Wspominałem kilka razy o firmie H2O drinki z Chociszewa, która na wszystkich swoich produktach umieszcza znaczek potwierdzający ich koszerność. Tak jak na cydrach jest on dość przypadkowy, tak nieprzypadkowo znalazł się na ich flagowym produkcie, Strykover Premium Slivovitz. To 72% trunek wyprodukowany według – jak twierdzi producent – tradycyjnej żydowskiej XVIII-wiecznej receptury, według której „nastawy przygotowuje się ... ze śliwek, rodzynek i cukru”. Śliwowica ma certyfikat najwyższej koszerności, czyli może być używana w trakcie żydowskiego święta Pesach. Wydawało mi się, że ten najwyższy stopień powinien zakładać, iż produkt jest wyprodukowany wyłącznie przez żydów, widocznie pracownicy przekonwertowali się na judaizm. Łódzki rabin Symcha Keller stwierdził, że „drugiej takiej [śliwowicy] nie ma w całej Europie” – trudno mi podważać słowa rabina, napiszę tylko że śliwowicę „kosher for passover” posiadają w swojej ofercie węgierski Zwack, czeski Jelinek oraz horwackie Maraska i Badel1862 (w sieci można odnaleźć certyfikaty koszerności niektórych z tych trunków). Koszerna natomiast nie jest (od jakiegoś czasu) Passover Slivovitz z Bielska Białej. Jak smakuje chociszewski wynalazek? Lekki aromat śliwkowy i lekki posmak śliwki nie przebijają się przez alkohol, tak wiec czuje się głównie spirytus, gardło słabo to wytrzymuje, ciekawe, że głowa też, dawno już po mocnym alkoholu mnie nie bolała, a jednak nadal jest to możliwe – i to przy pełnej aprobacie rabina! Generalnie rzecz niesmaczna, mało przypominająca destylat śliwkowy, coś jak produkt Jelinka z najniższej półki. Na rynku butelka kosztuje około 80 zł, ja na szczęście wydałem niecałe 30 zł – okoliczny sklep podpisał jakiś cyrograf z H2O i sprzedaje ich produkty w bardzo niskich cenach. Przy tej cenie mógłbym użyć tej śliwowicy jako paliwa turystycznego, ale się nigdzie nie wybieram. Uwaga: krytycy jakości Strykover Slivovitz są w sieci nienajlepiej traktowani przez reprezentantów producenta, ja bym po prostu doradzał mu wypicie wreszcie pierwszego kieliszka jego produktu – bez czekania na Pesach. Natomiast co do tytułowego pytania – niestety, nadal nie wiemy co pił strykowiecki cadyk.
niedziela, 7 lipca 2013
wtorek, 18 czerwca 2013
Jaki kolor ma zielona wróżka?
No jakiż jak nie zielony? Otóż nawet zielony kolor absyntu może pochodzić od zewnętrznego barwnika, czasami trującego. Generalnie absynt powinien być zgniłozielony – i powinien to być kolor uzyskany w trakcie maceracji ziół – albo czerwony – a ten kolor uzyskamy barwiąc alkohol hibiskusem. Po latach zawirowań wokół legalności absyntu UE zezwoliła na jego produkcję z udziałem piołunu – a więc na obecność tujonu, któremu przypisywano halucynogenne – a nawet trujące – właściwości absyntu. Niewątpliwie obecność niektórych ziół może przynieść halucynogenny efekt – na przykład w balsamach ryskich – ale podejrzewam, że jak ktoś pije spore ilości trunku o mocy zbliżonej do spirytusu, to nie potrzebuje ziół, żeby odlecieć. W czasach gdy z powodów prawnych o absynt w Europie nie było łatwo, wyspecjalizowali się w jego produkcji Czesi. Niestety były to zazwyczaj po prostu bardzo mocne destylaty, posłodzone, z dodatkiem esencji ziołowych (lub innych) i zabarwione na wzbudzające niepokój fluorescencyjne kolory. Trudno było mówić o smaku, gardło głównie atakowała moc kiepskiego, nawet 80% alkoholu. No i te barwy – żółte, pomarańczowe, czerwone, zielone, niebieskie. W sprzedaży tych wynalazków specjalizowały się wietnamskie weczerki – właściciele, konsumenci co najwyżej piwa i nalewek na żmijach, pewnie byli zdumieni faktem, że ktoś może chcieć sobie wyrządzić krzywdę, konsumując te wynalazki.
Obecnie sytuacja się ucywilizowała, wystarczy trochę u naszych sąsiadów poszperać i można kupić absynty naturalne – i w naturalnym kolorze. Tym razem padło na produkt firmy Metelka, dystrybuowany przez Jelinka, a więc dostępny łatwo i wszędzie. Produkt z wyższej półki to absynt „naturelle”, o mocy 60%, na którego dnie leży spora ilość zmacerowanych nasion kolendry. Wyraźnie ziołowy smak, zdecydowana moc alkoholu i wyraźna słodycz – nic się nie rozjeżdża, nie dominuje, po pierwszym gryzieniu w gardle napój staje się przyjemny, wysoka moc niedostrzegalna. Wypicie większej ilości bezbolesne (choć producent potwierdza zawartość tujonu 10 mg na 1 kg – nie wiem dlaczego akurat na kilogram, ale to jest właśnie europejska norma). Niestety nie jest specjalnie tani – ok. 45 zł za 0,5 l. Dla nostalgików jest wersja koloryzowana – „couperosee”.
Czy są dania, które można podać do absyntu? Przypuszczam, że wątpię, ale zawsze można zaszaleć i dodać coś bardzo czeskiego – na przykład serki piwne. W Polsce występuje głównie serek ołomuniecki – w postaci niewielkich żółtych krążków. Znany głównie z intensywnego i chyba nieprzyjemnego zapachu. To zresztą cecha wszystkich czeskich serków piwnych – bardzo ostry zapach i łagodny, maślany smak. Po prostu lepiej nie wąchać, a serek konsumować za pomocą widelca lub wykałaczki, bo zapach utrzymuje się długo na palcach, sugerując, że wkładaliśmy je tam, gdzie nie przystoi.
Przy okazji sprostowanie. Jednak Czesi używali i używają banderol akcyzowych na alkoholach powyżej 20%. Tak więc Polska jest liderem europejskiej poprawności tylko w dziedzinie metkowania win (i cydrów).
Obecnie sytuacja się ucywilizowała, wystarczy trochę u naszych sąsiadów poszperać i można kupić absynty naturalne – i w naturalnym kolorze. Tym razem padło na produkt firmy Metelka, dystrybuowany przez Jelinka, a więc dostępny łatwo i wszędzie. Produkt z wyższej półki to absynt „naturelle”, o mocy 60%, na którego dnie leży spora ilość zmacerowanych nasion kolendry. Wyraźnie ziołowy smak, zdecydowana moc alkoholu i wyraźna słodycz – nic się nie rozjeżdża, nie dominuje, po pierwszym gryzieniu w gardle napój staje się przyjemny, wysoka moc niedostrzegalna. Wypicie większej ilości bezbolesne (choć producent potwierdza zawartość tujonu 10 mg na 1 kg – nie wiem dlaczego akurat na kilogram, ale to jest właśnie europejska norma). Niestety nie jest specjalnie tani – ok. 45 zł za 0,5 l. Dla nostalgików jest wersja koloryzowana – „couperosee”.
Czy są dania, które można podać do absyntu? Przypuszczam, że wątpię, ale zawsze można zaszaleć i dodać coś bardzo czeskiego – na przykład serki piwne. W Polsce występuje głównie serek ołomuniecki – w postaci niewielkich żółtych krążków. Znany głównie z intensywnego i chyba nieprzyjemnego zapachu. To zresztą cecha wszystkich czeskich serków piwnych – bardzo ostry zapach i łagodny, maślany smak. Po prostu lepiej nie wąchać, a serek konsumować za pomocą widelca lub wykałaczki, bo zapach utrzymuje się długo na palcach, sugerując, że wkładaliśmy je tam, gdzie nie przystoi.Przy okazji sprostowanie. Jednak Czesi używali i używają banderol akcyzowych na alkoholach powyżej 20%. Tak więc Polska jest liderem europejskiej poprawności tylko w dziedzinie metkowania win (i cydrów).
poniedziałek, 27 maja 2013
Swój do swego po swoje
Przypadek rzucił mnie do Janowca nad Wisłą, gdzie w sobotę 25 maja odbyło się „Święto wina”. To trzecia edycja prezentacji winnic należących do Stowarzyszenia Winiarzy Małopolskiego Przełomu Wisły. Przy wejściu na dziedziniec Zamku kasa Muzeum pozbawia człowieka 12 zł za bilet wstępu, a następnie proponuje za 10 zł folder uprawniający do degustacji pięciu win. A jest tych win łącznie 38 (z 13 winnic), więc teoretycznie, żeby je wszystkie spróbować trzeba by wydać 92 złote. Przy tej kwocie targi winiarzy niezależnych w Lyonie wydają się darmowymi. Na szczęście polskie wina są zdecydowanie mniej ciekawe niż francuskie, więc nie kupiłem aż tylu folderów. Spróbowałem kilku win i potwierdziło się to, co już o nich wiedziałem (wymagany jest pośpiech, bo niektórzy winiarze przywieźli mało butelek, więc w połowie dnia im ich zabrakło). Robienie w Polsce win czerwonych to strata czasu, nie rozumiem, dlaczego zamiast tego winiarze nie robią win różowych (po raz pierwszy w tym roku zaprezentowano takie dwa i były pijalne). Białe za to wychodzą niezłe, zdecydowanie najlepszym winem tej prezentacji był johanniter z Winnicy Dom Bliskowice. To jedna z trzech winnic, która uzyskała zgody na sprzedaż wina, tak więc oprócz degustacji można sobie było kupić butelkę – za jedyne 55,50. I tak niestety będzie – polskie wina będą miały zaporowe ceny, to niszowa produkcja, i za tę niszowość chętni będą musieli przepłacać. Na prezentacji było jedno wino musujące, smakowało jak lekko musujący kompot z winogron isabella (a nie seyval blanc, jak wynikało z opisu), ale było to pierwsze polskie wino musujące w moich ustach.
