czwartek, 24 lipca 2014

Co piła wdowa Clicquot?

Szampana? To na pewno, ale przecież świetnie wiecie, że tam gdzie uprawia się winorośl, produkuje się też mocne alkohole – destylaty z wina, destylaty z wytłoczyn winogronowych, często też bazujące na nich likiery. No więc poszedłem pod prąd potocznym skojarzeniom i chciałem się napić czegoś wyprodukowanego w Reims – stolicy szampana – ale czegoś mocniejszego. Szampana produkuje się go w setkach winnic, ale w samym Reims jest tylko osiem domów szampańskich, więc wybór nie był trudny. Można pójść do najsłynniejszych: Veuve Clicqout, Mumm czy Taitinger, można odwiedzić niewielkie i słabiej znane. Zdałem się na stronę tripadvisor.com, jak wrzucicie do jej wyszukiwarki nazwy poszczególnych domów, możecie przeczytać recenzje odwiedzających. Okazało się, że stosunek ceny do ilości proponowanego poczęstunku najlepszy jest w najmniejszych domach (zdziwieni?), padło więc na Martel i Lanson. Warto wcześniej skontaktować się z domem telefonicznie, okazało się, że w weekendy Martel odpoczywa (nie wiem jak w wakacyjnym szczycie, dowiadujcie się). Lanson ma swoje winnice w Epernay, to miasto jest centrum uprawy szampańskich winorośli, samo w sobie jest ciekawe, poza tym winnice można zwiedzać, pewnie warto tam pojechać. Sama wizyta w domu i jego piwnicach wypadła przednio, a co najważniejsze do degustacji podano cztery szampany, a w sklepie były dwupaki w cenach dwukrotnie niższych niż sklepowe. No i clou programu – w sklepie był też marc (czyli grappa) wyprodukowany przez Lansona. To ważne, bo zakupy w sklepach były zaplanowane na niedzielę, a jak się okazało w niedzielę to katolickie miasto oddaje się wizytom w katedrze i kościołach, a nie handlowi (a jest gdzie chodzić na mszę, w katedrze Rems koronowano prawie wszystkich królów Francji). Więc wizyta u Lansona uratowała plan. A sama grappa była jak dobrze starzony owocowy destylat – to są rejestry w których przestaje się odróżniać, czy w beczkę nalano destylat z wina czy z wytłoków. Cena zarówno brandy jak i grappy to 20 EUR za 0,7 l., ratafię można kupować za 10 EUR. Za te pieniądze dostaniecie produkty najwyższej jakości, nie wydawajcie więcej.

środa, 9 lipca 2014

Co pił Tomasi di Lampedusa?


