wtorek, 1 grudnia 2015

Co na rano?

Miałem odbyć pokutę za lenistwo na tym blogu (gdybym miało odbyć za lenistwo w życiu realnym, to kara byłaby dużo bardziej okrutna), wiec odbywam. Dziś wpis bezalkoholowy. Chociaż tytuł zaczerpnąłem ze scenki w sklepie monopolowym – i to nie byle jakim, takim z wyższej półki. Dwie panie kupują wino, i w ostatniej chwili przypominają coś sobie i proszą o piwo. „Co, na rano? – dowcipkuje sprzedawca. Otóż ja rano nie piję alkoholu, kiedyś robiłem to często, ale teraz jakoś rano mi tak nie smakuje. Ale za to smakuje mi zimna woda mineralna, i to naprawdę mineralna.
Otóż kilka lat temu istniał w Polsce podział na wody uzależniony od zawartości składników mineralnych. Wody dzieliły się na:
– wody mineralne niskozmineralizowane o mineralizacji poniżej 500 mg składników mineralnych na litr;
– wody mineralne średniozmineralizowane - o mineralizacji od 500 do 1500 mg/l;
– wody mineralne wysokozmineralizowane - o mineralizacji od 1500 mg/l do 4000 mg/l;
– wody lecznicze – o mineralizacji od 4000 mg/l, nawet do 24000 w wodach typu Zuber.
Teraz woda mineralna to dowolna woda wydobywana z ziemi. Jest jeszcze szczególny typ wody pitnej – woda z ujęcia publicznego – czyli zwykła kranówa w butelkach, ale w Polsce nie widziałem. W każdym razie nie jest tak łatwo znaleźć wodę, którą lubię – o mineralizacji ponad 4000 mg/l (4 g/l). Na fotce Jesientuki 17 – 12-18,5 g/l – to jest mój numer 1. No ale ma poważną wadę – w Polsce niedostępna. Ale trafiłem na wody ukraińskie: Kwasowa Polana (6,5-12 g/l), Swaliawa (4-8 g/l) i Łużańska (4,5-8,3 g/l). Kwasowa Polana trochę za bardzo metaliczna, akurat tego smaku w wodach nie lubię, mój typ to Łużańska – a wszystkie te wody „rekomendujetsa pri zniatti alkogolnoj intoksikacji” – jak znalazł! A ja znalazłem importera, tylko trochę za te wody przepłacałem, więc się przerzuciłem na katalońską Vichy Catalan – powyżej 7.5 g/l. Ma polskiego dystrybutora, ale w sklepach pojawia się i znika. Za to z sieci Alma nie znika gruzińska Borjomi – 5,5 do 7,5 g/l. Po czeską Vincentkę trzeba się udać do Czech – ale warto, nie znam mineralizacji, ale jest bardzo wysoka, no i „Vincentka je podpůrným prostředkem po alkoholových excesech”. W wielu sklepach pojawił się litewski Vytautas – 7,3 g/l, mój faworyt ze względu na cenę, bo za butelkę 1,5 l płaci się ok. 5 zł. No i nikt wam tego nie wypije, taka jest słona. A co polecam z polskich wód? Z tych ogólnodostępnych woda Henryk – 3,2 g/l. Od tego samego producenta jest Franciszek, ale ten ma 16 g/l, wiec to typowy uzdrawiacz – nie da się tego pić litrami. A wasze typy? Dalej na zdjęciu trzy napoje typu cola – Kofola, ChaiKola i Mr Dark black. Kofola to słynny czeski zastępnik Coca-coli – jest tam popularniejsza niż słynny ulepek z aspartamem. Ale niestety w Czechach smakowała mi lepiej – w Polsce wydaje mi się za słodka, muszę do niej dodawać cytryny. ChaiKola to polski produkt, nie ma nic wspólnego z colą – choć takie nuty w smaku są – bazuje na czarnej herbacie i yerba macie. Niesłodki, polecam. Mr Dark black najlepiej udaje Coca Colę, ale nie jest tak słodki – dobry do rumu. Produkt polski, jeden z całej serii od producenta DAN. Od czasu zrobienia tego zdjęcia wypiłem kilka innych nowych napojów, w tym bio colę z Włoch, o dziwo w smaku niczym się nie różni od Coca Coli, ale podobno skład ma w 100% ekologiczny. A skoro jesteśmy przy ekologii to polecam coś maksymalnie ekologicznego – lemoniada głogowa od polskiego producenta Kozia zagroda. Woda, miód, ocet jabłkowy, mięta cytryna i owoc głogu – razem dają coś wykrzywiającego twarz kwaśnością i wytrawnością, ma to kolor błota, konsystencję wodnistego błota – 100% eko! No ale żeby się oderwać od swojsko-wiejskich tematów spróbujmy czegoś egzotycznego. Trzy orientalne i dziwaczne napoje w puszkach: z trzciny cukrowej, owocu pasyjnego i kalamansi. Napój z trzciny smakuje jak rozwodniony napój z trzciny, nie mam pojęcia po co miałby to ktoś pić, pewnie to jakiś odpad produkcyjny; owoc pasyjny to marakuja lub męczennica jadalna lub passiflora lub granadilla – podobno przypomina narzędzie męki Chrystusa, ale nie wiem, które, smaczny (trochę jak mango), choć przesłodzony; kalamansi to po polsku kalamondin, cytrus stworzony w jakimś procesie à la GMO, podobno najmniej smaczny cytrus na świecie – to by się zgadzało.
Borjomi, cole i lemoniadę nabyłem w Produktach winnych i niewinnych, wody ukraińskie u importera – firma Domirat, napoje orientalne w Centrum Handlowym Marywilska.
A zaraz wyjazd – nie dacie wiary, jadę próbować napojów bezalkoholowych! Ale tylko rano. Za kilka dni sprawozdam.

wtorek, 10 listopada 2015

Co pił Pier Paolo Pasolini?