W centralnym miejscu stała scena a na niej grały zespoły ludowe (oraz inne o niesprecyzowanym profilu). To była taka koszmarna kakofonia, że nie pozostawało nic innego, tylko się napić, ale jak to zrobić tymi kilkoma kroplami lanymi dla degustacji? Na szczęście na zamku było stoisko lubelskiego sklepu z winami Monte di Vino, właściciel sprzedawał wina słoweńskie na kieliszki (5 zł za spory kielich, albo butelki od 22 zł), więc można było jakoś przeżyć. Właściciel – jak się zorientowałem z treści na jego stronie www – prowadzi sklep z winami, sam je importuje i sprzedaje także hurtowo. W sklepie organizuje degustacje i pokazy kulinarne – wysiłek godny podziwu. Lublinianie – wspierajcie kolegę!
W czasie gdy pisałem tę notkę w sieci pojawiły się pierwsze relacje z Janowca: wpis pani z jury, wpis pana z jury i fotorelacja.
W centralnym miejscu stała scena a na niej grały zespoły ludowe (oraz inne o niesprecyzowanym profilu). To była taka koszmarna kakofonia, że nie pozostawało nic innego, tylko się napić, ale jak to zrobić tymi kilkoma kroplami lanymi dla degustacji? Na szczęście na zamku było stoisko lubelskiego sklepu z winami Monte di Vino, właściciel sprzedawał wina słoweńskie na kieliszki (5 zł za spory kielich, albo butelki od 22 zł), więc można było jakoś przeżyć. Właściciel – jak się zorientowałem z treści na jego stronie www – prowadzi sklep z winami, sam je importuje i sprzedaje także hurtowo. W sklepie organizuje degustacje i pokazy kulinarne – wysiłek godny podziwu. Lublinianie – wspierajcie kolegę!
W czasie gdy pisałem tę notkę w sieci pojawiły się pierwsze relacje z Janowca: wpis pani z jury, wpis pana z jury i fotorelacja.
środa, 15 maja 2013
Co pijał Józef Stalin
Józef Stalin w przeciwieństwie do znanego alkoholowo-tytoniowego abstynenta i wegetarianina (w zasadzie zgodnie z obowiązująca poprawnością należałoby go nazwać znanym XX-wiecznym politykiem niemieckim o kontrowersyjnych poglądach) nie odmawiał sobie alkoholu – podobno miał nawet tak silną głowę, że przetrzymywał z premedytacją swoich towarzyszy biesiady, aż spadali nieprzytomni z krzeseł. Jako Gruzin preferował gruzińskie koniaki – wiadomo, że pijał m.in. Sarajishvili, najbardziej znaną markę gruzińskiej brandy i największego jej producenta. Co prawda spór rosyjsko-gruziński doprowadził do rosyjskiego embarga na gruzińskie alkohole, ale w Rosji bez problemu można kupić brandy pochodzące z innych krajów Południowego Kaukazu, azerskie czy armeńskie, poza tym sama Rosja produkuje brandy z win stamtąd sprowadzanych – chociażby fabryka Mosazerwinzawod na ulicy Makarenki w Moskwie produkuje brandy azerskie. Fabryka co prawda zamknęła firmowy sklep, ale napitki nadal produkuje i sprzedaje w Moskwie – tutaj link z widokiem na elegancki wjazd do niej.
Dlaczego akurat preferuję te brandy? Bo są one bardzo klasyczne, najbardziej podobne do francuskich, pozbawione zbędnej słodyczy, nawet w swoich najprostszych trzyletnich wersjach bez zarzutu. No i można je czasami kupić dość tanio. Trzyletnia Sarajishvili została kupiona w Tbilisi za 16,20 lari – czyli około 31 zł. Doskonała. Na etykiecie napisy po angielsku i rosyjsku nie naruszające niczyich praw do jakiejkolwiek marki – „spirit drink”. Jeśli ktoś nie pojechał do Gruzji, może wybrać krótsza trasę i pojechać na Ukrainę. Tam lokalny dystrybutor zarzucił rynek gruzińskimi brandy marki Bracia Askaneli – i znów najtańszy trzyletni Aragweli spisał się na medal. Tym razem nazywa się to „gruziński koniak”, a na kontretykiecie komplet informacji – i data przydatności do spożycia, i zawartość tłuszczu, i ilość kalorii, i – co najważniejsze – „bez GMO”. A co mają zrobić niepodróżujący? Ja od jakiegoś czasu kupuję innego trzylatka – łotewską Brandy Grand Cavalier „produkowana na bazie destylowanego wina z francuskich winogron, przechowywanego w dębowych beczkach w piwnicach Bordeaux, mieszanego z 5-cio letnią azerską brandy” – taki opis podaje importer, firma Janus. Produkuję ją Latvijas Balzams, dostała nawet kiedyś jakiś medal, a wyróżnia ją doskonałe przecięcie ceny i jakości – kupuje półlitrową butelkę za 26 zł, w sieci cena wynosi ok. 32 zł.
No i jeszcze lepsza wiadomość – pojawił się w Polsce sprzedawca brandy Sarajishvili – warszawska firma Marani. Ma sklepy w Warszawie i Krakowie, trzyletnia Sarajishvili kosztuje tam 45 zł, ale już za 35 zł można kupić bardziej ekonomiczny model Iverioni od tego samego producenta. No i jest też chacha, czyli gruzińska grappa. Jak się wybiorę i coś spożyję to na pewno opisze. Gaumardżos!
Dlaczego akurat preferuję te brandy? Bo są one bardzo klasyczne, najbardziej podobne do francuskich, pozbawione zbędnej słodyczy, nawet w swoich najprostszych trzyletnich wersjach bez zarzutu. No i można je czasami kupić dość tanio. Trzyletnia Sarajishvili została kupiona w Tbilisi za 16,20 lari – czyli około 31 zł. Doskonała. Na etykiecie napisy po angielsku i rosyjsku nie naruszające niczyich praw do jakiejkolwiek marki – „spirit drink”. Jeśli ktoś nie pojechał do Gruzji, może wybrać krótsza trasę i pojechać na Ukrainę. Tam lokalny dystrybutor zarzucił rynek gruzińskimi brandy marki Bracia Askaneli – i znów najtańszy trzyletni Aragweli spisał się na medal. Tym razem nazywa się to „gruziński koniak”, a na kontretykiecie komplet informacji – i data przydatności do spożycia, i zawartość tłuszczu, i ilość kalorii, i – co najważniejsze – „bez GMO”. A co mają zrobić niepodróżujący? Ja od jakiegoś czasu kupuję innego trzylatka – łotewską Brandy Grand Cavalier „produkowana na bazie destylowanego wina z francuskich winogron, przechowywanego w dębowych beczkach w piwnicach Bordeaux, mieszanego z 5-cio letnią azerską brandy” – taki opis podaje importer, firma Janus. Produkuję ją Latvijas Balzams, dostała nawet kiedyś jakiś medal, a wyróżnia ją doskonałe przecięcie ceny i jakości – kupuje półlitrową butelkę za 26 zł, w sieci cena wynosi ok. 32 zł.