Lubię te miejsca, w których już byłem – że zacytuję klasyka. Więc po czterech latach ponownie odwiedziłem Cefalù na Sycylii. Możecie przypomnieć sobie moje wpisy z tamtego czasu – to same początki tutejszego blogowania. Co się zmieniło? Po pierwsze lokalizacja. Chciałem znowu pojechać z biurem podróży do hotelu Santa Lucia e le Sabbie d’Oro, ale oba biura za pokój z oknem na morze zażądały horrendalnego dodatku – ok. 400 zł (przy cenie wyjazdu 2300). Wkurzyłem się, kupiłem bilet i przez stronę booking.com wynająłem apartament w samym centrum starówki. Finansowo wychodzi to mniej więcej tak samo, plusem jest lokalizacja i pełna swoboda, minusem konieczność przygotowywania posiłków (ale za to można szykować posiłki z lokalnych świeżych produktów). Wiadomości alkoholowe uporządkuje w konkretne działy.
Alkohole mocne. Teoretycznie są jakieś lokalne, ale zarówno w sklepach jak i w barach jako sycylijskie proponują kalabryjskie. Próbowałem standardowego włoskiego zestawu: grappy, amara, sambuki i jedyny produkt z Sycylią w nazwie: limoncello. To jest południe, tu pije się głównie alkohole słodkie i bardzo słodkie, jak się chce czegoś wytrawnego to trzeba sobie kupić w sklepie Fernet-Branca. Z wódek czystych króluje Russkij Standard. Chętni mogą w sklepach kupić spirytus (z czegoś przecież to limoncello trzeba zrobić) w cenie 40 zł za pół litra – a więc tak samo jak w Polsce. Głównie degustowałem amara: wygrało północne Ramazzotti (z Mediolanu), potem było kalabryjskie Averna, przegrało (też kalabryjskie) Vecchio Amaro del Capo – nieznośnie słodki ulepek.
Wino. Sycylia ma swoje znane wina, ale na wyspie nie pije się go dużo. Wśród czerwonych króluje lokalny szczep Nero d’Avola i jego kupaże, jest też lokalne nerello mascalese, z białych catarratto i inzolia. Rozczarowaniem były wina białe – dolna półka niepijalna, sam owoc bez kwasu, po prostu kompoty. Może to kwestia klimatu? Żeby spożyć coś pijalnego trzeba zerknąć na półkę średnią. Wina czerwone generalnie pijalne, nie było specjalnej wpadki. Polecić mogę z czystym sumieniem produkty Abbazia Santa Anastazia – winnicy w okolicach Cefalu, można ją zwiedzać, oraz sporego producenta, Planeta, posiadającego winnice na całej Sycylii, produkującego m.in. jedyne sycylijskie wino klasy DOCG, czyli Cerasuolo di Vittoria. W sklepach są też wina z Włoch kontynentalnych, ale po co?
Piwo. Sprzedawane w butelkach 0,66 lub 0,33 l, króluje lager, a dokładnie pilsner. Moretti, Poretti, Castello, Nastro Azzurro, Dreher i kilka innych. Poprawne, niczym się niewyróżniające, ale w porównaniu z polskimi świetne. Nie widziałem, żeby sprzedawano lane. Konkurencją jest kilka lagerów niemieckich, zwłaszcza Becks, ale to piją tylko tubylcy. Na rynku króluje heinekenowskie Moretti, na zdjęciu w telewizorze w tle właśnie leciała jego reklama. Można je dostać w Polsce, ale zdecydowanie lepiej smakuje na Sycylii.
Napoje niealkoholowe. Pisałem już o dziwacznych bitterach w małych buteleczkach, okazuje się, że w sklepach jest tego masa. Kilkanaście rodzajów, kupiłem San Pellegrino o smaku chilli, okazało się takie jak inne, słodko-gorzki ulepek nienadający się do samodzielnej konsumpcji.
Gdzie i za ile. Zdecydowanie hipermarkety. Jest ich w tej miejscowości około 10, każdy z innej sieci, sieci zagranicznych nie widziałem (w Palermo jest spory Carrefour). Ja tym razem obstawiłem Deco. Duży wybór wszystkiego, niskie ceny. Mocne alkohole od kilku EUR, piwa 0,66 l w cenie 1–1,70 EUR, wina od 2 EUR. Czerwone pijalne były w cenach od 4 EUR, białe od 7. W specjalistycznych sklepach z winami większy wybór, ale też większe ceny. Trzeba się liczyć z wydatkiem 10 EUR za butelkę. Jeśli chcecie ją wypić na miejscu to wraz z talerzem lokalnych przystawek kosztuje 20 EUR. Polecam winebar La Trinacria w okolicach portu. Zakupy na lotnisku – przesiadki są w Rzymie, tam jest masa sklepów, ale te liczne z alkoholem tak naprawdę to jeden, więc wszędzie jest to samo. Za 15 EUR możecie kupić litrowego ferneta albo grappę, więc warto. Na lotnisku w Palermo jest jeden sklep, wybór średni, nie polecam. Pić można oczywiście w knajpach, i to okazał się dobry wybór. Kieliszek czegoś mocnego kosztuje 3 EUR, ale Włosi nalewają setkę, więc tanio. Miła obsługa, właściciel knajpki Cafe 188, którą nawiedzałem, specjalnie dla Polaków sprowadził Żubrówkę (jest na drugim zdjęciu) – ale też łatwo mu było wytłumaczyć, że nie po to przyjechaliśmy na Sycylię, żeby ją pić. Co chwilę darmowe poczęstunki, w tym marsala, która smakuje jakby ją wyżęto ze starej bielizny. Nikt się nie upija, więc mój przerób zrobił wrażenie, a moje zamiłowanie do amaro wyraźnie się Sycylijczykom podobało. W Palermo w małej ulicznej knajpce Cafe Cartari do dużego piwa Moretti dostałem miskę domowych chipsów, podanie zamówionego kieliszka białego wina (znakomitego) okazało się całym rytuałem przynoszenia butelki, otwierania, próbowania. Do wina zestaw zakąsek: oliwki, orzeszki, prażona kukurydza. I to wszystko przy stoliku na środku uliczki z warsztatami kaletniczymi. Za 7 EUR!
Ludzie. Cały sekret tych sytuacji tkwi w mentalności Sycylijczyków. To południe (pamiętajcie o sjeście, choć w Palermo w zasadzie jej nie ma), tu ludzie są zawsze gotowi, żeby ci pomóc czy z tobą po prostu porozmawiać. Chcesz zrobić dobre wrażenie – naucz się kilku słów po włosku (np. birra nazionale grande), zamawiaj włoskie napoje, na ulicy poproś o lody w bułce – od razu cię polubią. Ja ich też, tak więc w przyszłym roku Sardynia albo Toskania.