 Nie mogłem się zebrać do napisania nowej notki, choć bynajmniej nie zapominałem o piciu.  Stoi na mojej półce cała kolejka butelek do sfotografowania, a ja zanim zdążę im zrobić zdjęcie, zapominam co było w środku. Dlatego teraz piszę od razu po alkoholowym wydarzeniu – pobycie w Rzymie. Miałem co prawda pojechać do Sankt Petersburga, ale nie zorientowałem się, że zaproszenia z Rosji są tak krótko ważne i jak poszedłem po wizę, to okazało się, ze musiałbym wyjechać w ciągu trzech dni – a taki szybki to ja nie jestem. No więc w zamian wylądowałem w Rzymie. Akurat mijała 40 rocznica śmierci Pasoliniego, w telewizji był przegląd jego filmów, obejrzałem „Medeę” z Callas, tam prawie nie ma dialogów, więc to nie było takie trudne, nie obejrzałem „Mamma Roma” z Anną Magnani (chodziłem jej śladami niedawno po Wyspach Eolskich), bo tam znowuż ciągle mówili. Mieszkałem na Zatybrzu (Trastevere), to dzielnica po drugiej stronie Tybru w stosunku do głównej części zabytkowej miasta, ale ja na drugą stronę rzeki miałem trzy minuty, więc to w zasadzie jest centrum. Zatybrze jest dzielnicą knajpek, faktycznie są ulice, na których są ich dziesiątki. Tak wiec zwiedzałem, popijałem, zwiedzałem, popijałem, popijałem i na koniec jeszcze trochę popijałem. W skrócie napiszę co, jak i gdzie.
Piwo. Włochy 20 lat temu przeszły rewolucję piwną, wiec oprócz piw mainstreamowych mają tysiące piw rzemieślniczych (artigianale). Ale trzeba się trochę natrudzić żeby je znaleźć. No i ceny są dwa razy wyższe niż w Polsce (czyli 16 zamiast 8 zł), a w knajpach to już w ogóle cenowy kosmos. Tak wiec pozwoliłem sobie na kilka butelek Morettiego (najpopularniejszy we Włoszech lager, dostępny też w Polsce), duża flaszka (0,66 l) kosztuje w markecie 1 EUR. Jest fajna wersja czerwona, mocniej słodowa, są też wynalazki naśladujące jakieś lokalne style, tak wiec Moretti rządzi – szkoda, że ja akurat jestem na etapie picia ejli (no wiecie, górna fermentacja i takie tam).
Wino. Rzym leży w dolinie, wokół na szczytach są liczne winnice, to się nazywa Castelli Romani, wina są przeciętne, ale zawsze warto spróbować coś lokalnego. Poza tym tysiące win z całych Włoch, ceny od 1 EUR, żyć nie umierać. Akurat zaczął się  sezon novello (włoski odpowiednik beaujolais nouveau), kupiłem kilka, straszne kwasy, a raczej kompoty, nie próbujcie. No i oczywiście prosecco.
Destylaty. Zrobiłem wpierw research w sieci i wiedziałem, że będą problemy. Nie znalazłem nic rzymskiego, ani nawet z Lazio (tutejsza prowincja). Wiedziałem, że rzymska jest Strega (jak się okazało, rzymianie tego nie wiedzą), ale co dalej? Na miejscu poszedłem do knajpy rozsławionej w sieci, a tam też nic nie wiedzieli (facet mówi do mnie: „Strega, nie, tego nie wypijesz”, ja mu na to „Kocham Stregę”, popatrzył na mnie jak na idiotę, a jak wypiłem kieliszek to wyglądało na to, że nie chce mieć takiego klienta). No to pozostał najlepszy sklep z alkoholami w Rzymie, tam uratowali honor wskazując na Romana Sambuca. Potem się okazało, że całe lotnisko jest tym zawalone, więc możecie kupić przy wyjeździe, wersja biała i kawowa po 12,50 EUR za dużą flaszkę. Sambuca jak sambuca, koszmarnie słodka, ratuje ją przegryzanie ziarnkami kawy. Słaby wynik? Spokojnie, w doliczonym czasie strzelam zwycięską bramkę. Odnalazłem na terenie Kościoła Świętego Piotra za Murami sklepik, gdzie sprzedają produkty benedyktyńskie. Rzymskie, bo to produkują je trapiści z rzymskiego opactwa Tre Fontane (trapiści są cystersami i benektynami, trochę to skomplikowane). Kilkanaście flaszek do wyboru, ale największym klasykiem jest 42% nalewka ziołowa. Fajna, ale znowu za słodka. No ale rzymska. Nierzymskie to jak zwykle grappy, brandy, amara – trochę tego jest. Na zdjęciu jakaś wypasiona grappa, mirto, ale dość mocne (35%), likier benedyktyński, sambuca, zamiast limoncello tym razem rosolio di mandarini, czyli likier na skórce mandarynki, z lewej dziwny wynalazek, ziołowy nalew na 72 ziołach o mocy 70% (jedyne czego jeszcze nie wypiłem, zaraz biorę się do roboty).
Gdzie pić? W knajpach – łatwo powiedzieć. To jest Rzym, tu jest drogo. Wspomniana knajpa polecana w sieci polecana była przez amerykańskich turystów, dla nich kieliszek wina za 6 EUR to normalka, ja za to mogłem sobie kupić w sklepie dwie butelki pijalnego wina. Mocne alkohole w takich knajpach kosztują od 4 EUR za kieliszek, też za dużo. Znalazłem knajpy wyłącznie dla lokalsów, tam kieliszek sambuki kosztował 2,50  EUR, ale znowuż tam cię nie chcą. Nie chcą turystów i dają ci to odczuć. Trzeba szukać miejsc pośrodku – gdzie piją miejscowi, ale gdzie turysta jest mile widzianym dodatkiem. A że knajp są  setki, takie miejsce można znaleźć. Na pierwszym zdjęciu po lewej knajpa dla mnie, po prawej dla amerykańskich i włoskich hipsterów.
Gdzie kupować? To już wiedziałem – trzeba znaleźć duży supermarket sieciowy. I znalazłem sporego Conada. W oczach mi wirowało od licznych napisów „occasione”. Wina przecenione aż o 50%, niestety wszyscy wiedzą, że to okazja, wiec jako pierwsze znikały z półek. Ale były ich setki, wiec bez problemu kupowałem wina do 5 EUR, wszystkie były co najmniej pijalne. Nie należy kupować w małych sklepikach – tam wszystko jest dużo droższe, a wina fatalne. Nie kupować w małych sklepach sieciowych – Despar, Coop itd. Mały wybór, drogo, nie ma promocji. Kupować w sklepach specjalistycznych, ale jak chcecie wszystko znaleźć w jednym to polecam Trimani na Via Goito 20. Prawie 200 lat doświadczenia, niesamowity wybór, profesjonalna obsługa (mówią po angielsku). Powyżej seria zdjęć z wnętrza, po prawej zabytkowy nalewak do wina, u góry kran z którego ciekła woda chłodząca naczynia z winami. Przy okazji można zwiedzić termy Dioklecjana, to po sąsiedzku. Zostaje jeszcze lotnisko, wybór mały, ale jak wam kilka groszy zostanie, zawsze coś można znaleźć. Ceny sklepowe, w przeciwieństwie do lotniska warszawskiego, gdzie np. półlitrowa butelka cytrynówki lubelskiej kosztuje prawie 40 zł (nie żebym to pijał, ale wydaje mi się, że to jedna z tańszych wódek na rynku).
PS. Będą wpisy, najbliższy pokutny, zresztą sami zobaczycie (i - mam nadzieję - przeczytacie).