No i jeszcze lepsza wiadomość – pojawił się w Polsce sprzedawca brandy Sarajishvili – warszawska firma Marani. Ma sklepy w Warszawie i Krakowie, trzyletnia Sarajishvili kosztuje tam 45 zł, ale już za 35 zł można kupić bardziej ekonomiczny model Iverioni od tego samego producenta. No i jest też chacha, czyli gruzińska grappa. Jak się wybiorę i coś spożyję to na pewno opisze. Gaumardżos!
poniedziałek, 6 maja 2013
Western Gold Bourbon Whiskey z Lidla – reaktywacja
Udało się! Z opóźnieniem, ale udało się! Mam dla was obiecaną notkę degustacyjną Western Golda. W nie byle jakim wykonaniu – Jarosława Urbana, autora książek o whisky i whiskey – na rynku jest m.in. drugie wydanie jego monografii o amerykańskich whiskey pt. „Bourbon i inne whiskey Ameryki”. Pana Urbana poznałem ćwierć wieku temu, kiedy jeszcze ani on ani ja nie mieliśmy większego pojęcia o dobrych alkoholach, potem zaś nasze drogi się rozeszły - on zawędrował do USA, gdzie mieszka do dziś . Przez te lata stał się znawcą whisk(e)y, zresztą pracuje w branży alkoholowej. Będąc w Domu Whisky w Jastrzębiej Górze, zobaczyłem na ścianie jego zdjęcie, i okazało się, że gdy przyjeżdża do Polski, odwiedza właśnie to miejsce (prowadzi kursy degustacyjne). Skontaktowałem się z nim i odnowiliśmy znajomość. Korzystając z jego kwietniowej wizyty w Polsce, sprezentowałem mu butelkę WG z prośbą o degustację – nie wspominając bynajmniej ani o mojej ocenie, ani o videoblogu Ralfiego (który ocenił ten trunek dość wysoko). Przypominam, że sam uznałem ten alkohol za raczej niepijalny, a mieszanie go z coca-colą jest, z mojego punktu widzenia, marnowaniem coli. Oto co napisał – nie zmieniam ani literki:
„Nie do końca rozumiem etykietę – Straight Old Kentucky Bourbon Whiskey zamiast Kentucky Straight Bourbon Whisky; na tylnej etykiecie "egyszeru karamell". Nie znam węgierskiego, ale pewnie chodzi o dodany karmel, na co zezwalają przepisy UE, natomiast ustawodawca amerykański zakazuje dodawania substancji smakowych i koloryzujących do whiskey typu straight. Dość nietypowa barwa jak na bourbon, przypominająca nieco pomarańcze typu "blood orange" (może przez dodany karmel?). Nos – początkowo przyjemny; karmel, scukrzona skórka pomarańczowa, liść drzewa wiśniowego, nietypowa nuta korzenna (piwo korzenne{?}), delikatny ślad trawy cytrynowej (lemon grass) i chyba najdziwniejszy aromat – komunistyczna polo-kokta, czyli napój colopodobny. Nie wyczuwam nuty nadpalonej dębiny, tak charakterystycznej dla tego typu trunków. Poszczególne elementy nie integrują się, zbyt silna nuta alkoholowa. Smak – tu totalne rozczarowanie, to, co obiecywał nos, zupełnie nie realizuje się w ustach. Przez KILKA SEKUND czujemy słodycz mlecznych krówek i pomarańczowych landryn, wypartą przez nieprzyjemną gorycz (marnej jakości tytoń do żucia). Trunek bardzo wodnisty (rozgotowane warzywa). Finisz – alkoholowy, pozbawiony wracających smaków. Nie wiem, z której gorzelni pochodzi destylat (może Beam, może Heaven Hill), beczki starzone były na najniższych piętrach (1-2) magazynów leżakowych. Western Gold według mnie nie kwalifikuje się do wolnego sączenia, kiedy go serwować i komu – teściowej zbyt długo zaszczycającej nas swą obecnością. Degustacja Western Gold powinna wyleczyć z wydawania pieniędzy na whisk(e)y niewiadomego pochodzenia i zdopingować do studiowania etykiet”.
Przy okazji poszukałem w sieci nowych tekstów o WG – jest jeden świeżutki, zawiera ciekawe linki do strony whisky.de (co o WG sądzą jego współproducenci) i boozereview.co.uk – na tej ostatniej ciekawa uwaga: „Western Gold smells like vodka mixed with a shoe”.
Co robi tu zdjęcie bourbona Larceny? Otóż w zamian za WG dostałem butelkę sześcioletniego Larceny – produkt nowy, z 2012 roku, jest to tzw. wheated bourbon, czyli taki, „którego receptura (mashbill) przy wykorzystaniu co najmniej 51% kukurydzy jako podstawowego wsadu destylacyjnego, przewiduje użycie pszenicy (zamiast żyta) jako dodatkowego ziarna wsadowego, co nadaje gotowemu destylatowi łagodniejszy smak” (zacytowałem za książką Urbana o whiskey). Wyraźnie na tej wymianie skorzystałem właśnie ja. Przy okazji – na stronie milerpije.pl pojawiły się noty degustacyjne innych lidlowych łyskaczy - Glen Orchy i Ben Bracken 12 yo Speyside Single Malt (z tym, że ten z duńskiego Lidla).
PS. Wyjątkowo zezwalam na hejterstwo pod tym wpisem. Macie prawo się zezłościć – dajcie temu upust.
PS2. Październik 2013: opublikowana została (niezamówiona przeze mnie) recenzja specjalisty od whisky - tym razem Tomasza Milera. Uwaga - po jej przeczytaniu natychmiast popędzicie do Lidla! Z tym, że nie wiem czy przyjmują tam zwroty napojów alkoholowych.
„Nie do końca rozumiem etykietę – Straight Old Kentucky Bourbon Whiskey zamiast Kentucky Straight Bourbon Whisky; na tylnej etykiecie "egyszeru karamell". Nie znam węgierskiego, ale pewnie chodzi o dodany karmel, na co zezwalają przepisy UE, natomiast ustawodawca amerykański zakazuje dodawania substancji smakowych i koloryzujących do whiskey typu straight. Dość nietypowa barwa jak na bourbon, przypominająca nieco pomarańcze typu "blood orange" (może przez dodany karmel?). Nos – początkowo przyjemny; karmel, scukrzona skórka pomarańczowa, liść drzewa wiśniowego, nietypowa nuta korzenna (piwo korzenne{?}), delikatny ślad trawy cytrynowej (lemon grass) i chyba najdziwniejszy aromat – komunistyczna polo-kokta, czyli napój colopodobny. Nie wyczuwam nuty nadpalonej dębiny, tak charakterystycznej dla tego typu trunków. Poszczególne elementy nie integrują się, zbyt silna nuta alkoholowa. Smak – tu totalne rozczarowanie, to, co obiecywał nos, zupełnie nie realizuje się w ustach. Przez KILKA SEKUND czujemy słodycz mlecznych krówek i pomarańczowych landryn, wypartą przez nieprzyjemną gorycz (marnej jakości tytoń do żucia). Trunek bardzo wodnisty (rozgotowane warzywa). Finisz – alkoholowy, pozbawiony wracających smaków. Nie wiem, z której gorzelni pochodzi destylat (może Beam, może Heaven Hill), beczki starzone były na najniższych piętrach (1-2) magazynów leżakowych. Western Gold według mnie nie kwalifikuje się do wolnego sączenia, kiedy go serwować i komu – teściowej zbyt długo zaszczycającej nas swą obecnością. Degustacja Western Gold powinna wyleczyć z wydawania pieniędzy na whisk(e)y niewiadomego pochodzenia i zdopingować do studiowania etykiet”.
Przy okazji poszukałem w sieci nowych tekstów o WG – jest jeden świeżutki, zawiera ciekawe linki do strony whisky.de (co o WG sądzą jego współproducenci) i boozereview.co.uk – na tej ostatniej ciekawa uwaga: „Western Gold smells like vodka mixed with a shoe”.
Co robi tu zdjęcie bourbona Larceny? Otóż w zamian za WG dostałem butelkę sześcioletniego Larceny – produkt nowy, z 2012 roku, jest to tzw. wheated bourbon, czyli taki, „którego receptura (mashbill) przy wykorzystaniu co najmniej 51% kukurydzy jako podstawowego wsadu destylacyjnego, przewiduje użycie pszenicy (zamiast żyta) jako dodatkowego ziarna wsadowego, co nadaje gotowemu destylatowi łagodniejszy smak” (zacytowałem za książką Urbana o whiskey). Wyraźnie na tej wymianie skorzystałem właśnie ja. Przy okazji – na stronie milerpije.pl pojawiły się noty degustacyjne innych lidlowych łyskaczy - Glen Orchy i Ben Bracken 12 yo Speyside Single Malt (z tym, że ten z duńskiego Lidla).PS. Wyjątkowo zezwalam na hejterstwo pod tym wpisem. Macie prawo się zezłościć – dajcie temu upust.
PS2. Październik 2013: opublikowana została (niezamówiona przeze mnie) recenzja specjalisty od whisky - tym razem Tomasza Milera. Uwaga - po jej przeczytaniu natychmiast popędzicie do Lidla! Z tym, że nie wiem czy przyjmują tam zwroty napojów alkoholowych.