PS. Niektóre piwa włoskie można dostać w Polsce. Moretti (but. 0,66 l w cenie ok. 8 zł) bywa w Almie, Simply i w sieciowych delikatesach, w Lidlu jest Poretti (puszka 0,5 l za 2,70 zł) i Castelli (but. 0,33 za 2,50). Moretti jeszcze się wybroni, pozostałe dwa to słomkowy płyn pozbawiony piany i smaku. Albo działa syndrom wakacyjny - wszystko wypite na miejscu smakuje lepiej niż po powrocie w domu - albo Carslberg leje różne płyny pod tą samą etykietą. W Lidlu jest też grecki Mythos (puszka 0,5 za 2,70 zł), i tu znowu to samo - pamiętam to piwo jako co najmniej pijalne, a teraz sjest co najwyżej pijalne.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Co pije Ojciec Mateusz?

Jestem już po wakacjach, za kilka dni relacja z wyjazdu na Sycylię, ale teraz krótki wpis o Sandomierzu. Pojechałem tam na Czas Dobrego Sera (czyli IV Ogólnopolski Festiwal Nieskończonych Form Mleka, nazwa mocno na wyrost), dwudniowa impreza na rynku jest w zasadzie niewielkim targiem produktów regionalnych. Dziesięć stoisk producentów sera, cztery winnice, cydr Ignaców, soki Maurera, miody Jarosa, browar Cornelius – i tyle. Skoro niecałe dwie godziny wystarczyły na zwiedzenie stoisk i zakupy, to miałem dużo czasu na przetestowanie sandomierskiego wyszynku. Byłem w około 10 miejscach, to co najmniej połowa barów, kawiarni i restauracji położonych na starówce. Mieszkaniec dużych miast jest rozpuszczony rosnąca modą na różne kulinarne przybytki – od foodtrucków (fe, chyba jadłobusów!) po restauracje z gwiazdkami Michelina, a wśród nich dużo miejsc, gdzie można wypić coś mocniejszego i  zagryźć to smaczną przekąską. Ta moda do Sandomierza nie dotarła, podejrzewam, że wymusił to turystyczny klient, taki, który wpada tam na obiad i znika na zawsze. Klient lokalny nie żywi się na starówce i koło się zamknęło. A efektem tego jest porażka. Dwa jej przykłady to Flisak i Pod Ciżemką – ale wybrane tylko dlatego, że miejsca te zwyciężyły w konkursie pt. zakąska. Otóż w pozostałych lokalach po prostu nie ma zakąsek. Do każdego kieliszka możecie sobie zamówić obiad (przemilczę standardowe menu, żebyście dotrwali do końca wpisu), czyli do butelki możecie zamówić 10 lub 12 i pół obiadu. Flisak miał zakąskę – śledzia w dwóch wersjach. W oleju był starym zwiędłym kawałkiem śledzia w starym śmierdzącym oleju. W śmietanie był starym zwiędłym kawałkiem śledzia w niezłej i raczej świeżej śmietanowej pierzynce. Wódki krajowej nie było, była zagraniczna, w 50-tkach (sukces!), ale zabrakło kieliszków, więc nalewana była w kieliszki 25-gramowe. Na zdjęciu widać jak wyglądała realizacja zamówienia. Dałem Sandomierzowi jeszcze jedną szansę i Pod Ciżemką zamówiłem śledzia „trzy smaki”. To są trzy identyczne kawałki starego zwiędłego śledzia z trzema dodatkami. Przebojem była cebula – smażona (!), stara, wyglądała jakby ktoś zdjął ją z kotleta, którego nie dojadł klient trzy dni temu. Były buraczki (poznałem wyłącznie po kolorze) i coś trzeciego, ale to nie miało koloru, a smakowało jak śledź, wiec nie wiem co to było. Jeden rodzaj polskiej wódki, za to nalewanej do 40-tek. Żeby być sprawiedliwym, był też tatar, świeży, spory, w cenie przeciętnego obiadu. Byłem bliski kupienia w sklepie spożywczym lokalnego smalcu, zrobienia sobie z nim kanapek i spożycia tego gdzieś na ławce. Ale po prostu poszedłem do lodziarni, zamówiłem czystą wódkę z tonikiem i tak przetrwałem. Koszmar.
PS. Miód Sandomierski jest tak naprawdę miodem od Jarosa tylko z ceną dwukrotnie wyższą, jedynym lokalnym trunkiem są wina, w tym słynne już z Winnicy Płochockich. Butelki do nabycia w kilku sklepach, cena 50 zł.