niedziela, 9 sierpnia 2015

Co na prezent?

Często dostaje w prezencie alkohol kupiony za granicą, zdarza się więc, że chce się zrewanżować i sprezentować coś co jest polskie, oryginalne i smaczne. Oto kilka propozycji.
Piwo – nowofalowa rewolucja przynosi ze sobą setki butelek, ale to przecież powtórzenia stylów nam geograficznie obcych, nie wspominając o tym, że zdarzyć się może „polskie” piwo kontraktowe, w którym polska będzie tylko etykieta, bo nawet nie woda, skoro zostało wyprodukowane w Belgii, Łotwie czy Czechach. Tak wiec pozostaje nam albo piwo grodziskie (znowu produkowane w Grodzisku pod nazwą „Piwo z Grodziska”, dostępne np. w sieci Żabka), albo porter bałtycki. Kiedyś królował Porter Żywiecki, ale teraz ma sporą konkurencję, na przykład nagradzany Komes z Browaru Fortuna z Miłosławia albo wędzony porter z browaru Gościszewo – tan zdecydowanie w prezentowym wydaniu.
Wina – tu znowuż trudno o coś wyraźnie polskiego, nie mamy szczepów endemicznych, w zasadzie można by polecić wina owocowe, niestety to produkt nadal kierowany do odbiorcy niewybrednego, odradzam.
Nalewki – duży wybór, ciągle nowi producenci, ładne opakowania, warto poszukać produktów od właściciela gorzelni, wtedy w cenie nie ma podwójnej akcyzy – na przykład Miody Mazurskie, seria nalewek Piasecki, to nalewki na mieszance miodu i owoców, moc 40%, to je wyróżnia, bo zazwyczaj są słabsze.
Likiery – po śmierci poznańskiego Goldwassera (te, które są na rynku, pochodzą z Niemiec), zdecydowanie wygrywa Rosolis z Łańcuta. Trzy smaki, różany, ziołowy i kawowy, moc 40%, polecam kawowy, bezbarwny, słodki, ale mocny, świetny do... kawy.
Miody pitne – teoretycznie pochodzą ze Skandynawii, ale taki wybór chyba jest tylko w Polsce. Polecam Mazurskie, Nidzicę, Jarosa i APIS Lublin.
Wódki – w większości krajów europejskich i Rosji robi się wódkę ze zbóż, chyba głównie pszeniczną, więc nie jesteśmy tu zbyt oryginalni. Paradoksalnie uważana u nas za gorszą wódka z ziemniaków robi większe wrażenie na przykładowo Rosjanach. Można podarować wódkę Baczewski – wywodzącą się z Lwowa, ale produkowaną obecnie w Austrii, więc niespecjalnie polską, ale zawsze mamy naszą Luksusową (i kilka innych, na przykład Strykover). Ale można też zaproponować Okowitę miodową – unikalny destylat z miodów, leżakowany, niestety bardzo trudno dostępny, robią go Miody Mazurskie. Mamy tez trochę destylatów owocowych, całą serię udanych robi Maurer.
Tym razem kupiłem dziwoląga – wódkę Krova. Destylat ziemniaczany, żytni i pszeniczny, robiona na zamówienie Hiszpanów, ale produkt polski, z Leszna. Na etykiecie Kazimierz Wielki, oprócz tego naklejona reprodukcja polskiego znaczka pocztowego, tylko ta nazwa trochę dziwaczna.
A wy coś polecacie? Moja lista jest uboga, pewnie można ją sporo rozszerzyć.
PS. Kupując Krovę kupiłem też wspominany przy okazji mocnych alkoholi Gin Finsbury 60%. To typowy gin londyński, ma jeden intensywny smak – jałowiec. Większa moc tylko go wzmacnia, poza tym 60% wystarcza już by poczuć pieczenie w gardle, całość wydaje mi się za mocna, trudna w konsumpcji, musiałem po pewnym czasie posiłkować się tonikiem. No i butelka była litrowa, nie przeczę, że głowa następnego dnia trochę bolała.