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Po piwo w przeciwnym kierunku
Wspominałem kiedyś, że smakowały mi piwa rosyjskie degustowane w stolicy imperium. Piłem butelkowe i nalewane Baltiki, Boczkariowy i Klinskoje. To jest piwny mainstream, ale uznałem je za pijalne i lepsze od polskich. Wszyscy ci producenci oprócz pilsów proponują piwa ciemne, pszeniczne, mocniejsze – ale mam prostą zasadę, porównuje najbardziej popularny produkt, czyli zwykłego pilsa. Producent, który nie potrafi zrobić poprawnego pilsa, nie potrafi zrobić nic. Stad też moja niechęć do polskich wyrobów mniejszych browarników, bo wpadli oni na pomysł, że klasyczny pils musi smakować jak gwoździe w piwie. O większych producentach nie ma co pisać. Dlatego zawsze dziwiło mnie, że wielki międzynarodowy koncern jest w stanie pod marką pilsa produkować w dziesięciu krajach rzeczy w okolicy poprawności, a w Polsce coś niepijalnego. Nie śmiem podejrzewać, że po prostu dostosowali się do smaku polskich konsumentów. No ale wróćmy do Rosji. Kilka lat trwały poszukiwania źródła piw rosyjskich w Polsce – na półkach jest co prawda produkt pod nazwą Stary Mielnik w charakterystycznych beczułkach, niestety zawartość niepowalająca. Warszawski sklep Russkij Gastronom oferował spory wybór piw Baltiki, ale jak już tam ruszyłem na zakupy, to akurat sklep się skurczył i zwinął stoisko z piwem. No ale wreszcie jest – sieć delikatesów Alma postawiła na półkach piwa Baltiki. Są tam co najmniej numerki 6, 7 i 8 oraz piwo Żygulowskie i Razliwnoje – pełna oferta na stronie importera, firmy De Gusta. Ceny w okolicy sześciu złotych, a więc średnie. Baltika produkuje piwa numerowane od 0 (bezalkoholowe) do 9 (mocny lager, 8%), 6 to porter bałtycki, 7 to pils, 8 to pszeniczne. Żyguliowskie to piwo o długiej historii, przed rewolucją nazywało się Wiedeńskie, w ZSRR to było najpopularniejsze piwo radzieckie, dostępne na terenie całego kołchozu. Razliwnoje to piwo jasne niepasteryzowane. Smaki niestety mogę podsumować łącznie dla wszystkich butelek – słabe. Albo właściciel – Carlsberg – coś pozmieniał w produkcji, albo ja do wspomnień dopisałem jakąś wartość dodaną. Zwykłe nieciekawe piwa, pilsy zaledwie poprawne, porter dużo gorszy niż żywiecki, pszeniczne gorsze niż niektóre polskie. Coraz bardziej konieczny staje się wyjazd do źródła, mam już dość takich rozczarowań.
W ramach rekompensaty postanowiłem wypić piwa litewskie. Na półkach sklepowych są i takie, i ukraińskie, i raczej wygrywają konkurencje z polskimi. Ja jednak wyczytałem, że w Warszawie otworzył się sklep z piwami z Wilna (browar Vilniaus Alus). Główny sklep jest w Legionowie, w Warszawie na ulicy Berensona 12 jest filia. W sklepie jest wybór piw butelkowych, napojów owocowych, kwasu chlebowego, odrobinę wędlin litewskich. To co najważniejsze jest w nalewakach – kwas chlebowy, kilka rodzajów piwa (ciemne mocne ziołowe 8,2%, ciemne 5,6%, pszeniczne, niefiltrowane z ziołami 5%, wileńskie jasne 5,2% i jasne niefiltrowane 5,2%). Piwa są rozlewane do butelek plastikowych 1, 2 i 3-litrowych, albo do szklanych wielorazowego użytku. Kwas chlebowy jest dobry, minimalna słodycz, naturalny smak. A piwa... No cóż, spróbowałem trzech i wszystkie smakowały kwasem chlebowym. To pewnie jakiś patent producenta, użycie jakiegoś składnika spowodowało, że ten smak zdominował smak wszystkich piw (no chyba, że gdzieś rurki instalacji się połączyły). Efekt niespodziewany, ale niestety dyskwalifikujący piwo. Teoretycznie mógłbym być przewidujący i kupić dla porównania piwo w butelce, ale nie byłem, a drugi raz się tam nie wybieram. Doskonały logistycznie pomysł (piwo w butelkach można spożyć przez 24 godziny od nalania, ceny do 8 zł za litr, więc niskie), niestety użyto niewłaściwego wypełniacza. Jedyne co warte jest polecenia to 25% nektar z soku z rokitnika, nektary z owoców leśnych i napoje gazowane na bazie soków owocowych.
W ramach rekompensaty postanowiłem wypić piwa litewskie. Na półkach sklepowych są i takie, i ukraińskie, i raczej wygrywają konkurencje z polskimi. Ja jednak wyczytałem, że w Warszawie otworzył się sklep z piwami z Wilna (browar Vilniaus Alus). Główny sklep jest w Legionowie, w Warszawie na ulicy Berensona 12 jest filia. W sklepie jest wybór piw butelkowych, napojów owocowych, kwasu chlebowego, odrobinę wędlin litewskich. To co najważniejsze jest w nalewakach – kwas chlebowy, kilka rodzajów piwa (ciemne mocne ziołowe 8,2%, ciemne 5,6%, pszeniczne, niefiltrowane z ziołami 5%, wileńskie jasne 5,2% i jasne niefiltrowane 5,2%). Piwa są rozlewane do butelek plastikowych 1, 2 i 3-litrowych, albo do szklanych wielorazowego użytku. Kwas chlebowy jest dobry, minimalna słodycz, naturalny smak. A piwa... No cóż, spróbowałem trzech i wszystkie smakowały kwasem chlebowym. To pewnie jakiś patent producenta, użycie jakiegoś składnika spowodowało, że ten smak zdominował smak wszystkich piw (no chyba, że gdzieś rurki instalacji się połączyły). Efekt niespodziewany, ale niestety dyskwalifikujący piwo. Teoretycznie mógłbym być przewidujący i kupić dla porównania piwo w butelce, ale nie byłem, a drugi raz się tam nie wybieram. Doskonały logistycznie pomysł (piwo w butelkach można spożyć przez 24 godziny od nalania, ceny do 8 zł za litr, więc niskie), niestety użyto niewłaściwego wypełniacza. Jedyne co warte jest polecenia to 25% nektar z soku z rokitnika, nektary z owoców leśnych i napoje gazowane na bazie soków owocowych.piątek, 5 kwietnia 2013
Co pił Guignol?
A w zasadzie co pił Laurent Mourguet, twórca kukiełki Guignola, która obok wynalazku braci Lumiere może być jednym z symboli Lyonu. Poprzedni strzał (poszukiwanie lokalnego trunku z okręgu Rodan-Alpy) był strzałem w stopę, a raczej w wątrobę, podczas kolejnych targów niezależnych winiarzy postanowiłem ten błąd naprawić. Same targi tym razem mieściły się w nowoczesnej hali na przedmieściach miasta, zajmowały ćwierć tej powierzchni co jesienne, tak więc sprzedawców mocnych alkoholi było jeszcze mniej. Ale trzeba pamiętać, że każdy z nich daje swoje produkty do degustacji, więc kupując armagnac VSOP (5-7 lat) spróbowałem przy okazji produkcji z 1980 i 1973 roku. To niesamowite jak bardzo się różniły, a zwycięzcą uznałem produkt... młodszy. Zapewne w Gaskonii znajdziecie setki sklepów z wyborem wszelkich roczników armaniaków od setek producentów, w Lyonie nie jest tak łatwo, choć w jednym ze sklepów wystawiono zestaw roczników jednego wytwórcy począwszy od 1920 skończywszy na 2000 roku. Na targach wystawiał się producent Alain Faget z Domaine de Sancet, z najważniejszego podregionu-apelacji Bas, proponował ceny od 17,20 EUR za 0,7 l dwuletniego armaniaku „cuisine” (czyli do wypicia w kuchni), do 300 EUR za rocznik 1952 (do wypicia w salonie). Porównałem VSOP (5-7 lat) i Hors d’Age (12 lat), różnica nie była powalająca, więc zamiast 32 wydałem 23,50 EUR na ten pierwszy. W ogóle możliwość degustacji pozwala na przykład spróbować wino Châteauneuf-du-Pape – i Lirac od tego samego producenta i zamiast wydać 25 EUR na to pierwsze kupić za jedyne 7 EUR drugie, wcale nie takie gorsze (albo za połowę ceny szampana kupić musujące vouvray, też niewiele gorsze). No ale od pisania od winach są (w)inni, ja szukam mocniejszych wrażeń. Nawet jeśli wybór pada na wino, ono też musi być mocniejsze. I tak jest z Floc de Gascogne, słodkim winem wzmacnianym armaniakiem (w zasadzie nie jest to wino, lecz mieszanka moszczu z armaniakiem leżakowana w beczkach). Wybrałem białe, 0,7 l o mocy 16,5% za 9,60 EUR – i to był bardzo dobry wybór, trunek faktycznie smakuje jak słodkie wino np. typu tokajskiego.
Ale jak widać nic alpejskiego na targach nie było. Czego szukałem? Napojów górskich, a więc ziołowych. Trzeba było się trochę pokręcić po mieście, wejść do bardziej specjalistycznych sklepów i już je miałem. Po pierwsze Genepi. Alpejski likier ziołowy znany we Francji, ale też w Szwajcarii i Włoszech. Nie znalazłem czołowej marki, Dolin, ale sprzedawca polecił Guillaumette, i to był strzał w 10! Butelka 0,75 l o mocy 45% w cenie 28 EUR, korek zalany lakiem (jak w dobrych armaniakach), w środku łodyżka bylicy (chyba zwyczajnej). Odmianą bylicy jest piołun, dlatego wyczuwa się podobieństwo smaku do markowych absyntów. Bardzo słodkie, słodycz miodowa, dobrze dobrana moc (mogłaby być nawet większa), smak ziołowy w stylu syropu pini. Genepi jest też w wydaniu producenta Chartreuse, ale omijałem z daleka. Nie mogłem za to ominąć gencjany. Czy można pić gencjanę? Otóż tak – w postaci wzmacnianego wina aromatyzowanego goryczką (ziołem o łacińskiej nazwie gentiana). I znowu nie tyle jest to wino, lecz moszcz, którego fermentację przerwano dodając alkohol. Jest ono aromatyzowane goryczką, chinowcem i skórką pomarańczową. Bardzo dziwny apteczny smak (w zasadzie podobny do zapachu aptecznej gencjany), bardzo dużo goryczy (ledwo przebija się przez nią cukier), w pierwszym zetknięciu odrzuca, ale trzeba próbować dalej, można się przyzwyczaić – ale to nie jest trunek do masowego spożycia. Wybrałem markę Bonal, butelka 0,75 l (16%) za 12 EUR. Bonal zachował stare wzornictwo, na etykiecie kartuz zbierający goryczkę. Na dnie butelki też zostaje źdźbło goryczki. Na kupowanie alpejskich wermutów zabrakło mi czasu, może następnym razem.