środa, 4 czerwca 2014

Co piją na Majdanie

Jak pomóc Ukrainie i Ukraińcom? Minister Sikorski przebąkuje o zniesieniu wiz. Znam rozwiązanie prostsze, a zadowolonych będzie zresztą więcej. Zlikwidować korupcję po polskiej stronie granicy. Niech celnicy hurtowo pobierający od Ukraińców po 25$ zostaną przesunięci do bardziej odpowiedzialnych zadań, można ich zresztą przebrać w mundury rosyjskie i zrzucić z samolotów w centrum Kijowa. Zadowoleni będą Ukraińcy przekraczający granicę, obywatele IIPRL, bo ich granica stanie się szczelniejsza (choć może palacze kontrabandy nie będą tak zadowoleni), oraz mieszkańcy UE, bo odzyskają spory kawałek swojej granicy lądowej. O korupcji w urzędach konsularnych przemilczę, przecież piszemy tu o rzeczach przyjemnych. Ukraińcy tęsknią za Polską, bo tu korupcja jest dwa razy mniejsza (celnik ukraiński bierze 50$), a my możemy być dumni, bo po 25 latach od czegoś tam (nie wiem czego, informacje są sprzeczne) mamy korupcję mniejszą niż na Ukrainie. Co prawda dystans się zmniejsza, ale w produkcji czekoladowych orłów jesteśmy na pierwszym miejscu.
Nie jesteśmy niestety na żadnym jeśli chodzi o produkcję wódki. Królują stare marki (część wymarła), ale ich jakość niska (przy biedronkowej cenie trudno się dziwić), nowe produkty pojawiają się tylko na wysokich półkach – jak np. U’luvka. W tym czasie Ukraińcy zaleli rynek światowy wódkami Nemiroff, a potem Chortyca (średniej jakości, ale lepszymi od polskich). Ja zarekomenduje Pierwak – wódkę żytnią. Charakterystyczna kwadratowa butelka zamykana jak oranżada, coś à la krachla. Jeśli nazwa nie wystarczy, to na etykiecie jest duży napis „pierszowo peregonu”. To raczej na skalę przemysłową niemożliwe, ale diabeł tkwi w szczegółach. Otóż jest to mieszanka spirytusu luks, spirytusu zbożowego z pierwszej destylacji i spirytusu z miodu lipowego. Niezły miks, ale się sprawdza – wódka jest smaczna, z bardzo wyraźnym aromatem zbożowym. No i jaka przyjemność z lektury kontretykiety – nie zawiera GMO (tu niestety przegrywamy konkurencje z Ukrainą w kwestii podawania tej informacji), podana jest wartość kaloryczna, zawartość białka, tłuszczu i węglowodanów, jest data przydatności do spożycia, temperatura przechowywania i lista osób, którym odradza się spożycie: młodzież do 18-tego roku, kobiety w ciąży, w podeszłym wieku, sportowcy, alergicy, osoby z przeciwwskazaniami o charakterze medycznym i zawodowym. Nie załapałem się na szczęście do żadnej kategorii.