sobota, 11 lipca 2015

Co piją w depresji

W ostatnim wpisie wchodziłem na wyżyny mocy, no to teraz pora obniżyć loty (także geograficznie). Miałem okazję wypić dwa trunki z Holandii, jeden mainstreamowy, drugi lokalny – ale oba o mocy poniżej 40%. Na lotnisku można kupić Bokma Oude Friesche Genever (38%) – Bokma to nazwisko założyciela, „bok” to kozioł (tak jak styl niemieckiego piwa bock = koźlak), stąd na etykiecie wizerunek kozła. Firma działa od 1826 roku, od 1890 używa kwadratowej butelki, jest to więc podobno pierwsza markowa kwadratowa butelka na świecie – starsza niż znana wszystkim Cointreau. Holendrzy mają zresztą inny udział w historii kwadratowych butelek, w 1963 roku produkowali piwo Heineken w takich, a nawet zbudowano z nich dom – bo pomysł polegał na tym, że miały po użyciu służyć jako zastępnik cegieł. Genever jest oude, czyli stary, ale to nie dotyczy starzenia (moja butelka jest niestarzona, choć jest też wersja 5-letnia), ale stylu. Styl stary to podobno styl z wieloma dodatkami, tak wiec aromat jałowca pojawia się dopiero po pewnym czasie, wpierw czuć inne zioła. Specjalnością starego stylu jest udział destylatu z tzw. wina słodowego, czyli przefermentowanych odpadów z produkcji piwa. Nowy styl to giny w podobie londyńskiego, gdzie głównym (jedynym?) aromatem jest jałowiec. tak więc oude jest bardziej skomplikowany, a przez to lepiej pijalny, choć pewnie wersje starzone są jeszcze lepsze.
Ale to wszystko nie jest takie  pewne, bo teraz napiszę o firmie Wynand Fockink, która produkuje genevery w stylu oude i jonge, ale na odwrót – oude tylko z jałowcem, a jonge z innymi przyprawami. Żeby było zabawniej historycy alkoholu przypisują te nazwy destylatom, a nie dodatkom – oude ma więcej destylatu z wina słodowego, a jonge więcej z żytniego, a nawet z cukrowego. Wszystko się pomieszało w tej krainie wiatraków. Firma Wynand Fockink – przeszło 300 lat tradycji – oprócz geneverów specjalizuje się w nalewkach – ziołowych i owocowych. Mimo, że po wzlotach i upadkach firmy jest to obecnie własność Bolsa, receptury zostały stare i to się czuje – aromaty są w 100% naturalne. Niestety pomysł nalewek polega na ich małej mocy (20%), więc smak alkoholu jest tak zdominowany przez owoce, że go w ogóle nie czuć – całość smakuje jak dobry syrop, niespecjalnie przesłodzony. Dzięki nowemu właścicielowi i jego dystrybucji nalewki można kupić w wielu miejscach, ale warto w Amsterdamie odwiedzić historyczny sklep/bar i tam spróbować czegoś na miejscu – można zapisać się na degustację albo zwiedzić destylarnię (Pijlsteeg 31).
Skoro zmniejszamy kaliber, chciałem napisać o nowości na naszym rynku – wódce na kieliszki. Ale że miedzy pomysłem a wykonaniem mijają u mnie tygodnie, nowość stała się starością, bo napisały już o niej inne media. Ja trafiłem na kieliszek wyprodukowany i importowany z Czech (ale etykieta jest po polsku) – bo i tam po raz pierwszy zobaczyłem ten wynalazek. Kiedy świat ekscytował się angielskim pomysłem na wino w plastikowym kieliszku (teraz też już co najmniej w Hiszpanii), Czesi od dawna sprzedawali wódkę na kieliszki – nawet w czymś na kształt ich kiosków Ruchu. Wspominałem już, że są oni najbardziej rozpitym narodem na świecie, za tym idą różne pomysły logistyczne, na przykład wódka w 5-litrowych plastikowych baniakach – takich w jakich u nas sprzedaje się wodę. Firma Gurlex specjalizuje się w imporcie czeskich produktów alkoholowych (a jakże, są i giny, i brandy, i tequile, wszystkie czeskie narodowe trunki), teraz importuje 40% wódkę w kieliszkach 40 ml, kupiłem za 2 zł – to daje bardzo rozsądną cenę w przeliczeniu na pół litra. Natomiast polski wynalazek – lubelskie wódki smakowe – mają 30% i cenę 2,5 zł, i to już nie jest dobry wynik. No i zawartość też chyba nie jest konkurencyjna – choć przyznam się, że swojego czeskiego zakupu nie wypiłem, wołałem nie ryzykować zawodu moich czytelników, którzy by już nic ode mnie nie przeczytali.
PS. Uporządkowałem nieliczne linki na moim blogu, bo okazało się, że pomysł pana Łukasz Gołębiewskiego nie tylko żyje, ale żyje intensywnie. Otóż pan Gołębiewski to człowiek orkiestra, zawodowo zajmuje się rynkiem książki, współtworzy specjalistyczną stronę jemu poświęconą, ale jest też weteranem ruchu punk i autorem powieści o tematyce punkowskiej. Nie wiem co prawda co to jest powieść punkowska, ale w ogóle nie chcę aż tyle wiedzieć o nowych nurtach w literaturze współczesnej. Ale jest też rzeczony pan specjalistą od mocnych trunków, obecnie autorem co najmniej dwóch książek  o tej tematyce – nawiasem mówiąc właśnie dziś kupiłem jego książkę pod tytułem „Wódka”. Otóż prowadził on bloga na temat mocnych alkoholi, ale od jakiegoś czasu przeprowadził go na poważnie nazwaną stronę spirits.com.pl i tam CODZIENNIE opisuje jakiś trunek. To znaczy prawie tak często jak ja jakiś spożywam! Teksty są niezłe, strona ma co prawda fatalną szatę graficzną (nawet nie punkową) i brak dobrego indeksu (chyba żadnego nie ma), więc trudno tam coś odszukać, ale polecam obiema rękami (z kieliszkiem w każdej). Ze stron piwnych nadal polecam blog Amatora Piwa, ale ciągle powstaje ich sporo, są też takie z codziennymi recenzjami, na przykład ten.
Mam za sobą sporo nowych wypitych trunków, mam przed sobą nowe wyprawy, wkrótce nowe wpisy, ich brak nie będzie oznaczał mojej śmierci, tylko tradycyjne rozleniwienie, kiedy umrę od razu was o tym powiadomię.