Wracając zajrzałem do sklepu na zurychskim lotnisku, skusiła mnie butelka szwajcarskiej grappy z kolejnym liściem na dnie butelki („con erba ruta”). Grappa Ticino, zrobiona ze szczepu merlot, producent Etter Soehne, butelka 0,7 l o mocy 41% za około 25 EUR. Dość wyraźny smak winogron został skutecznie przytłoczony bimbrową goryczką tanich nieleżakowanych grapp. Producent chwali się, że dodana ruta wpływa na smak, przypuszczam, że wątpię, ta grappa nie była co prawda najgorsza, ale niewarta swojej ceny.
Ale jak widać nic alpejskiego na targach nie było. Czego szukałem? Napojów górskich, a więc ziołowych. Trzeba było się trochę pokręcić po mieście, wejść do bardziej specjalistycznych sklepów i już je miałem. Po pierwsze Genepi. Alpejski likier ziołowy znany we Francji, ale też w Szwajcarii i Włoszech. Nie znalazłem czołowej marki, Dolin, ale sprzedawca polecił Guillaumette, i to był strzał w 10! Butelka 0,75 l o mocy 45% w cenie 28 EUR, korek zalany lakiem (jak w dobrych armaniakach), w środku łodyżka bylicy (chyba zwyczajnej). Odmianą bylicy jest piołun, dlatego wyczuwa się podobieństwo smaku do markowych absyntów. Bardzo słodkie, słodycz miodowa, dobrze dobrana moc (mogłaby być nawet większa), smak ziołowy w stylu syropu pini. Genepi jest też w wydaniu producenta Chartreuse, ale omijałem z daleka. Nie mogłem za to ominąć gencjany. Czy można pić gencjanę? Otóż tak – w postaci wzmacnianego wina aromatyzowanego goryczką (ziołem o łacińskiej nazwie gentiana). I znowu nie tyle jest to wino, lecz moszcz, którego fermentację przerwano dodając alkohol. Jest ono aromatyzowane goryczką, chinowcem i skórką pomarańczową. Bardzo dziwny apteczny smak (w zasadzie podobny do zapachu aptecznej gencjany), bardzo dużo goryczy (ledwo przebija się przez nią cukier), w pierwszym zetknięciu odrzuca, ale trzeba próbować dalej, można się przyzwyczaić – ale to nie jest trunek do masowego spożycia. Wybrałem markę Bonal, butelka 0,75 l (16%) za 12 EUR. Bonal zachował stare wzornictwo, na etykiecie kartuz zbierający goryczkę. Na dnie butelki też zostaje źdźbło goryczki. Na kupowanie alpejskich wermutów zabrakło mi czasu, może następnym razem.
Wracając zajrzałem do sklepu na zurychskim lotnisku, skusiła mnie butelka szwajcarskiej grappy z kolejnym liściem na dnie butelki („con erba ruta”). Grappa Ticino, zrobiona ze szczepu merlot, producent Etter Soehne, butelka 0,7 l o mocy 41% za około 25 EUR. Dość wyraźny smak winogron został skutecznie przytłoczony bimbrową goryczką tanich nieleżakowanych grapp. Producent chwali się, że dodana ruta wpływa na smak, przypuszczam, że wątpię, ta grappa nie była co prawda najgorsza, ale niewarta swojej ceny.
poniedziałek, 11 marca 2013
... swego nie (po)znacie
Czy polski nabywca będzie kiedyś mógł bez problemów nabywać polskie trunki pochodzące od rodzimych rzemieślniczych producentów? Ależ oczywiście, jak tylko skończy się w Polsce komunizm. Bo niczym innym nie można nazwać obecne obowiązywanie przepisów stworzonych w czasach PRL. Zawsze można się pocieszyć, że fani tytoniu mają gorzej – oni za niezarejestrowaną hodowlę jednego krzaka tytoniu pójdą siedzieć na rok, bo takie kary przewidziane są w obowiązującym dziś „Dekrecie z dnia 24 czerwca 1953 roku o uprawie tytoniu i wytwarzaniu wyrobów tytoniowych”. Paradoksalnie dużo łatwiej jest legalnie sprzedać nieletniemu narkotyk w postaci dopalacza niż wyprodukować sto litrów cydru w celu sprzedania ich turyście odwiedzającemu gospodarstwo sadownika. Pisałem już o tym przy okazji cydru wareckiego, który jest produkowany, podawany i sprzedawany zupełnie po partyzancku. Ale pojawił się w tym roku kolejny cydr wyprodukowany zupełnie legalnie i sprzedawany tak samo. Cydr Ignaców dostępny jest w kilku sklepach w Warszawie, Krakowie i Poznaniu, liczba tych miejsc codziennie rośnie, a sam cydr doczekał się licznych tekstów w prasie papierowej i w internecie – wyguglajcie sobie więc szczegółowe informacje sami, zwracając uwagę na to, jakie przepisy o produkcji cydru i zmianie wysokości podatku akcyzowego ułatwiły jego produkcję, a jakie inne – z korzeniami głęboko w PRL – nadal je utrudniają. Efektem jednego z nich są śliczne banderole akcyzowe na każdej buteleczce – przypominam, ze oprócz GB jesteśmy jedynym krajem w UE, każącym je naklejać producentom i importerom alkoholi. Cydr jest wytrawny, z wyraźną goryczką skórki jabłkowej. Niestety cena 9–9,5 zł za butelkę 0,275 l jest zaporowa. Cydr litewski w półlitrowych puszkach kosztuje 5,50 w sieci Tesco, a jego jakość nie jest znowuż taka gorsza niż Ignacowa. Na rynku znalazłem jeszcze legalny cydr od producenta win owocowych z Konina, ale ten jest tylko rozlewany z nalewaków i dostępny na razie w lokalach w Poznaniu, Warszawie i Krakowie. Kosztuje 17 zł za litr, jest słodki, bardziej przypomina sok jabłkowy lub quasi-cydr Sommersby. Tu opis i nota degustacyjna. Polskim cydrom przybywa za to konkurencja ze wschodu. Na rynku pojawił się cydr Royal z Ukrainy wyprodukowany przez Royal Fruit Garden. Oprócz cydru jabłkowego jest jeszcze gruszkowy i cydry z dodatkiem smaków innych owoców. Butelka 0,33 l kosztuje ok. 6 zł, a co najważniejsze – to bardzo dobry cydr. Lepszy nawet niż ten z Ignacowa – a tańszy. Jeśli chodzi o cydry o smakach owocowych to polskim producentem jest H2O, produkt nazywa się Joker, jak wszystkie produkty H2O ma certyfikat koszerności, niestety jak wszystkie ich produkty jest po prostu niesmaczny. Ich bazowy cydr nie jest dobry, a dodatki smakowe nie smakują jak naturalne. Przetestowałem coś co chyba było truskawką, nie polecam. Ale mają ładną butelkę, rynkowej ceny nie znam, znowu kupiłem jakiś przeceniony egzemplarz. I znowu jest konkurencja ze wschodu, smakowe cydry Kiss z Estonii. Puszka 0,5 l kosztuje 6,50 zł, smakuje tak jak produkt H2O – smakowe nieporozumienie. Dystrybutorem jest Kamron, firma, która wprowadziła na nasz rynek całkiem niezłe cydry litewskie.
A jak się mają producenci polskich win gronowych? Jest ich już wielu, listę można przeczytać na zacnej stronie Vinisfera. Ale sprzedaje niewielu, przepisy oczywiście nie sprzyjają. Dla porównania Czesi nawet znieśli akcyzę na wino, żeby wesprzeć swoich producentów – efektem co prawda jest wykupywanie tanich win hiszpańskich i włoskich. Za największego producenta podaje się winnica Zbrodzice, wytwórca wina Herbowego – czerwonego ze szczepu regent i białego z solarisa. To chyba jedyny producent, który przebił się do sprzedaży sieciowej – wina dostępne są w sieci Fresh Market, a mają być w Żabkach. Co prawda powstaje pytanie, jak na dwóch hektarach można wyprodukować tyle wina (a jest go tak dużo, że producent butelkuje je we Włoszech), ale to już temat dla portali winiarskich (plotkarskich?). Polityka cenowa producenta to strzał w stopę – na swojej stronie oferuje butelkę za 50 zł, na szczęście we Fresh Markecie wino kosztuje tylko 35 zł (choć to „tylko” jak dla mnie to jednak „aż”) – czyli winnica bazuje na jakiejś niebotycznej marzy. A jak wino smakuje? Zadziwiająco dobrze – zarówno czerwone jak i białe. Nie znałem wcześniej tych szczepów, oba mi odpowiadały. Niestety za te cenę nie mogę ich kupować.
