poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Co pije Natalia Borowik

Pisałem tu kiedyś o problemach z nabyciem sensownej zakąski do wódki w Sandomierzu. Dałem mu kolejną szansę i sprawdziłem, co się zmieniło. A zmieniło się sporo, jest dużo gorzej. Zakąski zniknęły z menu, nawet tatara nie uświadczysz. W jednej knajpie jest śledź w trzech smakach, ale ostatnio to były trzy próby zatrucia mnie na jednym talerzu, więc nie skorzystałem. Restauracja przy hotelu na małym rynku – w społemowskich klimatach, więc tam ostatnim razem nabyłem śledzika – zamknięta. Honoru miasta obroniła kelnerka z knajpy Pod trzydziestką – w karcie nie było nic, ale dziewczyna okazała się kumata, poszła do kucharza, ten sprawił smacznego śledzia w occie i jakieś zestawy raczej do wina, ale nadały się też do wódki. Sandomierz nastawiony jest na turystę przejeżdżającego, wiec nie ma zakąsek, nie ma śniadań (poza hotelami), nie ma barów. Pojechałem na Jarmark Jagielloński, okazało się, że to lokalna cepelia, więc nie było praktycznie stoisk z alkoholem, jedna winnica Nobilis, niestety nie są to dobre wina. Jedyna satysfakcja, to że akurat kręcono zdjęcia do Ojca Mateusza, widziałem księdza, Nocula i Gibalskiego (dowód na zdjęciu). Rozminąłem się z Natalią Borowik, która dwa dni wcześniej podpisywała swoją książkę kucharską. Na pewno nie ma w niej zakąsek.
Za to przybyło produktów alkoholowych sandomierskich. Z niealkoholowych znane są Krówki Sandomierskie, jak sama nazwa wskazuje wytwarzane są przez Zakład Produkcji Cukierniczej w Opolu Lubelskim – tak samo jak Krówki Kazimierskie, Nałęczowskie i Janowieckie. Myślałem, że w Opatowie, to jest niecałe 30 km od Sandomierza, tam też jest fabryka krówek. Podobnie jest z alkoholami. BrowarSandomierz jest browarem kontraktowym, piwa są np. warzone w browarze Trigg w Krakowie. Piłem AIPĘ, poprawna ale to wszystko dobre, co mogę o niej powiedzieć. Podobno browar stawia browar. Znalazłem dwa cydry – Sandomierski i Kot Sandomierski. Sandomierski robiony jest w Zakładach Przemysłu Owocowo-Warzywnego Dwikozy, 7 km od centrum Sandomierza, trochę dłużej czerwonym szlakiem turystycznym. Dwikozy to fabryka alpag z tradycjami, robiono tam np. wino Sandomierskie, a także takie napitki jak Cytrynówka Sandomierska, Jabłuszko Sandomierskie, Sandomierskie Mocne, Wisienka Sandomierska, Żołądkowe Sandomierskie, Wiśnia Sandomierska, Gruszka Sandomierska, Malinówka Sandomierska, Miętówka Sandomierska, Winogronówka Sandomierska czy Wiśniówka Sandomierska. Kot Sandomierski wytworzył BrowarCzarny Kot, specjalizujący się w piwach z sokiem. Cydrów nie próbowałem, oddam je jakiemuś mocniejszemu zawodnikowi. Z mocniejszych trunków jest Nalewka Sandomierskiego Turysty z Czarnego Bzu. To przeetykietowana Nalewka Ciechocińska. Ma 32%, zabija cukrem i odorem kiepskiego alkoholu, czuć smak czarnego bzu, ale generalnie niepijalna. Jedyne co naprawdę jest sandomierskie to wina. Sandomierski Szlak Winiarski to 11 winnic, z czego dwie mają adres w samym mieście, ale akurat nie te sprzedają wina. Sprzedają co najmniej 4 – Nobilis, Płochoccy, Nad Jarem i Sandomierska – te wina można kupić w Sandomierzu. Nie sprzedaje Św. Jakuba, a to najbardziej sandomierska winnica, bo położona pod zamkiem, przy kościele Św. Jakuba. Wina sprzedawane można spróbować na Czasie Dobrego Sera w czerwcu, wina niesprzedawane na Święcie Młodego Wina – w tym roku 18-19 listopada. Wybieram się.
Będąc w Sandomierzu opracowałem nowy przepis na wódkę z pieprzem. Trzeba stawić się u podnóża Gór Pieprzowych, wypić flaszeczkę wódki i udać się na szczyt tychże gór. Piękne okoliczności przyrody (widać pływające po Wiśle statki z turystami, można pomachać Maklakiewiczowi), zatankowany sandomierski turysta wspiął się na szczyt, na którym jest pizzeria z wyszynkiem. Polecam gorąco.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Co pił Aleksandr Ostrowski