niedziela, 11 maja 2014

Co pije Islam Karimov

Nie wiemy nawet czy coś pije, bo skoro 83% mieszkańców Uzbekistanu to muzułmanie, to może on jest niepijący (zresztą z takim imieniem chyba mu pić nie wypada)? Ale z alkoholem nie jest tam tragicznie, można go kupić bez problemu, trzeba tylko wiedzieć, żeby szukać go w sklepach specjalistycznych (napis „vodka” na szyldach powinien wystarczyć do ich odnalezienia), bo w zwykłych spożywczakach nie ma. Nie ma też na lotniskach, wiec lepiej zaopatrzyć się wcześniej. W Uzbekistanie robi się wino, niestety głównie słodkie, z pijalnych polecam „Marwarid”, „Omar Chajam” czy „Tulia-kandoz”. Są balsamy, czyli bittery – np. „Bucharo” czy „Samarkandskij”. Najlepiej jednak jest kupować koniaki – „Bucharo”, „Uzbekistan”, „Samarkand” czy „Staryj Samarkand”. Na zdjęciu średnia półka, „Samarkand”. W smaku sporo czekolady, wanilii, miodu, trochę cytrusów, na początku trochę zaskakujący złożonością – coś w stylu greckich brandy, ale z jedną zasadniczą różnicą – jest wytrawny, tylko lekkie nuty słodyczy. Zdecydowanie do wypicia w dużych ilościach. Z etykiety wynika, że ma od 6 do 7 lat, oczywiście leżakowany w dębie. W Uzbekistanie najlepiej znać i angielski, i rosyjski, w zależności od tego z którym pokoleniem się chcecie porozumieć. Można też nauczyć się uzbeckiego, ale to nie będzie łatwe. „Alkogol mahsulotlarini me'yordan ortiq iste'mol qilish inson asab tizimi va ichki a'zolarining og'ir kasalliklariga olib keladi” – nie, to nie jest treść lokalnego toastu, to napis na butelce informujący o szkodliwości spożycia alkoholu. Butelka kosztuje ... 8 zł, najdroższy „Staryj Samarkand” około 15 zł. No i najlepiej wypić na miejscu, technika wyrobu korków na podobnym poziomie jak w Izraelu, są one zrobione ze sztywnego niedopasowanego do szyjki plastiku, wszystkie butelki zabrane do bagażu lotniczego przeciekały.
Przy okazji brandy – pojawił się w Polsce nowy produkt bułgarski, dystrybuuje go firma Domain Menada. Ich portfolio to spora półka stacji benzynowej, ale o dziwo mają tam także brandy Asbach. Nowością jest Brandy Belizza – obła półlitrowa butelka 40%, cena w okolicach 25 zł. Smak czekolady, czekolady i jeszcze więcej czekolady, no i nieznośna słodycz. Jakby ktoś rozpuścił słodką czekoladę w wódce. Brrr...

piątek, 25 kwietnia 2014

O tych, co odeszli (2)