Na koniec rada dla młodych – jeśli chcecie konsumować produkty lokalnych producentów alkoholi, jest na to prosty sposób. Wystarczy wyemigrować. Czego wam i sobie życzę.
A jak się mają producenci polskich win gronowych? Jest ich już wielu, listę można przeczytać na zacnej stronie Vinisfera. Ale sprzedaje niewielu, przepisy oczywiście nie sprzyjają. Dla porównania Czesi nawet znieśli akcyzę na wino, żeby wesprzeć swoich producentów – efektem co prawda jest wykupywanie tanich win hiszpańskich i włoskich. Za największego producenta podaje się winnica Zbrodzice, wytwórca wina Herbowego – czerwonego ze szczepu regent i białego z solarisa. To chyba jedyny producent, który przebił się do sprzedaży sieciowej – wina dostępne są w sieci Fresh Market, a mają być w Żabkach. Co prawda powstaje pytanie, jak na dwóch hektarach można wyprodukować tyle wina (a jest go tak dużo, że producent butelkuje je we Włoszech), ale to już temat dla portali winiarskich (plotkarskich?). Polityka cenowa producenta to strzał w stopę – na swojej stronie oferuje butelkę za 50 zł, na szczęście we Fresh Markecie wino kosztuje tylko 35 zł (choć to „tylko” jak dla mnie to jednak „aż”) – czyli winnica bazuje na jakiejś niebotycznej marzy. A jak wino smakuje? Zadziwiająco dobrze – zarówno czerwone jak i białe. Nie znałem wcześniej tych szczepów, oba mi odpowiadały. Niestety za te cenę nie mogę ich kupować.Na koniec rada dla młodych – jeśli chcecie konsumować produkty lokalnych producentów alkoholi, jest na to prosty sposób. Wystarczy wyemigrować. Czego wam i sobie życzę.
niedziela, 3 marca 2013
Ze sportów polecam box
Grudniowa grypa zaczęła mijać w styczniu, ale za to w lutym przytrafiło się zapalenie zatok – no i mamy trzeci miesiąc z zerowym lub mocno ograniczonym zmysłem smaku. Przeróżne alkohole odłożone zostały na półkę i czekają aż smak wróci. Tu co prawda nie uprawia się notek smakowych, notki są dla smakoszy, a nie dla pijaków, ale jednak czasami brak takiego opisu czyni cały wpis bezużytecznym. Więc dziś polecimy nie w jakość, ale w ilość. Pojawiają się na naszym rynku winiarskim tzw. BIB-y, czyli bag-in-boxy. To kartonowe opakowania zawierające plastikowy worek o pojemności od 3 do 10 litrów wypełniony winem, które rozlewa się przez plastikowy kranik (ta sama konstrukcja co przy świeżych sokach owocowych z kartonów). W worku nie ma powietrza, przy nalewaniu wina nie dostaje się ono do niego, wiec po pierwszym nalaniu można wino przetrzymywać w kartonie jeszcze przez dwa tygodnie. Wino od momentu rozlania do toreb nie ulega zepsuciu przez około rok, choć w przypadku białych należy ten okres zmniejszyć o połowę. Opakowanie jest ekologiczne, karton nie jest impregnowany, tak więc zamiast kilku butelek, które wylądują na wysypisku, wyląduje tam kawałek kartonu i elementy plastikowe. Z oczywistych powodów wino nie będzie korkowe, trzeba też pamiętać o oszczędności na korkociągu – hardcore’owi wyznawcy boxów w ogóle go nie potrzebują! Największa oszczędność może jednak być na cenie, gdyż standardowa cena boxu o pojemności 3 l (odpowiednik czterech butelek) to okolice 60 zł (nie tylko w Polsce), co daje znakomity wynik za butelkę. Te same wina dostępne w szkle są o około 100% droższe. Zdarzają się droższe wina w kartonie – w sklepie Mielżyńskiego wyczaiłem kartony po 200 zł, a przy nich dumna informacja, że kupując karton w stosunku do czterech butelek oszczędza się 4 zł. To oczywiście wali na łeb cały pomysł marketingowy, bo przy tej samej cenie każdy przy zdrowych zmysłach wybierze butelkę – i to jedną. Dlaczego? Bo minusem kartonu jest nieznajomość zawartości i związane z tym ryzyko kupienia 3 litrów płynu do mycia naczyń. Jak się uchronić przed pomyłką? Pytać czy wino z kartonu jest dostępne też w butelce – i wpierw ją kupić, dopiero potem ewentualnie cały box. Ale musi to być identyczne wino! Taki przypadek znam na razie jeden. Drugie rozwiązanie to czytanie blogów konsumenckich – w tym mojego.
Dziś przegląd pięciu boxów z winami z Półwyspu Iberyjskiego. Cztery zakupione w sklepie Marka Kondrata w cenie 49 – 57 zł. Trzy czerwone, z czego dwa to hiszpańskie stołowe: tempranillo i tempranillo z czymś tam, oraz jedno portugalskie DOC Douro, mieszanka touriga nacional, tinta roriz i touriga franca. Tylko to trzecie ma firmowy karton, z opisami i dobrym wzornictwem. I na jakie byście stawiali? Oczywiście na to trzecie (prawy słupek, góra). A więc trzecie było niepijalne, albo się popsuło, albo producent traktuje karton jak spluwaczkę. Tragedia, wypicie kieliszka skutkuje odruchem wymiotnym. Wino w lewym słupku na dole (oryginalne box był tak fatalnie zaprojektowany, że importer musiał go wymienić na ogólnowojskowy z napisem „wino” w wielu językach) niewiele lepsze, broni się tylko wino dolne w prawym słupku – Campor Toro z winnicy Campos de Enanzo. Czwarte wino od Kondrata, białe verdejo (zielony box), pijalne, to nie to co lubię z białych win, ale w letniej porze dobry sikacz. Poza tym w ofercie kondratowych boxów są dwa wina francuskie stołowe, białe i czerwone, pijalne (cena 65 zł). Gdzie wiec kupić dobre wino w kartonie? Nomen omen w sieci Dobre Wina. Hiszpańska garnacha z winnicy Evohe, małego producenta kilku win, ale firma wygląda na rozwojową, właśnie wprowadzili do oferty tempranillo. Ich wino to Vino de la tierra del Bajo Aragon, a więc coś więcej niż zwykłe wino stołowe, skromne ale ładne wzornictwo kartonu, odpowiednik butelkowy kosztuje 36 zł, karton zaledwie 60 zł. W tej cenie naprawdę niezły napój. Reszty boxów od Dobrych Win nie kupujcie.
Mowa była o kartonach 3 litrowych, najpopularniejszych w Polsce, ale kartony mogą być większe, na polskim rynku działa dystrybutor włoskich win w kartonach 10-litrowych. Wyobraźcie sobie przestrzelić taki zakup – 10 litrów octu winnego do wypicia!
Dziś przegląd pięciu boxów z winami z Półwyspu Iberyjskiego. Cztery zakupione w sklepie Marka Kondrata w cenie 49 – 57 zł. Trzy czerwone, z czego dwa to hiszpańskie stołowe: tempranillo i tempranillo z czymś tam, oraz jedno portugalskie DOC Douro, mieszanka touriga nacional, tinta roriz i touriga franca. Tylko to trzecie ma firmowy karton, z opisami i dobrym wzornictwem. I na jakie byście stawiali? Oczywiście na to trzecie (prawy słupek, góra). A więc trzecie było niepijalne, albo się popsuło, albo producent traktuje karton jak spluwaczkę. Tragedia, wypicie kieliszka skutkuje odruchem wymiotnym. Wino w lewym słupku na dole (oryginalne box był tak fatalnie zaprojektowany, że importer musiał go wymienić na ogólnowojskowy z napisem „wino” w wielu językach) niewiele lepsze, broni się tylko wino dolne w prawym słupku – Campor Toro z winnicy Campos de Enanzo. Czwarte wino od Kondrata, białe verdejo (zielony box), pijalne, to nie to co lubię z białych win, ale w letniej porze dobry sikacz. Poza tym w ofercie kondratowych boxów są dwa wina francuskie stołowe, białe i czerwone, pijalne (cena 65 zł). Gdzie wiec kupić dobre wino w kartonie? Nomen omen w sieci Dobre Wina. Hiszpańska garnacha z winnicy Evohe, małego producenta kilku win, ale firma wygląda na rozwojową, właśnie wprowadzili do oferty tempranillo. Ich wino to Vino de la tierra del Bajo Aragon, a więc coś więcej niż zwykłe wino stołowe, skromne ale ładne wzornictwo kartonu, odpowiednik butelkowy kosztuje 36 zł, karton zaledwie 60 zł. W tej cenie naprawdę niezły napój. Reszty boxów od Dobrych Win nie kupujcie.
Mowa była o kartonach 3 litrowych, najpopularniejszych w Polsce, ale kartony mogą być większe, na polskim rynku działa dystrybutor włoskich win w kartonach 10-litrowych. Wyobraźcie sobie przestrzelić taki zakup – 10 litrów octu winnego do wypicia!
piątek, 18 stycznia 2013
Co pili bracia Lumiere?