Wpierw myślałem, że zatytułuje ten wpis „Co pił Iwan Susanin”. Dla Polaka to nawet zabawne, kiedy w Moskwie żegna cię pomnik Minina i Pożarskiego (ubranych w stroje antycznych wojowników), a w Kostromie wita pomnik Iwana Susanina. Można się poczuć ważnym. Ale wszystko się od poprzedniego pobytu zmieniło, wybudowano przez Wołgę nowy most w Kineszmie i tym razem można było ominąć Kostromę. Celem było Szczełykowo, majątek dramatopisarza Aleksandra Ostrowskiego. Ale zacznijmy od początku, bo wpierw był krótki pobyt w Moskwie, a dopiero potem wyjazd „na działeczkę” (kłopot w tym, że w Polsce 40-kilometrowy wyjazd jest już dla mnie daleki, a tam na działeczkę trzeba było przejechać 400 kilometrów). Zanim pojechaliśmy, zdążyłem sprawdzić, czy polecana poprzednio przeze mnie knajpa Kamczatka nadal jest w dobrej formie. A zwłaszcza chciałem sprawdzić, co jest w tamtejszej chrzanówce (fot. 1), czego nie było w mojej. No i tak jak się domyślałem – nie dodałem (co najmniej) cukru. Będę musiał wrócić do tego tematu, a zaplanowaną notkę o moich zeszłorocznych nalewkach napiszę wkrótce. Kamczatka to królestwo zakąsek i przekąsek, kanapki od małych do dużych, śniadania do nocy itd. (fot. 2). No i niskie ceny – co ma swoją złą stronę, bo lepiej nie przychodzić tam wieczorem, jest straszny tłok, a młodzież nadużywa alkoholu ponad swoje możliwości. Nabyłem przewodnik po moskiewskich wyszynkach, Kamczatka jest tam opisana jako „piwnaja z nizkimi cenami i bolszym smysłom” (piwiarnia z niskimi cenami i dużym sensem) (fot. 3). Zdążyłem przed wyjazdem nad Wołgę opić się wody – jak zwykle polecam Jesentuki 17 (mineralizacja 14g/l), warto pić słabszą Jesentuki 4 (ok. 7 g/l), podobną Nowotierską, znalazłem też trzeci rodzaj Jesentuki – Celebnaja (lecznicza), mineralizacja 10g/l, ale nieciekawy smak. Kupujcie pety 1,5 l, to się najbardziej opłaca. Kilka rosyjskich koniaków – niezłe, wódek czystych – tak niezłe, że przy kolejnych wyborach zacząłem się kierować kształtem butelki (Żurawli ma najchudszą szyjkę na świecie, grubości papierosa) albo nazwą (np. Chlebowa łza – to wódka klasy elitnaja, klasa premium tego producenta to Russkij Awangard, a standard – Otdochni) (fot. 4). No a potem podróż po najgorszych drogach na świecie, dedykowanych chyba czołgom. A na działeczce powitał mnie zestaw nalewek, a dokładnie: żurawinowa, jarzębinowa, z czarnej porzeczki, z młodych pędów porzeczki i kałganowa. Nalewki miały prosty sposób przygotowania – składniki zalane spirytusem z odrobina octu (bez cukru) na trzy miesiące, potem rozwodnione do 40 procent. No ale co to jest kałgan? To alpinia, korzeń z rodziny imbirowatych – i faktycznie nalewka miała posmak imbiru. Tak dużo tego było, że nie mam wiele do powiedzenia o pobycie w Szczełykowie – i poznałem wielu ludzi, i jakbym ich nie poznał. Wstyd! Urod!

Ale coś tam jednak pamiętam. Najbliższa miejscowość to Kineszma – byłem tam lata temu, pamiętam że ceny w restauracji były 10 razy mniejsze niż w Moskwie, zamawiałem dania patrząc na cenę, przerobiłem najdroższe pozycje z karty. Teraz może aż takiej różnicy nie ma, ale pięć razy taniej jest. Ale po kolei. W centrum miasta, nad Wołgą, jest główny plac, otoczony sklepami. Przy placu jest sklep z alkoholem, bardzo dobrze zaopatrzony. Trudno oczekiwać, że produkty dostępne w sklepach całej Rosji będą tam tańsze, ale sklep ma swoją politykę cenowa i np. kupiłem ze sporą zniżka armeńskie produkty serii „Strana Kamniej”, których cena zniżona została z ok. 500 do ok. 300 rubli (100 rubli to ok. 7 zł). Nie był to dobry wybór, ale dużo nie straciłem. Sklep się nazywa Krasnyje Riady, na jego tyłach jest duża cerkiew przy ulicy Sowieckiej. Z ulicami jest ubaw, Lenina krzyżuje się z Krupskiej, Komunisticzeskaja z Sowiecką. Na placu ubodzy lokalsi sprzedają pamiątki, magnesy, drewnoplastykę, ale można z nimi pogadać o Tarkowskim , który wychowywał się w pobliskim Juriewcu. To są ślady starej rosyjskiej inteligencji, człowiek zrzucony w hierarchii społecznej bardzo nisko nie zapomniał jednak o swoich korzeniach, choć teraz sprzedaje na ulicy za grosze malowane jaja (nie wielkanocne, to jest taki religijny gadżet, na jajach przedstawiani są święci). Na obiad wybraliśmy się na ulice – a jakże – Socialisticzeską, do baru Vega. To nie jest bar, to jest restauracja, sauna, dyskoteka, dom ślubny, czort wie co jeszcze. Ale jak my tam byliśmy, to był bar. Głównym daniem była lokalna specjalność – pieróg z wątróbką (fot. 6). Zamówiłem dwa koniaki ormiańskie, kelnerka się zaniepokoiła, czy mi to wystarczy. Oczywiście, że nie, ale nie chciałem się upijać w połowie dnia (to znaczy chciałem, ale wybrałem nalewki). No i wracamy do cen. Na fotkach 7 i 8 widać fragment menu. Za setkę wódki płaci się 100 rubli, w Moskwie za pięćdziesiątkę płaci się 150. Menu alkoholowe rozbudowane, a ceny – sami widzicie. A jedzenie za pół-darmo.

Powrót – tym razem inną trasą, przez Suzdal. To turystyczna atrakcja, największe zagęszczenia cerki na km2, cztery klasztory. I lokalny napój – miedowucha (fot. 9). Woda, miód, drożdże, po tygodniu napój o mocy kilku procent gotowy. Ale wersji przemysłowej niedobry, na rynku sprzedają go lokalsi, dają spróbować (ma wiele wersji smakowych), taki domowy cały czas fermentuje, jest więc nagazowany.

No i już wkrótce był koniec – ostatnie zakupy i powrót (fot. 10). Szybkie podsumowanie – koniaki armeńskie sa przesłodzone, smak toffi, krówki czy kandyzowanych owoców dominuje. Nie dotyczy to produktów firmy Ararat, ale ona jest w rękach francuskich i właściciel narzucił inny smak (mocno wytrawny w wersjach młodych). Przemysłowa tutowka z Armenii nijak się ma do wersji domowej, trudno wyczuć morwę (kupiłem niestarzoną, starzone z firmy Arcach są niezłe). Wygrywa koniak z Kizliarki, no i sama kizliarka. W miejscowości Kizliar jest wytwórnia koniaków [http://www.kizlyar-cognac.ru/], to naprawdę dobre produkty (z charakterystycznym popiersiem Bargrationa na etykietach – wreszcie ktoś, kto nie pobił Polaków), ale oprócz nich specjalizuje się w tradycyjnej kizlarce – destylacie z winogron. A od jakiegoś czas u rozszerzyła asortyment o destylaty z pięciu innych owoców, w tym z jabłka, który wypiłem – no i to jest to. Poziom węgiersko/austriacko/jugolski, oby tak dalej. Przy następnym wyjeździe skupię się jednak na Moskwie, przecież mam już przewodnik. No i cały czas przede mną wizyta w Parku Gorkiego…
 