środa, 13 maja 2015

Niech moc będzie z wami

Wywołało mnie do tablicy wspomnienie o rumie Stroh – to austriacki rum syntetyczny, producent nie ma prawa używać nazwy "rum" na etykiecie (jedynie pewne gatunki niemieckiego rumu syntetycznego mają takie przywileje), ale o dziwo takie są też do kupienia (są dwie wersje etykiet). Produkowany jest w wersji 40, 60 i 80%, tych lżejszych nie znam, na najcięższej widnieje nota, że jest to trunek zadedykowany ciastom i tortom, a nie pijakom, ale powiedzcie to Czechom. Właśnie tam po raz pierwszy spróbowałem tego napitku, bo tam w kartach alkoholi występuje on w dziale "likiery". Koniecznie spróbujcie z piwem. Potem kupiłem w tamtejszym sklepie cała butelkę, i z pewnym znanym artystą krytycznym wypiliśmy ją rano na kaca – o dziwo zadziałało. Jak widzicie okoliczności przyrody były dość specyficzne, mi smakowało, ale to dość specyficzny trunek. Taka zawartość alkoholu balansuje się ze wszystkim, a wiec na pewno też z tym chemicznym dodatkiem, który smakuje jak skondensowany czeski tuzemak. Stroha można już kupić w Polsce, jest w sieci Makro. Ale przy okazji tego wspomnienia przypominałem sobie co mocnego w życiu piłem. Na pierwszym miejscu jest oczywiście spirytus, kiedy w Polsce zaczynał się kapitalizm, łatwiej było w sklepie o niego niż o zwykła wódkę, wtedy wypiłem dużo spirytusu Royal, przetestowałem na sobie skutki uboczne takiego spożycia, spirytus wypłukał mi śluzówkę w gardle i straciłem głos na kilka dni. Od tego czasu poprzestaje na kieliszku – to dobry aperitiv – oczywiście przed kolejnymi, słabszymi już napojami. Kiedyś nawet znalazłem go w karcie pewnej krakowskiej restauracji (wiem, przynudzam z tym Krakowem, ale pokażcie mi gdzie indziej knajpę, w której podają spirytus) – spore zdziwienie załogi wywołało moje zamówienie.
Potem jest 80% Stroh, a potem całą seria podrobionych i niepodrobionych absyntów. Chętnych znowu odsyłam do Czech, kupcie sobie coś w fosforyzującym kolorze, to na pewno nie stało koło absyntu, ale swoją moc ma. Zawartość zdziwi zapewne pijących prawdziwy absynt, taki jak ten na zdjęciu – buteleczka (100 ml) francuskiego absyntu o mocy 70%, na którym jest ostrzeżenie, żeby tego nie pić bezpośrednio, tylko do czegoś dolewać. Powinni jeszcze takie napisy umieszczać na winie. Natomiast ciekawa jest informacja o zawartości 35 mg tujonu na litr, to maksymalna dawka dopuszczalna w UE. Tujon to zielsko podobno odpowiedzialne za schizy, jakich dostawali kiedyś nałogowi spożywacze absyntu, sądzę, że to bajka, jak ktoś spożywa 70% trunek w nadmiarze to nie potrzebuje żadnego tujonu, żeby zwariować. Współczesne badania starych absyntów potwierdziły, ze jego średnia zawartość wynosiła 25 mg na litr.
Między 70% a 50% mam czarną dziurę, nie przychodzi mi do głowy nic o tej mocy, co piłem, między 40 a 50% są liczne trunki szlachetne, whisky, burbony, rumy, ale takie z wyższej półki. Mocny alkohol o mocy poniżej 40% nie istnieje, bo z definicji przestaje być mocny. Przychodzi wam coś do głowy?