Od dłuższego czasu człowiek-pijak nie opublikował żadnej notki, a przyczyny tego była aż dwie. Fatalna grypa, która oprócz zwykłych objawów (40-stopniowa gorączka itp.) dała jeszcze 100% utratę smaku. Alkohol albo nie smakował w ogóle, albo smakował absurdalnie – pomijając fakt, że przy takiej gorączce picie go po prostu nie miało sensu, reakcja wyprzedzała bodziec. Druga przyczyna też wiąże się z sensem, ale umieszczona zostanie w post-scriptum.
Dwa razy do roku w Lyonie odbywają się Targi Winiarzy Niezależnych (targi te kroczą przez okrągły rok przez całą Francję). O winie jednak nie będziemy tu pisać, każdy kto się tym płynem interesuje, wie, gdzie w sieci znaleźć strony mu poświecone. Oprócz wina wystawiają się na tych targach nieliczni producenci koniaków, brandy, armaniaków, calvadosów itp. Napitku braci Lumiere nie było, ale był sprzedawca calvadosów z głównego regionu Pays d’Auge – firma La Pere Jules. Z przyczyn finansowo-badawczych tym razem padło na najmłodszy produkt, calvados 3-letni. Butelka 0,7 (41%) kosztowała 30EUR – niemało, niestety trunki z tego regionu zazwyczaj są najdroższe. Producent oferuje jeszcze calvadosy 10, 20 i 40-letnie. Degustacja mocno rozczarowała – zapach mocno jabłkowy, gryzący, taki sam smak, silna skórka jabłka, gorycz, mocno piecze w gardle, beczka w zasadzie niewyczuwalna. Jak jabłkowy bimber, a nie leżakowany destylat z cydru. To nie jest już hipermarketowy calvados wyprodukowany dzień wcześniej, niestety niewiele jeszcze ma wspólnego z calvadosami dłużej leżakowanymi. Może producent czyni jakiś błąd w sztuce, ale dlaczego on musi tyle kosztować nabywcę? W każdym razie solidne rozczarowanie, butelka została opróżniona, ale bez żadnej smakowej satysfakcji.
Wróćmy do tytułowego pytania. Otóż wielkiego wynalazku dokonali właśnie w Lyonie – tu nakręcili pierwszy na świecie film. Wszyscy zainteresowani mogą obejrzeć muzeum im poświęcone, mieszczące się w ich domu. Szukając napitku, który mogliby spożywać, wybrałem likier zakonu kartuzów – Chartreuse. To chyba najsłynniejszy mocny alkohol produkowany w regionie Rhône-Alpes, którego największym miastem i siedzibą władz jest właśnie Lyon. Obecnie produkuje się go w Voiron w departament Isère – warto przypomnieć, że polsko-czeska rzeka Izera ma to samo pochodzenie nazwy: od celtyckiego „isirás”, czyli „bystry”. Chartreuse to likier ziołowy z pięćsetletnią historią i utajnioną recepturą, do którego produkcji używa się ponoć 130 ziół i roślin, leżakowany w dębowych beczkach przez osiem lat. Ma kilka odmian, chyba najbardziej klasyczna jest zielona o mocy 55%, w butelkach 0,35 i 0,7 l. Na miejscu większa butelka kosztuje 30EUR, w sieci Nicolas 35EUR. Po otwarciu uderzenie intensywnego, nieskomplikowanego, odrzucającego mocą alkoholu zapachu przypominającego... Becherowkę. W zasadzie już na tym etapie można zwątpić w pięćset lat zakonnej tradycji – ewentualnie uznać, że przez te 500 lat faktycznie nic nie zmieniono w recepturze, a że wtedy uważano ten trunek za lek, to o smaku lekarstw się nie dyskutuje. Problem w tym, że nawet mocno apteczne włoskie amaro urzekają skomplikowanością zapachu, a ten jest jednowymiarowy jak właśnie Becherowka. Czy smak uratuje renomę marki? Niestety tu jest gorzej, bo trunek się smakowo rozjeżdża, te 55% czuć bardzo wyraźnie, alkohol pali w gardle, słodycz jest nadmierna, smak za to jest prościutki jak syrop pini. Drugie lyońskie rozczarowanie. Nie bez powodu na kontretykiecie nic specjalnego nie ma o pochodzeniu likieru, za to dominują propozycje koktajli. Skoro degustacje się nie udały, zapraszam do lektury post-scriptumów.
PS1. Zacznijmy od dobrych wiadomości. Lokalne przepisy krajowe dotyczące whisky szkockich i irlandzkich ograniczają możliwość używania tych nazw do napojów wyprodukowanych wyłącznie w tych krajach. Moje podejrzenia, że w UE można je robić gdzie indziej, należy stanowczo odrzucić. Ostatecznie przekonało mnie to, iż napis na szkockiej whisky „Label 5” informujący, że jest o produkt francuski, stoi w sprzeczności z miejscem produkcji, czyli gorzelnią Glen Moray, zlokalizowaną w Elgin w regionie Speyside. Gorzelnia jest własnością francuskiej firmy La Martiniquaise i produkuje się tam też zacne malty. Jak wspomniał już pewien komentator, „Label 5” jest bardzo popularną whisky – we Francji może i najpopularniejszą. Jak wspomniałem już ja, jej wersja najtańsza może służyć najwyżej jako odwaniacz w toaletach, pod warunkiem umieszczenia na niej zakazu spożycia. Zresztą nadal podejrzewam, że ci Francuzi cos tak kombinują z destylatami wyprodukowanymi we Francji, ale są to nieuzasadnione podejrzenia, zapewne przejaw jakiejś fobii. Niezgadzających się z ta opinią serdecznie pozdrawiam.
PS2. Wiadomości średnie. Normalizacja postępuje, pracownicy PARPA (Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych) wytrzeźwieli i przypomnieli sobie, że przepisy IIPRL nie przewidują istnienia internetu, więc sprzedaż alkoholu tą drogą jest nielegalna. Są już pierwsze ofiary, internetowy sklep Tesco wycofał alkohol z oferty, czekamy na następnych. Zakazana jest też reklama alkoholu poza miejscem sprzedaży, są pierwsze efekty, sieć Makro z gazetek prezentowanych w internecie wycofała informacje o alkoholach, zastępując je napisem „Ofertę alkoholi znajdziesz teraz w stoisku alkoholowym”. To kolejne kroki w dobrym kierunku – zakazu spożycia alkoholu połączonym z nakazem zapłacenia odpowiedniej akcyzy.
PS3. Wiadomości złe – ale tylko dla autora bloga. Statystyki gugla są lekko przerażające – odwiedzający to miejsce najczęściej szukają informacji o whisky Mc-coś-tam – niedostępnej w Polsce, markowym produkcie sieci Penny-coś-tam, wykorzystywanym przez Niemców w tajnym programie eksterminacji nizin społecznych i imigrantów z Polski. O palmę pierwszeństwa nadal walczy bourbon z Leedla, ślady tej walki widoczne są w komentarzach, moja sugestia, że są na świecie zwyrodnialcy, tacy jak ja, którym to coś może nie smakować, spotkały się ze stanowczym odrzuceniem – trunki z Leedla tylko przypadkowo są tanie, nieprzypadkowo zaś są co najmniej pijalne, a w zasadzie niezłe. To nie jest blog znawcy z notkami smakowymi (polecam Milerpije, strona się rozwija, prawie codziennie nowe ciekawe wpisy), to są moje osobiste i subiektywne uwagi o przeróżnych kwestiach związanych z alkoholami – smakiem, ceną, dostępnością, historią itp. Rozumiem, że jak widać z PS2, są problemy ze zdobyciem informacji w sieci, ale doradzam po prostu spacer do sklepu, wydanie tych 35 zł i konsumpcję. A potem są dwa wyjścia – albo było niedobre i szukamy dalej, albo było dobre i jesteśmy szczęśliwi z udanego zakupu. Żaden z tych scenariuszy nie przewiduje mojego udziału. Postanowiłem zmienić tak treść niektórych starych wpisów (a raczej niektórych wyrazów w nich), żeby gugiel nie mylił mnie z gazetką Leedla. Ciekawostka: w okresie przedświątecznym sieć ta oferowała Lexibook TV Games Console za 129 zł. To dobra alternatywa dla markowych konsol za tysiące złotych. Ma tylko jedną wadę – jakość gier porównywalna jest z ZX Spectrum odtwarzającym je z kaset magnetofonowych. To oczywiste, że ludzie szukają dobrego produktu za niską cenę – ale czy jest oczywiste szukanie nowego Opla Astry w cenie używanego Cinquecento? Czy jest rozsądne szukanie dobrej whisky w cenie destylatu z ziemniaka? Narażę się ponownie, ale stwierdzę kategorycznie – doświadczenie podpowiada mi, że w cenie destylatu z ziemniaka można dostać coś o jakości destylatu z ziemniaka. Zdarzyć się może, że ktoś będzie chciał proponować światu destylat z ziemniaka w zawyżonej cenie, ale odwrotnie raczej nie. Chyba, że mamy do czynienia z celowym obniżeniem ceny w celach promocyjnych lub pozbycia się zapasów.