środa, 26 kwietnia 2017

Co pił Jerzy Piotrowicz

Otóż Jerzy Piotrowicz pił coś w kolorze herbacianym z kieliszka podobnego do koniakówki. Tyle widziałem na filmie wyświetlanym w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Jerzy Piotrowicz poza tym pił za dużo, i możliwe jest, że ten zwyczaj przyspieszył jego zgon. Mogliście w Poznaniu zobaczyć jego wystawę, ale już się skończyła. Za to w knajpie na Rynku, „Piwko naprzeciwko”, od lat wisi kilka jego obrazów, więc nic straconego. Ja do tej knajpy zachodzę na wódkę z tatarem, tatar jest dobry, duży i świeży, pieczywo do niego też jest dobre. Niech was nie zwiedzie ta recenzja, tatar jest siekany, a nie mielony. Wódka w normalnej cenie, czasami barmanka się pomyli i naleje do kieliszka czegoś smakowego zamiast czystego, widocznie w Poznaniu tak mają.
Kiedy mam się gdzieś udać, sprawdzam wpierw czy na pewno będę miał się tam czego napić, jak mam wątpliwości to zabieram zapasy. Tym razem w sąsiedzkim sklepie była przecena i kupiłem kilka butelek Cointreau w cenie 40 zł za 0,7 l. Wziąłem ze sobą, ale czy to był dobra decyzja? Cointreau w zasadzie jest do drinków, po wypiciu butelki człowiek jest zasłodzony, przesiąknięty aromatem skórki cytrynowej jak ciasto, przez kilka dni mu się tym odbija. Problem w tym, że w Poznaniu alternatywy nie było. To znaczy była, w postaci sieci Żabek, ale tam głownie whisky i bourbony, ja za nimi nieszczególnie przepadam. Zaraz koło mojego lokum na Garbarach był świeżo chyba otwarty sklep sieci Duży Ben. Pięć sklepów, pięć porażek. Asortyment jak w sporym markecie, ceny jak w Żabce, w promocji jedna czysta wódka. Stoją solidne enomatiki, a kraników leje się... kalifornijskie siki. Kupili enomatika za kilka tysięcy, żeby polewać jakieś Gallo. Przeprosiłem się z Żabką, wypiłem Jima Beama, poszedłem na bani do muzeum miejskiego w ratuszu, cholera, niewiele pamiętam.

środa, 30 listopada 2016

Co pił Mikołaj Kopernik?

Nawiedziłem miasto pierników – oczywiście po to, by nakarmić zwierzęta w zoo. To w Torunie jest możliwe, bo w tamtejszym zoo jest kilka zwierzaków zagrodowych, a w kasie sprzedają dla nich karmę. No ale nie sama karmą dla osłów człowiek żyje, więc kupiłem coś i dla siebie. To są produkty dostępne w całej Polsce, ale jednak pite w Toruniu kilkaset metrów od pomnika Kopernika smakowały inaczej. W Toruniu kiedyś byli dwaj niemali sprzedawcy alkoholu – lokalny Polmos i Toruńskie Piwnice Win. I to się nie zmieniło, ale obecnie firmy te działają pod nazwami Toruńskie Wódki Gatunkowe i Henkell & Co, Polska, sp. z o.o. Ta druga firma to producent produktów prowymiotnych, wystarczy wymienić wina Castell, Nalewkę Babuni (nie mylić z podpaskami babuni), wermut Totino, brandy Romate, a od niedawna gin Lubuski (wspominałem, że przy okazji zmiany producenta zmienił smak – z à la jałowcowego na zdecydowanie błotno-piwniczny). Więc skupiłem się na tej pierwszej, zwłaszcza, ze jakiś czas temu zobaczyłem, że robią chrzanówkę – pod nazwą Toruńska Chrzanówka – a jestem po pierwszych doświadczeniach „zrób to sam” z taką wódką. Wypiłem chrzanówkę, żurawinówkę, malinówkę i piernikówkę. Po kolei: chrzanówka (37,5%) –  całkiem niezła, lepsza od mojej i trochę gorsza od rosyjskiej, słaby aromat, mocny smak świeżego chrzanu; żurawinówka (37,5%) – w zasadzie bez cukru, więc wytrawna, trochę za bardzo w związku z tym drapiąca w gardle, smak raczej naturalny; malinówka (32%) – mało cukru, wiec nie przypomina nalewki malinowej tylko wódkę o smaku malinowym, ale smak naturalny, nie czuć syntetyczności znanej mi np. z produktów Absoluta, trochę zaskakuje, ze przy małej mocy nadal czuć gryzienie w gardle, ale generalnie OK.; piernikówka – ta nalewka ziołowa, ale wyczuwalny jest smak piernika (czyli ktoś wiedział, z czego robi się pierniki). Zaskakująco dobre jak na produkty przemysłowe. Gorzelnie można zwiedzać, jest przy niej sklep firmowy, ale może innym razem tam się wybiorę, to jest dość daleko od centrum, po prostu mi się nie chciało. Wódki kupowałem w sklepie przy Szerokiej, 33 zł za 0,5 l, wszystkie w fajnych butelkach typu krachla – dobre na prezent. Pisze wódki, ale oczywiście te o mocy poniżej 37,5% nie są wódkami i producent o tym wie. Nie wiedział producent Żołądkowej Gorzkiej i przy kolejnej obniżce mocy alkoholu (tym razem do 36%) zapomniał usunąć z etykiety napis „wódka” – skończyło się karą i publicznymi przeprosinami w prasie.
Wspomniałem o własnej chrzanówce – następny wpis o moich tegorocznych rękodzielniczych wytworach.