piątek, 17 kwietnia 2015

Co piją faceci z zaczeską

Nuda. Jak w polskim filmie. Naprawdę bardzo bym chciał napisać wam o czymś ciekawym, ale... w ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje. Liczyłem na wyjazd do Moskwy, ale moi gospodarze (a jakże, inteligenci, rosyjska elita) odlecieli w kierunku putinomanii, musiałem dać im się uspokoić, zajrzę do nich za jakieś dwa miesiące (akurat nie miałem ochoty wysłuchiwać o tym, jak o mały włos dosięgła by mnie rzeź wołyńska). Z letargu wyrywają mnie komentarze na blogu, ale pojawiają się z częstotliwością raz na kwartał, to demobilizujące (choć jeden z nich przypomniał mi o zaplanowanym temacie, napisze wam wkrótce o rumie „Stroh”). Żeby się rozerwać pojechałem do Krakowa na targi Wino Expo, ale okazały się tak małe, że zwiedzenie ich zabrało mi mniej czasu niż dojazd (bo one są gdzieś w Nowej Hucie). Knajpy w Krakowie są albo drogie, albo tanie i nieludzko zatłoczone. W Zwisie dwie wódki (40 ml) i buteleczka wody kosztują 25 złych, musiałbym zostać doktorem Kulczykiem, żeby tam się upijać. Żeby zaoszczędzić poszedłem do restauracji Cechowej, ciekawe miejsce, czas się tam zatrzymał, toalety nie sprzątano od czasów późnego Gierka. Przy stoliku obok siedział redaktor Gadowski, okazało się, że Cechowa jest jaczejką krakowskich klubów Gazety Polskiej. Każda próba wieczornego wejścia do barów z tanią wódką kończyła odbiciem się od muru osób ćmiących na zewnątrz fajki. Podejrzewam, że do Republiki Śledzia nigdy nie wejdę, chyba, ze sobie zarezerwuje miejscówkę na 2017 rok. Wróciłem do stolicy, poszedłem do baru Fregata, a tu wódka po 5 zł za 50 ml, świetne zakąski w przystępnych cenach, po prostu nie przenoście nam Krakowa do Warszawy.
Zaangażowałem się w pomoc pewnej alkoholowej inicjatywie, więc przez ostatnie miesiące degustowałem dziesiątki (no dobra, setki) butelek win, nuda. Dobrze że jest piwna rewolucja, w 2014 roku tzw. browary kraftowe (po polsku rzemieślnicze) wydały z siebie 500 (pięćset) nowych etykiet, to jest pole do popisu dla nadużywających – wiec nadużywam, ale po co mam o tym pisać, w sieci jak grzyby po deszczu pojawiają się blogi piwne, ja jestem aktualnie fanem tego.
Dość marudzenia, napisze wam o trunkach białoruskich. „Bulbasz. Nastojka miedowa z piercem” – popularne na wschodzie zestawienie smaków, ja go nie lubię, w ogóle nie widzę połączenia miodu z alkoholem poza miodem pitnym, uważam że sama „piercowka”, czyli „pieprzówka” (ale nie chodzi o pieprz tylko ostre papryczki) jest wystarczająco dobrym wynalazkiem. Ale ta akurat okazała się mało słodka, miód nie zdominował smaku, podniesiony kciuk pana na etykiecie ma sens. „Balsam czarodiej” – po tym obiecywałem sobie dużo, lubię balsamy, a najbardziej te, które są mocne i mają dobrze dobrane zioła – przedawkowanie daje oniryczne odloty. Na etykiecie Czarodzieja jest taka lista ziół, że znałem z nich może ze dwa, zapowiadało się świetnie. Zawartość niestety zdumiewa – bardzo słodki napój o wyraźnym smaku kawowym. Nie do picia w dużej ilości, a ja wypiłem dużo. No ale zapijałem piercowką, więc jakoś to przeżyłem.. „Nastojka biełowieżskaja” – bitter o mocy 43%, trochę słodyczy, dość dziwny zestaw ziół, mimo obecności żubrów na etykiecie nie wyczułem kumaryny. Ujdzie, choć cena lotniskowa 7 EUR – stanowczo przesadzona. Wszystko to przekombinowane, masowe podróbki niezłych rzemieślniczych pomysłów, sądziłem, że produkty białoruskie będą jednak bardziej „root”. takie są niestety skutki kupowania alkoholu na lotnisku.

sobota, 20 września 2014

Co pił Antonio Gaudi?