Tak więc – bezsensownym dyskusjom o wyższości taniego nad droższym mówię gromkie NIE! A w każdym razie NIE TU! Jeśli ktoś przyjdzie tu jojczeć, że go uraziłem, ośmieszając najlepsze co wypił w życiu, to ja mu od razu odpowiadam: „Ты кто такой? Давай, до свидания!”.
Dwa razy do roku w Lyonie odbywają się Targi Winiarzy Niezależnych (targi te kroczą przez okrągły rok przez całą Francję). O winie jednak nie będziemy tu pisać, każdy kto się tym płynem interesuje, wie, gdzie w sieci znaleźć strony mu poświecone. Oprócz wina wystawiają się na tych targach nieliczni producenci koniaków, brandy, armaniaków, calvadosów itp. Napitku braci Lumiere nie było, ale był sprzedawca calvadosów z głównego regionu Pays d’Auge – firma La Pere Jules. Z przyczyn finansowo-badawczych tym razem padło na najmłodszy produkt, calvados 3-letni. Butelka 0,7 (41%) kosztowała 30EUR – niemało, niestety trunki z tego regionu zazwyczaj są najdroższe. Producent oferuje jeszcze calvadosy 10, 20 i 40-letnie. Degustacja mocno rozczarowała – zapach mocno jabłkowy, gryzący, taki sam smak, silna skórka jabłka, gorycz, mocno piecze w gardle, beczka w zasadzie niewyczuwalna. Jak jabłkowy bimber, a nie leżakowany destylat z cydru. To nie jest już hipermarketowy calvados wyprodukowany dzień wcześniej, niestety niewiele jeszcze ma wspólnego z calvadosami dłużej leżakowanymi. Może producent czyni jakiś błąd w sztuce, ale dlaczego on musi tyle kosztować nabywcę? W każdym razie solidne rozczarowanie, butelka została opróżniona, ale bez żadnej smakowej satysfakcji.
Wróćmy do tytułowego pytania. Otóż wielkiego wynalazku dokonali właśnie w Lyonie – tu nakręcili pierwszy na świecie film. Wszyscy zainteresowani mogą obejrzeć muzeum im poświęcone, mieszczące się w ich domu. Szukając napitku, który mogliby spożywać, wybrałem likier zakonu kartuzów – Chartreuse. To chyba najsłynniejszy mocny alkohol produkowany w regionie Rhône-Alpes, którego największym miastem i siedzibą władz jest właśnie Lyon. Obecnie produkuje się go w Voiron w departament Isère – warto przypomnieć, że polsko-czeska rzeka Izera ma to samo pochodzenie nazwy: od celtyckiego „isirás”, czyli „bystry”. Chartreuse to likier ziołowy z pięćsetletnią historią i utajnioną recepturą, do którego produkcji używa się ponoć 130 ziół i roślin, leżakowany w dębowych beczkach przez osiem lat. Ma kilka odmian, chyba najbardziej klasyczna jest zielona o mocy 55%, w butelkach 0,35 i 0,7 l. Na miejscu większa butelka kosztuje 30EUR, w sieci Nicolas 35EUR. Po otwarciu uderzenie intensywnego, nieskomplikowanego, odrzucającego mocą alkoholu zapachu przypominającego... Becherowkę. W zasadzie już na tym etapie można zwątpić w pięćset lat zakonnej tradycji – ewentualnie uznać, że przez te 500 lat faktycznie nic nie zmieniono w recepturze, a że wtedy uważano ten trunek za lek, to o smaku lekarstw się nie dyskutuje. Problem w tym, że nawet mocno apteczne włoskie amaro urzekają skomplikowanością zapachu, a ten jest jednowymiarowy jak właśnie Becherowka. Czy smak uratuje renomę marki? Niestety tu jest gorzej, bo trunek się smakowo rozjeżdża, te 55% czuć bardzo wyraźnie, alkohol pali w gardle, słodycz jest nadmierna, smak za to jest prościutki jak syrop pini. Drugie lyońskie rozczarowanie. Nie bez powodu na kontretykiecie nic specjalnego nie ma o pochodzeniu likieru, za to dominują propozycje koktajli. Skoro degustacje się nie udały, zapraszam do lektury post-scriptumów.PS1. Zacznijmy od dobrych wiadomości. Lokalne przepisy krajowe dotyczące whisky szkockich i irlandzkich ograniczają możliwość używania tych nazw do napojów wyprodukowanych wyłącznie w tych krajach. Moje podejrzenia, że w UE można je robić gdzie indziej, należy stanowczo odrzucić. Ostatecznie przekonało mnie to, iż napis na szkockiej whisky „Label 5” informujący, że jest o produkt francuski, stoi w sprzeczności z miejscem produkcji, czyli gorzelnią Glen Moray, zlokalizowaną w Elgin w regionie Speyside. Gorzelnia jest własnością francuskiej firmy La Martiniquaise i produkuje się tam też zacne malty. Jak wspomniał już pewien komentator, „Label 5” jest bardzo popularną whisky – we Francji może i najpopularniejszą. Jak wspomniałem już ja, jej wersja najtańsza może służyć najwyżej jako odwaniacz w toaletach, pod warunkiem umieszczenia na niej zakazu spożycia. Zresztą nadal podejrzewam, że ci Francuzi cos tak kombinują z destylatami wyprodukowanymi we Francji, ale są to nieuzasadnione podejrzenia, zapewne przejaw jakiejś fobii. Niezgadzających się z ta opinią serdecznie pozdrawiam.
PS2. Wiadomości średnie. Normalizacja postępuje, pracownicy PARPA (Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych) wytrzeźwieli i przypomnieli sobie, że przepisy IIPRL nie przewidują istnienia internetu, więc sprzedaż alkoholu tą drogą jest nielegalna. Są już pierwsze ofiary, internetowy sklep Tesco wycofał alkohol z oferty, czekamy na następnych. Zakazana jest też reklama alkoholu poza miejscem sprzedaży, są pierwsze efekty, sieć Makro z gazetek prezentowanych w internecie wycofała informacje o alkoholach, zastępując je napisem „Ofertę alkoholi znajdziesz teraz w stoisku alkoholowym”. To kolejne kroki w dobrym kierunku – zakazu spożycia alkoholu połączonym z nakazem zapłacenia odpowiedniej akcyzy.
PS3. Wiadomości złe – ale tylko dla autora bloga. Statystyki gugla są lekko przerażające – odwiedzający to miejsce najczęściej szukają informacji o whisky Mc-coś-tam – niedostępnej w Polsce, markowym produkcie sieci Penny-coś-tam, wykorzystywanym przez Niemców w tajnym programie eksterminacji nizin społecznych i imigrantów z Polski. O palmę pierwszeństwa nadal walczy bourbon z Leedla, ślady tej walki widoczne są w komentarzach, moja sugestia, że są na świecie zwyrodnialcy, tacy jak ja, którym to coś może nie smakować, spotkały się ze stanowczym odrzuceniem – trunki z Leedla tylko przypadkowo są tanie, nieprzypadkowo zaś są co najmniej pijalne, a w zasadzie niezłe. To nie jest blog znawcy z notkami smakowymi (polecam Milerpije, strona się rozwija, prawie codziennie nowe ciekawe wpisy), to są moje osobiste i subiektywne uwagi o przeróżnych kwestiach związanych z alkoholami – smakiem, ceną, dostępnością, historią itp. Rozumiem, że jak widać z PS2, są problemy ze zdobyciem informacji w sieci, ale doradzam po prostu spacer do sklepu, wydanie tych 35 zł i konsumpcję. A potem są dwa wyjścia – albo było niedobre i szukamy dalej, albo było dobre i jesteśmy szczęśliwi z udanego zakupu. Żaden z tych scenariuszy nie przewiduje mojego udziału. Postanowiłem zmienić tak treść niektórych starych wpisów (a raczej niektórych wyrazów w nich), żeby gugiel nie mylił mnie z gazetką Leedla. Ciekawostka: w okresie przedświątecznym sieć ta oferowała Lexibook TV Games Console za 129 zł. To dobra alternatywa dla markowych konsol za tysiące złotych. Ma tylko jedną wadę – jakość gier porównywalna jest z ZX Spectrum odtwarzającym je z kaset magnetofonowych. To oczywiste, że ludzie szukają dobrego produktu za niską cenę – ale czy jest oczywiste szukanie nowego Opla Astry w cenie używanego Cinquecento? Czy jest rozsądne szukanie dobrej whisky w cenie destylatu z ziemniaka? Narażę się ponownie, ale stwierdzę kategorycznie – doświadczenie podpowiada mi, że w cenie destylatu z ziemniaka można dostać coś o jakości destylatu z ziemniaka. Zdarzyć się może, że ktoś będzie chciał proponować światu destylat z ziemniaka w zawyżonej cenie, ale odwrotnie raczej nie. Chyba, że mamy do czynienia z celowym obniżeniem ceny w celach promocyjnych lub pozbycia się zapasów.
Tak więc – bezsensownym dyskusjom o wyższości taniego nad droższym mówię gromkie NIE! A w każdym razie NIE TU! Jeśli ktoś przyjdzie tu jojczeć, że go uraziłem, ośmieszając najlepsze co wypił w życiu, to ja mu od razu odpowiadam: „Ты кто такой? Давай, до свидания!”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