wtorek, 11 października 2016

Bocian podrzucił mi żubra w Biedronce


Starka to żytnia wódka starzona w dębowych beczkach. Może zawierać dodatki: wino, liście lipy lub jabłoni. Najmłodsza ma 5 lat. Proste? No nie tak zupełnie. Bo jest jeszcze „Starka”, rosyjska lub litewska nalewka, do której produkcji można użyć starki, ale nie trzeba. No i taką właśnie „Starkę” nabyłem, w dodatku nabyłem w Biedronce. Do dyskontów po alkohol się nie udawam, wybór jest mały, a ceny wcale nie najniższe. Mój uniwersalny miernik cen – 0,7-litrowa butelka brandy Stock – sytuuje Biedronkę w środku stawki. Ale tym razem skusiła mnie nowość (?) i przystępna cena – 29 zł.
No i nabyłem butelkę 0,5 l, mocy 43%, z etykietą przedstawiającą bociana w stroju kelnerskim, podającego na tacy butelkę z dwoma kieliszkami. Na etykiecie tej butelki jest bocian podający butelkę, na której etykiecie jest … itd. Na oryginalnej kontretykiecie napis, który musze przytoczyć w całości: „They say that in old days Lithuanian men would make Starka to celebrate the birth of their first son. Unique drink delivered by the stork. Strong & special. Aged in oak barrels, , with the leaves of apples and pears. We are proud of Stumbras Starka. A recipe unchanged. Respect for the traditions of our men. Stumbras Starka original spirit drink. Ingredients: softened water, rectified grain ethyl alcohol, wine, brandy, sugar, apple-tree and pear-tree leaves, spices, colour: plain caramel”. Polska kontretykieta: “Napój spirytusowy “Stumbras Starka”. Składniki: woda zmiękczona, zbożowy rektyfikowany spirytus etylowy, wino, brandy, nalew z roślin, barwnik: karmel, cukier”. Czyli jest i nawiązanie do oryginalnej starki, którą zgodnie z tradycją zakopywano w beczce w ziemi przy urodzinach syna, a konsumowano przy jego weselu (stąd zapewne pojawienie się na etykiecie bociana), są starczane liście, jest i sama beczka – ale cała reszta dodatków wygląda tak, jakby po zakończeniu przyjęcia zlał resztki z kieliszków, posłodził i zabrał się do konsumpcji. No i ja się niestety zabrałem, w skrócie napiszę tylko – koło beczki to nie stało, najwięcej jest cukru, głowa – oprócz bólu – ciągle pracuje nad odpowiedzią na proste pytanie: po co? Po co ktoś zrobił taką mało pijalną zlewkę? Jedna z najgorszych ziołowych nalewek, jakie piłem.
A skąd trzecie zwierzę, żubr, w tytule? Bo nazwa producenta, Stumbras, przetłumaczona polski to właśnie „żubr”. Produkują wódki czyste – zbożowe, pijalne, mają model z kłosem w środku, po zakończeniu konsumpcji kłos można zjeść, poza tym „Trzy dziewiątki”, słynną nalewkę opisywaną przez Wańkowicza jako „Trisz divinis” (obecna nazwa litewska Trejos Devynerios), cała masę smakowych wynalazków. Raczej rzeczy podłe, biedronkowy bocian niestety moją opinię tylko potwierdził.

niedziela, 2 października 2016

Co pił Archimedes?

Tym razem padło na Syrakuzy. Nie, nie jedne z siedmiu Syrakuz w USA, ale Syrakuzy na Sycylii. To trzeci mój pobyt na tej wsypie i mam nadzieję, że nie ostatni. Syrakuzańskie stare miasto to de facto wyspa Ortigia, poza nią jest jeszcze na północy miasta zbiorowisko ruin greckich i rzymskich, ale tam pokoju nie wynajmiecie. Wyspa rozciąga się między mostami (dwoma, trzeci zlikwidowano niedawno) a zamkiem maniaków (Castello Maniace). Warto zatrzymać się bliżej mostów i to w uliczkach, na które nie wjechał samochód Googla, bo im bliżej maniaków tym więcej turystów i wyższe ceny. Polecam Ortigię na kilkudniowy pobyt, potem zaczniecie się nudzić i oprócz picia niewiele zostanie do roboty (czyli wreszcie będzie można się skupić na zasadniczym celu wyjazdu). Wycieczki kolejowe są możliwe, ale odległości do ciekawych miejsc są spore, lepiej wynająć samochód, we Włoszech prowadzący może mieć do 5 promili alkoholu we krwi. Jak zwykle wypiszę listę miniporad turystyczno-alkoholowych, jak kto ciekawy, mogę dopisać coś więcej.
Piwo: jak to zwykle na prowincji włoskiej królują koncernowe lagery, pierwsze piwo kraftowe widziałem na lotnisku w Katanii. Z lagerów króluje Dreher, całe nowe miasto (to za mostami) usłane jest pustymi butelkami (w każdym razie parki i skwery), widocznie jest dobre przecięcie cena/jakość. Z Dreherem jest ciekawa sprawa, pan Anton Dreher w XVIII wieku pozakładał masę browarów w cesarstwie austro-węgierskim, ale także we Włoszech. Tak wiec jest włoski Dreher i węgierski Dreher, ale nie mają już ze sobą nic wspólnego (zapewne poza koncernowym smakiem) – włoski jest Heinekena, a węgierski SABMillera.
Wino: potwierdzam starsze relacje: wina białe są kiepskie (w porównaniu z czerwonymi na tym samie poziomie cenowym), ale w ogóle wszystkie na niskiej półce są kiepskie, trzeba się wspiąć na poziom 6€, a najlepiej 8€. Co nie ma sensu, bo w tej cenie można kupić solidną flaszkę czegoś mocniejszego.
Mocne alkohole: za 8-10€ można kupić 0,7 l grappy, sambuki, brandy albo rumu. Trunki starzone są o ok. 5€ droższe. Za 10€ kupiłem 0,5 l Grappa dell’Etna, „affinata in barrique”, faktycznie beczka złagodziła ostrość grappy i faktycznie została wyprodukowana pod samą Etną – wytwórnia Russo w miejscowości Santa Venerina. Pozostałe ciekawostki opisze osobno poniżej.