Zapewne pił niewiele, bo od kiedy został architektem, wiódł coraz bardziej ascetyczne życie, więc alkoholu zapewne nie nadużywał. Mój wyjazd do Barcelony miał być w pewnym sensie podążaniem śladami Gaudiego, bo będąc szczylem zobaczyłem film „Zawód reporter”, a w nim sceny filmowane we wnętrzach i na dachu jakiejś casa Gaudiego, zrobiło to na mnie wtedy takie wrażenie (casa, film, pani Schneider, zagubiony Nicholson?), że zdecydowałem się zobaczyć dom na żywo. I to był błąd. Zdecydowanie polecam filmy dokumentalne, pocztówki, albumy, w końcu internet. Nie oglądajcie Gaudiego na żywo. W ogóle nie oglądajcie w Barcelonie niczego, za co trzeba zapłacić (z nielicznymi wyjątkami, ale ponieważ nie jest to blog podróżniczy, nie będę was zanudzał szczegółami). Jeśli pieniądze zamiast na bilety wstępu przeznaczycie na alkohol, macie szanse upić się wielokrotnie do nieprzytomności – w zasadzie macie szanse w ogóle nie trzeźwieć.
Tym razem skorzystałem z pośrednictwa Wimdu – to strona niemiecka specjalizująca się w wynajmowaniu lokali w dużych miastach. Tanio, mieszkania nie są dostępne na innych stronach, polecam. Wybrałem lokal nieopodal Sagrada Santa Familia – dokąd w końcu nie poszedłem – ale wybór był dobry, dzielnica w miarę cicha, w miarę bez turystów, w miarę dobrze skomunikowana ze wszystkim (o to w BCN nietrudno). Przylatującym radzę na lotnisku odwiedzić sklep wolnocłowy, zorientujecie się, co będzie można kupić w ostatni momencie podróży. Kasjerem może się okazać Polak, od siedmiu lat mieszkający w Barcelonie (pozdrawiam!). Sklep jest wielkości wszystkich sklepów na Okęciu razem wziętych. Ceny takie jak w sklepach w BCN (ale są też promocje), czyli sporo taniej niż na Okęciu (tam czerwony wędrowniczek kosztuje 80 zł za litr!).
Pora wrócić do meritum. Co pić:
Napoje bezalkoholowe: woda mineralna Vichy Catalan – wysokozmineralizowana, podobna do Borjomi, w Warszawie (np. w sieci Warus) dostępna po 10 zł za litrową butelkę, w BCN za 1 €! Świetna na rano. Liczne napoje o smaku cytryny, najmniej słodki i najbardziej gazowany jest Kas, kosztuje grosze, dobry do zapijania taniej brandy.
Piwo i cydr: olbrzymi barceloński browar Damm robi kilka piw, królują lagery (ale są też koźlaki i piwa ciemne, także radlery), wszędzie jest flagowa Estrella. Ale jest też najtańszy model, Xibeca, dostępna tylko w litrowych szklanych butlach. Kiedy w latach 60-tych podrożało wino, to piwo miało je zastąpić przy obiadowym biesiadowaniu. Kosztuje 1 €, w Polsce dostępne jest po 10 zł (np. sieć Alma). To są siki, ale całkiem niezłe. Wyższa barcelońska półka to Moritz, też lager, ale z lepszym bukietem i smakiem, tylko małe butelki i puszki, sześciopak kosztuje 4,50 €, więc ceny jak w Polsce. Jest San Miguel, ale po co pić piwo z  Madrytu, skoro smakuje tak samo jak te z BCN? Podobno jest tylko jeden browar restauracyjny, są też tap bary, ale mnie najbardziej interesował mainstream, czyli nie to co piją hipsterzy, ale to co piją emeryci. Cydr występuje głównie w wersji „natural” – zero cukru, zero gazu, cierpki aż wykręca gębę, mętny, z osadem – taki lubię najbardziej, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdy gustuje w takich kwachach. Od 2 € za butelki szampańskie (pewnie można znaleźć tańszy), w Polsce (np. sklep El Catador w Warszawie) – 20 zł.
Wino: Katalonia to stolica cavy, jest jej mnóstwo, ale co najważniejsze w sklepie za 2 € kupujecie towar pijalny! W Warszawie trudno dostać taki za 30 zł. Ja uwielbiam bąbelki, wiec wypijałem sobie taką cavę na śniadanie i to mnie doskonale ustawiało na cały dzień. Co do win klasycznych to w sklepach króluje rioja, i tu znowu zaskoczenie. Za 2 € kupujecie pijalne wina czerwone i białe! W zasadzie ceny win kończą się na 6 €. Nie kupujcie win koncernowego Torresa, jest relatywnie drogi (5,5 €), a jest z tych win najbardziej przemysłowy, zresztą jeszcze niedawno w Lidlu był dostępny właśnie za 20 zł. No cóż, w porównaniu z Włochami to jest raj wina! No dobrze, a co z winami niemarketowymi? Co ze słynnym prioratem, jedną z dwóch hiszpańskich apelacji DOQ, w Polsce trudno dostępnym w cenie poniżej 100 zł? W specjalistycznych sklepach kupujecie go od 7 €! Kupiłem np. białego priorata Les Brugueres, 92 punkty u Parkera, najwyżej ocenione przez niego białe wino hiszpańskie (chyba wcześniejsze roczniki niż 2013) –  za 12 €! Wino super, ale cena jeszcze bardziej.
