiś cyrograf z H2O i sprzedaje ich produkty w bardzo niskich cenach. Przy tej cenie mógłbym użyć tej śliwowicy jako paliwa turystycznego, ale się nigdzie nie wybieram. Uwaga: krytycy jakości Strykover Slivovitz są w sieci nienajlepiej traktowani przez reprezentantów producenta, ja bym po prostu doradzał mu wypicie wreszcie pierwszego kieliszka jego produktu – bez czekania na Pesach. Natomiast co do tytułowego pytania – niestety, nadal nie wiemy co pił strykowiecki cadyk.

wtorek, 18 czerwca 2013

Jaki kolor ma zielona wróżka?

No jakiż jak nie zielony? Otóż nawet zielony kolor absyntu może pochodzić od zewnętrznego barwnika, czasami trującego. Generalnie absynt powinien być zgniłozielony – i powinien to być kolor uzyskany w trakcie maceracji ziół – albo czerwony – a ten kolor uzyskamy barwiąc alkohol hibiskusem. Po latach zawirowań wokół legalności absyntu UE zezwoliła na jego produkcję z udziałem piołunu – a więc na obecność tujonu, któremu przypisywano halucynogenne – a nawet trujące – właściwości absyntu. Niewątpliwie obecność niektórych ziół może przynieść halucynogenny efekt – na przykład w balsamach ryskich – ale podejrzewam, że jak ktoś pije spore ilości trunku o mocy zbliżonej do spirytusu, to nie potrzebuje ziół, żeby odlecieć. W czasach gdy z powodów prawnych o absynt w  Europie nie było łatwo, wyspecjalizowali się w jego produkcji Czesi. Niestety były to zazwyczaj po prostu bardzo mocne destylaty, posłodzone, z dodatkiem esencji ziołowych (lub innych) i zabarwione na wzbudzające niepokój fluorescencyjne kolory. Trudno było mówić o smaku, gardło głównie atakowała moc kiepskiego, nawet 80% alkoholu. No i te barwy – żółte, pomarańczowe, czerwone, zielone, niebieskie. W sprzedaży tych wynalazków specjalizowały się wietnamskie weczerki –  właściciele, konsumenci co najwyżej piwa i nalewek na żmijach, pewnie byli zdumieni faktem, że ktoś może chcieć sobie wyrządzić krzywdę, konsumując te wynalazki.
Obecnie sytuacja się ucywilizowała, wystarczy trochę u naszych sąsiadów poszperać i można kupić absynty naturalne – i w naturalnym kolorze. Tym razem padło na produkt firmy Metelka, dystrybuowany przez Jelinka, a więc dostępny łatwo i wszędzie. Produkt z wyższej półki to absynt „naturelle”, o mocy 60%, na którego dnie leży spora ilość zmacerowanych nasion kolendry. Wyraźnie ziołowy smak, zdecydowana moc alkoholu i wyraźna słodycz – nic się nie rozjeżdża, nie dominuje, po pierwszym gryzieniu w gardle napój staje się przyjemny, wysoka moc niedostrzegalna. Wypicie większej ilości bezbolesne (choć producent potwierdza zawartość tujonu 10 mg na 1 kg – nie wiem dlaczego akurat na kilogram, ale to jest właśnie europejska norma). Niestety nie jest specjalnie tani – ok. 45 zł za 0,5 l. Dla nostalgików jest wersja koloryzowana – „couperosee”.
Czy są dania, które można podać do absyntu? Przypuszczam, że wątpię, ale zawsze można zaszaleć i dodać coś bardzo czeskiego – na przykład serki piwne. W Polsce występuje głównie serek ołomuniecki – w postaci niewielkich żółtych krążków. Znany głównie z intensywnego i chyba nieprzyjemnego zapachu. To zresztą cecha wszystkich czeskich serków piwnych – bardzo ostry zapach i łagodny, maślany smak. Po prostu lepiej nie wąchać, a serek konsumować za pomocą widelca lub wykałaczki, bo zapach utrzymuje się długo na palcach, sugerując, że wkładaliśmy je tam, gdzie nie przystoi.
Przy okazji sprostowanie. Jednak Czesi używali i używają banderol akcyzowych na alkoholach powyżej 20%. Tak więc Polska jest liderem europejskiej poprawności tylko w dziedzinie metkowania win (i cydrów).