Gdzie pić: w zasadzie już pisałem – za mostami. Tam gdzie nie ma turystów. Ceny maleją kilkakrotnie. Ale też zawsze was zaskoczą – bo Włosi leją alkohol „na oko” – i tak samo wyceniają. Znalazłem np. knajpkę Il Girasole (Słonecznik) (w zagłębiu punktów bukmacherskich na Largo Empedocle), gdzie nad barem stały trunki, o których właściciele nic nie wiedzieli – jakby były tylko dekoracją. A wśród nich starzona grappa (zapomniałem nazwy), mocna i smaczna. Za każdym razem dostawałem inną porcję (ale zawsze słuszną) i w innej cenie (ale zawsze rozsądnej). Rekordowa nalewka jest na zdjęciu – obok półlitrowa butelka wody dla porównania.
Gdzie kupować: jak zwykle radzę znaleźć solidny market. Wpierw znalazłem Conada na Via Re Ierone, ale potem odkryłem Deco na Corso Gelone – to samo Deco, które ratowało mnie w Rzymie. Kupicie tam i picie, i niezłe jedzenie – w bardzo dobrych cenach. Odradzam mniejsze sklepy, nawet sieciowe (Crai), kiepski wybór alkoholi, towary spożywcze biedronkowe (np. krem z pistacji taniutki, ale w 50% składa się z oleju palmowego). Sklepy specjalistyczne z alkoholem nie są na moją kieszeń, ale jeden muszę polecić. Firmowy sklep firmy Sicilsapori na Via Amalfitania 11/13, to jest samo centrum Ortigii, niedaleko katedry. Tam są produkty lokalne: likiery, przetwory owocowe, makarony, wina i destylaty. Słynne limoncello w prawie idealnej wersji (30%), naprawdę niezłe, ale oprócz niego likiery w 9 smakach. Postawiłem na cynamon i (mimo, że słaby, 20%) to był dobry wybór. Tam też można kupić lokalny muskat bez wyprawy do winnicy. Polecam lotnisko w Katanii (do Syrakuz dotrzecie zapewne właśnie przez nie). Kilka sklepów, każdy inny, spory wybór alkoholi – o wiele większy niż w Rzymie, gdzie firma Aelia (znana już z Okęcia) wzięła wszystko i wybór jest w zasadzie żaden.
Gdzie jeść: zazwyczaj o tym nie pisze, ale tym razem poradzę – kupujcie arancini na wynos. Tanie i lepsze od pizzy. Są liczne inne przekąski, ale zazwyczaj we francuskim cieście, za którym nie przepadam. Jak chcecie odchudzić portfel, jadajcie w restauracjach. Ale polecam cukiernie, ciekawe ciasta, ciastka, granity, sorbety, lody – ale pamiętajcie, tylko za mostami!
Ciekawostki: szukałem produktów lokalnych. Pisałem o likierach, sycylijską specjalnością są cytryna, pomarańcz (ale skórki, nie miąższ) i pistacje – ale poeksperymentujcie z pozostałymi smakami. Butelka 0,5 l = 12€, 0,2 l = 8€, 0,1 l = 6€. Te likiery nazywają się rosolio – czyli to są nasze rosolisy (cynamon to cannella, jak zapomnicie, to rysunki na etykietach ułatwią wam wybór). Lokalne wino to muskat. W Syrakuzach jest nawet producent, Azienda agricola Pupillo na Contrada Targia, to jest coś w rodzaju agroturystyki, jest hotel, są degustacje. Ale dojechać trzeba samochodem. Kupiłem za to na Via Amalfitania inną butelkę Moscato di Siracusa – nie znam producenta (a wiec może to było Pupillo), wyprodukowano dla Sicilsapori, rocznik 2011, 14%, 0,5 l kosztuje 18€, niestety to standardowa cena (poza wyjątkiem, o którym później). Muskat jak muskat, trochę za mało słodki, za to ma w smaku jakieś grzyby, pleśnie, coś łamie smak typowego Muskata, ale i tak niewarte swojej ceny. I tu mam dobrą wiadomość. Równie znany jest muskat z Noto. Wsiadacie więc w Syrakuzach do pociągu, za 3,5€ w pół godziny jesteście w Noto. Zwiedzacie albo nie, w każdym razie na samym końcu turystycznej trasy (to jeden długi deptak), tuż przed rondem, po prawej stronie jest sklep z winami. W środku są wina z beczek a także moscato di Noto w plastikowych butelkach. 10€ za 1 l (na zdjęciu to ta duża butelka po lewej od destylatów). A smak.. a smak bardzo podobny do tego z Syrakuz.
Jak macie samochód do możecie pojechać do dużej i znanej winnicy sycylijskiej – Planeta, a raczej do jednej z winnic tej firmy, Contrada Buonivini koło Noto. Degustacje, poczęstunki – cennik jest na stronie. Po drodze do Noto mija się Avolę – od tej miejscowości wziął nazwę najsłynniejszy szczep sycylijski, Nero d’Avola. Jak wypić nerodawolę z Avoli? Wystarczy w Syrakuzach w niedzielę pójść do budynku starego targu (nie mylić z Antico Mercato pod gołym niebem, czynnym codziennie). Tam rozkładają swoje stragany lokalni producenci (tacy raczej root czy eko), między innymi Azienda Avola Nicoletta. Sprzedają nerodawolę w plastikowych butelkach – 1 l za 2,5 €, 5 l za 8€. I co? I okazało się pijalne! Tak wiec nie obawiajcie się plastikowych opakowań i niskich cen.
Aha, Archimedes, byłbym zapomniał, urodził się i zginął w Syrakuzach. Niedouczeni twierdzą, że wymyślił śrubę, a ja wiem, że wymyślił korkociąg.

czwartek, 8 września 2016

Co pił akademik Łomonosow?