Wódki czystej pije się w Polsce coraz mniej, na jej miejsce wskoczyły trunki kolorowe – wódki aromatyzowane i whisky. Efektem tego jest upadek części mniejszych gorzelni, zniknięcie z rynku kilku marek, spadek jakości niektórych (zakładam możliwość, że producent mierząc się ze wzrostem akcyzy, a nie chcąc podnosić ceny, obniża jakość). Co robić w tej sytuacji? Na przykład nic, czekać cierpliwie, aż nawiedzi was ktoś z prezentem, który odkrył gdzieś na pawlaczu. Tak oto stałem się właścicielem zabytkowej butelki wódki Metropolis (a więc mógłbym zatytułować ten wpis „Co pił Fritz Lang”). Wyprodukowano ją w 1999 roku w Warszawskiej Wytwórni Wódek „Koneser” na ulicy Ząbkowskiej. Wódkę produkowano tam od 1895 do 2007 roku, obecnie firma przeniosła się do Warki, wódka Metropolis jest tam nadal produkowana, z opisu na stronie wynika, że pochodzi ze spirytusów zbożowych i ziemniaczanych. Mój zabytek miał wyraźny smak zbożowy, opis wskazywał na spirytusy luksusowe, niestety ta nazwa jest myląca, bo dotyczy spirytusów i zbożowych i ziemniaczanych (np. w wódce Luksusowej, jednej z najbardziej znanych ziemniaczanych na rynku). W każdym razie obstawiam, że była to wódka zbożowa, smaczna, odradzałbym chłodzenie. Nie wiem jak smakuje jej dzisiejsza wersja, ale mogę być pełen obaw, niedawno kupiłem butelkę Wyborowej i to było coś okropnego. W ciągu roku-dwóch jakościowy zjazd ze średniej półki na samo dno. Na pocieszenie dobra wiadomość ze Strykowa. Krytycznie opisywałem produkty formy H2O Drinki, ale okazało się, że jest jeden godny polecenia. Potato Vodka Premium, jak nazwa wskazuje, to wódka ziemniaczana. Co prawda spirytus miał być czterokrotnie rektyfikowany (po co?), ale na szczęście czuć wyraźny smak ziemniaka, generalnie wódka jest niezła. Półlitrową butelkę kupiłem za jakieś 25 zł, to cena promocyjna, w sieci osiąga cenę 50 zł, czy warto tyle wydać, osądźcie sami.

sobota, 12 kwietnia 2014

Psy 3

Może niektórzy pamiętają, że bohater filmów „Psy 1” i „Psy 2” nazywał się Franciszek Maurer. Tak samo nazywa się właściciel firmy Tłocznia Maurera, która oprócz soków owocowych wytwarza także cydr, wina i destylaty owocowe. W Warszawie trudne do nabycia, w niektórych knajpach bywają destylaty, próbowałem, tak więc wiedziałem już czego szukam. Zeszłotygodniowe targi Regionalia stały się okazją, żeby przetestować więcej. Kupiłem zestaw sześciu owocowych destylatów i butelkę cydru. Destylaty smaczne, dość mocne (50%), większość smaków wyczuwalna, jeśli już miałbym wskazać najsmaczniejszy to byłaby to brzoskwiniówka. Cydr nieklarowany, mocno drożdżowy, wytrawny, mocny (7,3%), trochę podobny do francuskich pochodzących od producentów calvadosu. Generalnie napoje udane, ich podstawową, choć przewidywalną, wadą jest cena. Półlitrowa butelka destylatu kosztuje 74 zł, zestaw sześciu setek 90 zł (cena targowa, w sieci 96 zł). Półlitrowy cydr 9 zł, tu akurat nie jest zbyt drogo. To są produkty spokojnie konkurujące z węgierskimi czy austriackimi (oczywiście raczej zagrodowymi niż przemysłowymi), niestety mają podobne ceny.

środa, 2 kwietnia 2014

Co pił Mosze Dajan?