Przepraszam za nieobecność, ale znalazłem już jej winnego. To firma Google. Chciałem po powrocie z wyjazdu napisać notkę i okrasić ją pokazem slajdów. Na Blogspocie (Bloggerze) to nic trudnego. Wrzucasz zdjęcia do Picasy, układasz w pokaz slajdów, kopiujesz jego kod, wklejasz do bloga i gotowe. A tu nie ma Picasy. W zamian jakaś usługa, która kastruje zdjęcia do rozdzielczości 10 dpi, w dodatku jak ją znalazłem, to nie miała jeszcze slajdów. Po kilku dniach się pojawiły, ale bez kodu. Poddałem się. Nie wygram z panami Brinem i tym drugim przystojniaczkiem. Rozwiązaniem jest przejść na Wordpressa, ale kto by mnie wtedy odnalazł. Walczę z Brinem jego własną bronią, pokaz zdjęć wykonałem korzystając z guglowkiej funkcji „docs”. W opisach podaje numer zdjęcia, musicie je odszukać sami.
Teraz możecie już zacząć lekturę, a żeby była milsza proponuję podkład dźwiękowy. Utwór zespołu Leningrad „W Piterze pić” – zespół co prawda od lat zjada własny ogon (a raczej sznur) , ale treść piosenki dokładnie odpowiada treści notki, a jako alternatywę utwory narodnego artysty Koli Bieldego – polecam jeden z utworów o jeleniu, „A olieni lutsze”, co prawda nie jeździłem na jeleniu, ale jadłem go z puszki.
Celem ostatniej wyprawy były noce. A konkretnie białe noce w Petersburgu. Chciałem zobaczyć, jak to jest nie mieć nocy. Dla niektórych pijących to może być problem – jeśli ktoś nawykł pić jedynie po zmierzchu, to się nie napije, a jak ktoś zamierza pić do rana, to musi się uzbroić w cierpliwość. Ale wbrew pozorom najgorzej mają abstynenci – akurat trwał ramadan, w czasie którego nie można nawet pić wody – jak tu ugasić pragnienie, skoro nie nadchodzi zmrok? Rozwiązanie jest trywialne, zmrok i poranek zostały zastąpione ustalonymi godzinami. Ale ustalone godziny, tu będące wybawieniem od posuchy, mogę też być utrudnieniem w ugaszeniu pragnienia. Bo w Rosji jest częściowa prohibicja, w Moskwie alkohol można w sklepach kupić do godziny 23, a w Petersburgu zaledwie do 22. Przedsiębiorczy sprzedawcy znaleźli sposób na obejście tego przepisu – w sieci sklepów RosAl, całodobowo trwa wyszynk, po 22 można tam kupić butelkę do spożycia na miejscu (teoretycznie powinna zostać otwarta, zapewne tak nie jest, bo jak tu wynosić otwarte wino musujące) i wziąć ją ze sobą. Jak wygląda taki sklep – czytajcie dalej. Wizyta była dwuetapowa – Moskwa i Petersburg. Moskwę znam, wiec zamiast zwiedzaniem zajmowałem się intensywnym spożyciem, tak wiec niewiele napiszę, bo też i niewiele pamiętam. Petersburg znowuż zwiedzałem, wiec i alkoholu spożyłem mniej – i tak źle, i tak dla treści blogowych niedobrze. Szukałem z jednej strony miejsc oldschoolowych, które nie zmieniły się od czasów radzieckich, z drugiej strony czegoś najnowszego, hipsterskich nowalijek. O tych miejscach na końcu, teraz o samych napojach.
Nastroje antyalkoholowe. O prohibicji pisałem, przy wjeździe do Moskwy banery zachęcają do podzielenia się z władzami wiedzą o nieprawidłowościach w sprzedaży alkoholu. A w samym mieście mural antyalkoholowy (zdjęcie 1), plakaty antyalkoholowe i podobno antyalkoholowe jaczejki, które spożywających na ulicy piwo namawiają do tradycyjnej rosyjskiej abstynencji. Mnie nie namówili, bom nie Rosjanin.
Napoje bezalkoholowe. Pisałem kiedyś o napoju estragonowym, tarchun, tym razem postawiłem przed sobą zadanie – znaleźć i polecić najlepszy tarchun. Słowo daję, wypiłem ich chyba osiem, ale nie pamiętam zbyt dużo (bo piłem je w Moskwie). Dwie wskazówki – musi być raczej droższy i powinien pochodzić z krajów postsowieckich – np. Osetii albo Armenii. Nie mam zdecydowanego faworyta, w każdym najczęściej raził mnie trochę za wysoki poziom cukru. Przy okazji pojawiła się nowość (a raczej odrodziła, bo nowością wcale nie jest) – napój z berberysu. Kolor oranżady i smak oranżady – a jednak to naturalny berberys. Przy Placu Czerwonym rozłożył się sezonowy jarmark z rękodziełem i tradycyjnymi kulinariami, tam stały straganiki z napisem „Smak dzieciństwa”, na których rozlewano tradycyjne napoje – to trochę odpowiednik naszych saturatorów. Wyglądało to tak że z olbrzymich szklanych stożków do szklanki wlewano trochę syropu (pięć smaków do wyboru, między innymi właśnie tarchun i berberys – zdjęcie 2), a potem resztę uzupełniano wodą gazowaną. O dziwo napoje były smaczne i pijalne, porównywalne z tymi butelkowanymi.
Pierwsze tarchuny kupiłem na Bazarze Daniłowskim, to moskiewski odpowiednik naszych targów śniadaniowych – bardzo duża przestrzeń wypełniona w środku stoiskami spożywczymi, pod ścianami barki zarówno z potrawami tradycyjnymi jak i hipsterskimi nowalijkami (zdjęcie 3). Mieszają się bliższy wschód, dalszy wschód i zachód. Ceny raczej wysokie, ale warto obejrzeć. Znużonych hipsterką zachęcam do odwiedzenia targu Dorogomilskiego. Zdominowany przez Azerów, dobrze zaopatrzony, imponujący dział mięsny. Ale z napojami krucho, a z alkoholem zupełna porażka. I co z tego, skoro w okolicy jest najlepszy monopolowy w Moskwie?
Jak zwykle opiłem się znakomitych wód mineralnych – Essentuki 4 i 17 oraz Nowotierska. Kupujcie największe pety, i nie szukajcie jej w sklepach najtańszych i najdroższych – to typowa średnia półka.
Soki owocowe – zaskoczenie, ale sok z brzoskwini i moreli mają tu znakomity. Aksamitny, śmietanowy, gęsty, smaczny – u nas takich nie ma. A wiec u nas pijcie jabłko, a morelę zdecydowanie w Rosji.
Piwo. Zachodzi tu proces podobny do naszego. Piwa koncernowe są coraz gorsze, ale napłynęła nowa fala i bez problemu można kupić piwa rzemieślnicze – na podobnym poziomie co u nas. Z tym, że ten pierwszy proces wyraźniej czuć, bo wszystkie koncerniaki wypite przeze mnie nadawały się do zlewu. Zero chmielu, ale za to smakują jak dosładzane. Koncerny (tak jak u nas) chcą pożreć rzemieślnicza konkurencję, więc same produkują jakieś ale’e, wypiłem dwa i to nie stało nawet np. koło AIPY z Żywca (która nie stała nawet koło średniego kraftu).