Mam wreszcie powód do wpisu o alkoholu izraelskim – jak pamiętacie, ostatnim razem znajomy przywiózł mi z Izraela śliwowicę produkowana w Strykowie. Jedno co ją łączyło z Żydami (a raczej żydami) to certyfikat koszerności (w dodatku „kosher for passover”, czyli specjalnej koszerności do użycia na święto Paschy) – ale to ściema, tak naprawdę trunki koszerne muszą być wyprodukowane przez religijnych żydów, mam nadzieję, że żydzi o tym pamiętają. Koszerność paschalna to dodatkowe ograniczenie, spożywane potrawy i napoje nie mogą mieć kontaktu z zakwasem (pieczywo na zakwasie jedli Egipcjanie, a to święto uwolnienia się od nich), też obawiam się, że w gojowskich okolicznościach warunek nie do spełnienia – ale to problem bardziej żydów niż nasz.
W Izraelu pija się to samo co w krajach Maghrebu i bliskowschodnich – piwo, wino i destylaty (z wina i wytłoków). Nie ma żadnych ograniczeń religijnych, wino wręcz jest konieczne do odprawiania rytuałów paschalnych (to po co im śliwowica, może mi jakiś Żyd odpowie), a Purim wręcz wymaga upicia się do (prawie) nieprzytomności. Najpopularniejszy z destylatów jest arak, był też najtańszy, ale w zeszłym roku drastycznie wzrosła nań akcyza, źle się dzieje w państwie Izraela. Są brandy, najpopularniejsza to Carmel z winnicy o tej nazwie. Jest też Stock 84, ale to nie ten sam Stock, który my pijemy. Pan Stock sprzedał fabrykę Żydom, ale przyszedł Mussolini i ją znacjonalizował. Filia w Palestynie oczywiście znacjonalizować się nie dała i do dziś produkuje swojego Stocka. Ale ja chciałem wypić coś najbardziej izraelskiego – i taki produkt jest. Sam Edgar Bronfman (zmarł cztery miesiące temu), wieloletni szef Saegrams, w swoim czasie największej firmy na świecie handlującej alkoholem, postanowił wyprodukować trunek mający być sztandarowym produktem izraelskiego gorzelnictwa. I tak w 1963 roku powstał likier Sabra (obecnie produkowany przez wspomniane Carmel Wines). Sabra oznacza Żyda urodzonego w Palestynie lub Izraelu, stąd nasz tytułowy Mosze Dajan (urodzony w kibucu Degania Alef). Sabra to 30% likier o smaku czekoladowo-pomarańczowym. Jego butelka wyprodukowana jest na wzór fenickiej amfory z winem, którą można obejrzeć w tel-awiwskim muzeum. Na lotniskach półlitrowa butelka kosztuje 30$. Smak – jeśli jedliście pomarańczowe galaretki w czekoladzie to go znacie. Na początku czuć trochę gorycz czekolady, ale szybko znika. Zastępuje ją smak pomarańczowej czekoladki, a potem wszystko zabija bardzo intensywna słodycz. Alkohol jest za słaby by się przebić, prawie go nie czuć. To przypomina produkt z niskiej półki, także jakiś fragment tablicy Mendelejewa zrekonstruowany w szwajcarskich fabrykach sztucznych smaków. Cukru zresztą jest tak wiele, że jak zakręciłem butelkę po pierwszym podejściu, to plastikowa nakrętka przylepiła się tak do butelki, że musiałem ją odmoczyć w wodzie, nie dała się bez tego odkręcić. „Heavenly sweet nectar” – ostrzega lojalnie producent. Wykonanie butelki przypomina jakieś produkty białoruskie, choć pewnie obraziłem Białoruś. To coś powinno mieć 80% (jak rum Stroha – zresztą na opakowaniu jest sugestia użycia przy produkcji ciast), wtedy zapewne dałoby się wypić. Jest też sugestia użycia jako digestifu, ale tam nie ma ziół, po chwili brakuje goryczy, jedyne co się zgadza, to to, że wypić tego można bardzo mało, bo po większej dawce to zadziała odwrotnie niż digestif. Jak na wynalazców Uzi i producentów dronów to fatalna wpadka. Mam nadzieję, ze przynajmniej drony działają, choć zdaje się, że zrezygnowaliśmy właśnie z pomysłu kupienia ich w kraju Dajana – może ktoś kupił na lotnisku Sabrę?