Cydr. Powoli się pojawia, są nawet wyspecjalizowane bary z cydrami, ale raczej importowanymi, lokalna produkcja skromna (dostępna głownie w miejscach, gdzie są piwa rzemieślnicze). Na moskiewskim rynku jest od niedawna polski Cydr Ignaców, podobno nieźle się sprzedaje. Na wspomnianym targu koło kremla przypadkowo natknąłem się na napój zwany przez sprzedawcę „buza”, który okazał się całkiem przyzwoitym cydrem (także w wersji perry), widocznie funkcjonował już od lat jako tradycyjny napój ale pod dziwną nazwą – bo buza to nazwa lekkiego azjatyckiego alkoholowego napoju z prosa lub kukurydzy. Ciekawa natomiast jest zbieżność nazw „buza” i „booze”.
Wino. Bez szczególnych zmian, znowu tak jak w Polsce, kiedyś było większy, teraz rynek się ustabilizował, na półkach nieciekawa fabryczna produkcja, a wina lepsze za drogie. Pojawiły się sklepy oferując wina z nalewaka, ale już ich nie ma. Pozostałem przy swoim dawnym wyborze – wino musujące Abrau Durso, dobra cena, dobra jakość, jest w wersji brut. W zasadzie dostępne w każdym sklepie. W Petersburgu w sklepie RosAl skusiłem się na jakieś tanie modele –w tym na legendarne Russkoje Szampanskoje, bo źródłowo pochodziło właśnie stąd (zdjęcie 4). No i dostałem dokładnie to, co mogłem dostać za 10 zł.
Mocne alkohole. W zasadzie jedno odkrycie, w knajpie Kamczatka dostałem lokalnego wyrobu chrzanówkę. Nic prostszego –zalewa się pokrojony korzeń chrzanu wódką i czeka. Jeśli chrzan jest świeży to dominuje nad smakiem wódki, wiec można użyć jej najgorszej odmiany. Zachęcony, po powrocie zrobiłem sam i zadziałało. Przy okazji zalałem przywieziony świeży estragon (targ Dorogomilski! Prosto z Azerbejdżanu!), w efekcie dostałem coś o smaku anyżówki (zdjęcie 5). Zrobiłem też przy okazji nalewkę ziołową i dereniową, ale te muszą swoje odczekać.
Gdzie kupić. W Petersburgu zdecydowanie sieć RosAl. Duży wybór, otwarta po 22, można pić na miejscu, mają swoje broszurki z wykazem promocji, a te robią wrażenie. Na przykład koniak Fathers Old Barrel – jak sama nazwa wskazuje rosyjski – w promocji kosztuje 23 złote za 0,5 l. trunki importowane nadal mają ceny wyższe niż u nas, ale przecież nie tego szukamy w Rosji. Jak wspomniałem przy sklepach są kanciapy z możliwością spożycia na stojąco, ale ostrzegam – bez toalet. To nie jest standard, ale w Petersburgu są takie miejsca, o tym zaraz. Sieć Aromatnyj Mir pogarsza się roku na rok, nie warto – to się zrobił taki rosyjski Nicolas, słaby wybór i wysokie ceny. W Moskwie polecałem już sklep na rogu uli Możajskij Wał i Płatowskaja. Niech was nie zmyli napis „Wino” i fakt, że trzeba zejść do piwnicy. Warto od niej zejść.
Piw (i cydrów) rzemieślniczych w Moskwie trzeba szukać w sieci sklepów GławPiwMag (zdjęcie 6). Z tą siecią to przesada, sklepy są dwa, ale polecam. Oprócz napojów są typowe zakąski, czyli suszone ryby i wodorosty. Leją z około osiemdziesięciu kranów, są także piwa i cydry w butelkach. Ceny porównywalne z polskimi. Gdzie pić. Jak pisałem szukałem nostalgii i hipsterki. Nostalgia to typowe riumocznyje – wódczany wyszynk na stojąco. W Moskwie jest w centrum jedna, schodkami w dół, wszystko w kafelkach, „tualiet nie rabotajet”, na szczęście są kanapki na zakąskę – ze szprotką, smalcem, serem (zdjęcie 7). W Petersburgu też znalazłem jedną w centrum – przyklejona do sklepu, ale sklep nie działał, wszystko w plastiku, za zakąskę służy napój owocowy. Nie ma toalety, wiec cała ulica śmierdzi moczem. Hardcore! Super! Za setkę piercowki i setkę soku o smaku pestki wiśniowej zapłaciłem 5 zł. Jeszcze lepiej! (Piercowka to typowa rosyjska wódka na ostrej papryce.) Strzeżcie się podróbek (zdjęcie 8) – w prawdziwej riumocznej nie ma whisky i ginu. Zwiedziłem jeszcze kilka (ale mniej hardcoreowych) miejsc, niestety one zanikają, choć te, które się pojawiają, nadal szanują klienta, który wpadł tylko na „setę i galaretę”. Na przykład w centrum Moskwy knajpa Kamczatka, prowadzona przez Arkadija Nowikowa. Nowikow to taki rosyjski Gordon Ramsey, stworzył dziesiątki restauracji, w tym też takie nostalgiczne. Kamczatka to piwbar, ale tam właśnie wypiłem chrzanówkę. Popiłem niezłym Kraftem i zakąsiłem super kanapką ze szprotką – wielką jak bochen. I ceny ludzkie.
Ale jak chcecie spróbować kraftów to polecam hipsterski Beer Happens (zdjęcie 9). 30 kranów, masa butelek, nowofalowe menu zakąskowe. Doliczyłem się 10 pracowników, i to zaraz po otwarciu, wieczorami podobno jest full. A na ścianach mech – tak, sprowadzili ze Skandynawii prawdziwy, ale zasuszony i zaimpregnowany mech, wygląda jak żywy. Ceny zbliżone do warszawskich, ale ten mech, gdzie u nas jest mech w knajpie? Pleśń jest, ale mech?
Tradycyjnie odwiedziłem WDNH (Wystawka Dostiżenij Narodnogo Choziajstwa), tradycyjnie nabyłem koniak Ararat w stoisku Armenii, ale tym razem zabrałem go do knajpy Władiwkawkaz, gdzie są wspaniałe osetyńskie pirogi (a także niezły osetyński tarchun i abchaskie wino, czyli oryginalny azjatycki mix – zdjęcie 10). WDNH staje się hipsterskie, sporo młodzieży, jeżdżą na rowerach, deskorolkach i segwayach. A w Petersburgu mniej hipsterska młodzież pije w parkach, gdzie nie jest to zakazane. W czasie mojego pobytu szalały w tym rejonie silne burze, ze względów bezpieczeństwa zamknięto parki, więc młodzież (a były to dni zakończenia roku szkolnego) przechodziła przez czterometrowe ogrodzenia, by wypić w spokoju pod chmurką. W Moskwie parków jest mniej, ale widziałem liczne ślady ulicznej konsumpcji – lokalni preferują koniaki, nie dziwę im się. Na zdjęciu 11 uliczna kapela, która przez kilka godzin dość sprawnie grała (głównie utwory Beatlesów), a za uzbierane pieniądze piła cały czas, wraz ze swoimi groupies.
To tyle, na pewno połowę zapomniałem, ale chce powtórzyć ten wyjazd za rok, może będę uważniej notował, jeśli macie jakieś sugestię chętnie posłucham. Na razie szykuję się do następnej podróży, bilety w kieszeni, plan naszkicowany, butelki na horyzoncie!