czwartek, 13 marca 2014

Kaszana w Biedronce

Nie jestem częstym klientem Biedronki – w zasadzie poza kolejnymi promocjami winiarskimi w ogóle tam nie kupuję. Ale już będąc na wakacjach trzeba jej oddać, że często bywa jedynym sklepem z pijalnymi winami. No i generalnie zwycięża cenowo w każdej konkurencji, pod warunkiem, że w niej startuje. Np. litrowy Johnny Walker kosztuje tam poniżej 60 zł, co jest najniższą ceną na rynku. Obecnie pojawiła się tam cachaça (Cariocca) w bezkonkurencyjnej cenie niecałych 30 zł. Na polskim rynku najpopularniejsze są „51” (~80zł), Canario i Don Diego (~60 zł) – tak więc tu płacimy pół ceny lub mniej za nieleżakowaną cahacę. To istotna cecha, bo tak naprawdę polecenia godne są tylko leżakowane, piłem takowe i to są trunki konkurujące z dobrymi brandy (ale trzeba po nie pojechać do Brazylii). Nieleżakowane są składnikiem popularnego drinka caipirinha, do jego przygotowania wystarczy lód, brązowy cukier i limonka. Wpierw spróbowałem saute, to się daje wypić, nie jest taką trucizną jak niedawno opisywany biedronkowy rum, ale jak to z tanimi destylatami, mamy tu przegląd przez piwnice, worki po ziemniakach, brudne ścierki i wiele innych miejsc i przedmiotów, z którymi nie chcielibyście się zetknąć. A caipirinha? Odpowiedź jest prosta – jeśli chcecie zmarnować brązowy cukier, lód i limonki, dodajcie tam Carioki. Nic nie jest w stanie zagłuszyć drastycznie mocnej nuty zgnilizny.
A jakie są dobre wiadomości ze świata rumu? Polecam herbatę fryzyjską. Zapewne w którymś ze specjalistycznych sklepów z herbatą sprzedadzą wam tę mieszankę Assamów (ale też z dodatkiem Sumatry, Jawy, Darjeelinga czy Cejlonu). Ale clou polega na tym, że herbatą zalewa się cukier kandyzowany. A moja propozycja to specjalny cukier w zalewie rumowej. Sam cukier nie jest tak słodki jak kryształ, a zatopiony jest w naprawdę dobrym białym hawajskim rumie (moc niewielka, pewnie jakieś 10-15%). W dodatku takie rumowe cukry można kupić w Polsce za niewygórowaną cenę. Myślicie, ze przerzucam się na herbatki? O nie, wkrótce coś zdecydowanie mocniejszego.
Aha, jeszcze wyjaśnienie lingwistyczne dotyczące tytułu. Onegdaj na określenie czegoś nieudanego mówiło się „kaszana”, a synonimem popsucia było „skaszanienie”.

wtorek, 11 marca 2014

I ja tam byłem, miód i wino piłem


Zapuściłem się znowu w pisaniu na blogu, dla usprawiedliwienia napiszę, że we wszystkim się zapuściłem, wywołuje to u mnie wstyd i poczucie winy, które mnie paraliżują twórczo, a na paraliż ten lepszego lekarstwa niż alkohol dotąd nie odkryłem. Kiedy kilka lat temu zawitałem do Nidzicy, sklep z miodami mieścił się w jakiejś odrapanej kanciapie, w dodatku był zamknięty, w sąsiednim spożywczaku kupiłem jakiś trójniak, który był co najwyżej przeciętny. W tym roku dałem Nidzicy drugą szansę, zwłaszcza, ze wyczytałem, iż wytwórnia miodów przeniosła się do nowego budynku. faktycznie, mieści się teraz w budynku starego browaru sąsiadującym z zamkiem, jest też sklepik z rozmownym sprzedawcą. Tym razem na półkach były tylko dwójniaki (dwa) i półtorak, choć teoretycznie w ofercie są trójniaki i czwórniaki. Można kupować zestawy, można kupować pojedyncze duże i małe butelki, są też jakieś prezentowe wynalazki. Na rynku warszawskim dostępne są głównie miody z lubelskiego Apisu i z Pasieki Jaros, obie firmy t polscy liderzy, wyznaczają najwyższe standardy, ciekaw byłem jak się do nich mają miody z Nidzicy. Rozczarowania nie było, i dwójniak i półtorak były znakomite, ale w smaku nie wyczuwałem zbyt dużej różnicy, wiec wystarczy wydać 30 zł na butelkę 14-letniego dwójniaka. Oferta jest z jakiś powodów mocno okrojona (np. w porównaniu z lubelską), to akurat jest wada, bo miód to trunek, którego nie da się ani zbyt dużo ani zbyt długo pić, wiec przydałaby się jakaś odmiana. Na terenie Mazur Nidzica ma konkurencje w postaci Mazurskich Miodów, nie próbowałem, ale wyczytałem, że podobno są niezłe. No i jeszcze jeden problem z Nidzicą – nie maja strony WWW, nie mają sklepu w sieci, w ogóle nie mam pojęcia, gdzie te miody poza samą wytwórnią można kupić.