czwartek, 9 czerwca 2016

Co pił Aleksander Antonow?

Raz na jakiś czas nawiedzają mnie rosyjscy goście, dostaję wtedy alkoholowy zestaw składający się zazwyczaj z: wina musującego, wina czerwonego (tym razem krymskiego - #krymnasz!), wódki zbożowej, koniaku i destylatu owocowego. O destylacie otrzymanym tym razem pisałem już – to ormiańska tutowka czyli morwówka. Ta na zdjęciu to wersja leżakowana trzy lata, zdecydowanie najlepsza propozycja od firmy Arcach. Arcach to Górski Karabach, teren sporny między Armenią i Azerbejdżanem, w sporze tym stronę Ormian wzięła Rosja, stąd dużo towarów armeńskich w sklepach rosyjskich - a słynny koniak Ararat jest dostępny w każdej knajpie. Ostatnio piłem nieleżakowaną tutowkę domowej roboty – fajny owocowy bimber, ale dąb zdecydowanie poprawia toporny trochę smak. Skupmy się jednak na wódce. Może niedokładnie widać to na zdjęciu – butelka ma kształt wilka, a trunek nazywa się Tambowskij Wołk. Tego wilka zna cała Rosja, bo jest bohaterem powiedzenia: „Tambowskij wołk tiebie tawariszcz” – czyli: wilk z Tambowa jest twoim towarzyszem. Za rosyjską wiki przytoczę trzy potencjalne źródła tego bon-motu – rzecz dotyczy albo przestępców sprowadzanych do zakładania miasta Tambow zwanych wilkami, albo sezonowych okolicznych chłopów ściągających do miasta i odbierających pracę miejscowym, albo uczestników powstania tambowskiego z lat 1920–1021 (tzw. antonowszczyny). Powstańcy walczyli i z czerwonymi i z białymi (a sami byli zwani zielonymi), bo ich cel nie był polityczny ale bytowy – po prostu bronili się przed grabieżą. Przywódcą powstania był Aleksander Antonow, większość ofiar stanowili chłopi zabici „przy okazji”, z powstaniem walczono np. przy pomocy podpalania olbrzymich połaci lasów w celu pozbawienia buntowników miejsca schronienia, generał Tuchaczewski planował nawet użycie broni chemicznej. Taka sowiecka Wandea. A skąd powiedzenie? Otóż powstańcy tez używali zwrotu „towarzysz”, wiec gdy przesłuchiwani zwracali się tak do krasnoarmiejców w odpowiedzi słyszeli właśnie taką odpowiedź.
Wódka całkiem przyzwoita, ale zaintrygował mnie skład: spirytus Lux, woda oczyszczona na poziomie molekularnym, syrop cukrowy, spirytusowy nalew na chrupiące bezdrożdżowe chleby z ziarnami, miód. Czyli typowy rosyjski patent – spirytus Lux a do smaku jakiś destylat o wyraźnym smaku. Ale nalew na chleby? W każdym razie sprawdza się. Termin przydatności do spożycia – nieograniczony, wartość kaloryczna 22 kcal/100 cm3. Czegóż chcieć więcej?
Dostałem też zestaw kieliszków „nostalgicznych”, na jednym z nich symbol KGB, może uda mi się skompletować do nich taki z symbolem Gestapo?
PS. Na zdjęciu dwa dodatki. Po latach Ikea wróciła do sprzedaży alkoholu – dawno temu sprzedawała nawet szwedzkie wódki, ale od lat oferowała tylko cydry bezalkoholowe (choć w restauracji było prawdziwe wino w małych buteleczkach). Teraz w sklepie spożywczym pojawiło się piwo Norrlands Guld Ljus – to cieniutki lager, ale za to ekologiczny – te piwa mają już w Polsce dystrybutora. Na butelce napis: „I trafiken? Avstå alkohol!” – czyli „Piłeś? Nie jedź!”. Czy z etykiet można się uczyć języków? Po to właśnie stoi druga butelka – rumuńska brandy Zaraza (zresztą całkiem niezła, polecam). Co znaczy Zaraza? Moje słowniki tłumaczą „zaraza” jako „Zaraza”, to wskazywałoby na nazwę własną. I tak chyba jest, „Zaraza” to tytuł znanego rumuńskiego tanga autorstwa Iona Pribeagu, wykonywanego przez Cristiana Vasile (a tak dokładnie to rumuńska wersja argentyńskiego tanga Benjamina Tagle Lary). Legenda miejska mówi, że Christian Vasile zaśpiewał to tango zainspirowany uczuciem do cygańskiej prostytutki imieniem Zaraza. Jest też i polski wątek tej historii – utwór ten pod tytułem „Gdy gitara gra piosenkę” wykonywała w 1939 roku Wiera Gran. A teraz ćwiczenia językowe. Co znaczy napis: „Se serveşte la temperatura camerei, după o masă bogată”? Język rumuński to twór sztuczny, są tu elementy słowiańskie, łacińskie, francuskie – więc tłumaczenie nie jest aż takie skomplikowane jak np. z węgierskiego. „Podawać w temperaturze pokojowej”, ale co to za „bogata dupa”? Słowniki podpowiadają: „Po obfitym posiłku”! „Masă” to „stół”, „bogată” to ... „bogaty”. No to teraz skład: „distilat de vin, macerat de roşcove”. Tym razem słownik trochę wymiękł i tłumaczy: „moczyć chleb świętojański” (choć inny tłumaczy „roşcove” jako „szarańcza”). To byłby ciekawy patent – do destylatu z wina dodawać nalew z chleba świętojańskiego – a może jest on dodawany przed destylacją? Zagadka podobna do tej z tambowskim wilkiem. Wiecie coś na ten temat? (odpowiedzi proszę wpisywać po polsku).