Mocne trunki: Szok! Lubię brandy, a tu litrowe butelki od 8 €. Co prawda to są jakieś potanione wynalazki, mają tylko 30%, ale czuć prawdziwą wytrawną brandy w prawdziwej beczce (no dobra, to były wióry), no i są prawie wytrawne. Kilka wiodących marek, Soberano, Veterano (ta nazwa mi się szczególnie spodobała) i inne. Generalnie im lepsza jakość tym moc rośnie, ale rośnie też cena. Kupiłem 10-letniego Torresa (38%), jak dla mnie za dużo tej beczki w nim było, polecam na lotnisku litrowa butelkę 5-letniego w promocyjnej cenie 11 €. Wypijałem wieczorkiem prawie całą butelkę brandy, a rano tylko Vichy Catalan (wymowa katalońska „vici” – z twardym „ci”), Kas z puszki, trochę Xibeki, cava i spokojnie mogłem iść zwiedzać Muzeum Picassa (ten łobuz podarował Barcelonie jakie odpady, kretyńskie  wariacje na temat „Las Meninas” Velazqueza, a jak się nudził Velazquezem to malował kaczki za oknem). Chyba poza brandy nie ma mocnego lokalnego trunku – ale to mi zupełnie wystarczyło. (Jest Crema Catalana, ale to słabiutki likier, już lepiej sobie kupić kremowe ciastko z tym czymś w nazwie.)
Gdzie kupować: jest masa sieci marketowych, wybierajcie te hiszpańskie, z większych Mercadona, z mniejszych na przykład Dia, ale tak naprawdę nie ma to znaczenia, wybór i ceny są podobne, lepiej po prostu znaleźć sklep większy niż mniejszy. Byłem w Lidlu, takiej poruty nie widziałem – polskie Lidle są dużo lepsze niż barcelońskie, unikajcie tego jak choroby wenerycznej. Jak chcecie poszukać czegoś z wyższej półki, musicie znaleźć sklep specjalistyczny, to wcale nie jest łatwe. Większość z nich jest mała, a dużych wcale nie ma dużo. Najważniejszym jest Vila Viniteca [http://www.vilaviniteca.es/en/home], ale jak dla mnie to miejsce wydawało się za bardzo rozreklamowane. Przypadkowo znalazłem super sklep przy starówce – nazywa się Tesi, to chyba nazwisko właścicielki. Sporo wina, mocnych alkoholi (z całego świata), piwa, cydry. Naprawdę solidny wybór – w dodatku nie mają strony www i nie mówią po angielsku, czyli pracują dla swoich, a nie dla turystów. Mieści się to na ul. Princessa 55, zaraz przy granicy starówki. Niestety nie mam zdjęcia wnętrza, bo jak przychodziłem po flaszki to byli otwarci, ale jak przychodziłem zrobić zdjęcie to już nie byli – więc dołączam zdjęcie żaluzji i szyldu. Jak pisałem ostatnia deska ratunku to lotnisko – duży wybór, rozsądne ceny. Rozglądałem się za czymś mocnym, obsługa przy każdym trunku o mocy zbliżonej do 40%  ostrzegała, że to strasznie mocne, więc na złość znalazłem najmocniejszy alkohol – Ruavieja (Aguardiente de Orujo) – czyli po prostu galicyjską grappę. Kamionkowa butelka sugerowała beczkę (niesłusznie, orujo się nie starzy), a w środku była najbardziej śmierdząca grappa, jaką piłem. Tak jakby ktoś destylował same pestki. Ale w sumie ciekawe doświadczenie. Pewnie w sklepie na Princessa kupiłbym coś bliższego modelowemu orujo, czyli okolice 50%.
Gdzie pić: Takiej ilości barów nie widziałem. Nawet sklepy czy cukiernie okazują się być na zapleczu barami. Od dużych do tak małych, że mieści się w nich na stojąco 5 osób (więc reszta stoi na ulicy z kieliszkami w rękach). Zdecydowanie trzeba szukać tych nieturystycznych, rozrzut cen jest spory, im więcej turystów, tym drożej. Piwo podają w wersji małej, średniej i dużej – ta ostatnia to półlitrowy kufel, jego cena wyniesie od 3 do ponad 6 €. Ale nie wszystkie knajpy mają kufle, większość klientów woli piwo w małych pokalach. Wino i mocne alkohole leją „na oko”, czasami po zamówieniu kieliszka wina zostawią butelkę na stole, sugerując samoobsługę (nie liczcie na komunikację po angielsku, ale generalnie nie ma z tym najmniejszego problemu). Wino kosztuje od 1,5 € za kieliszek, brandy to ok. 3 €. Nie jest tanio, ale za to można zamówić ciekawe przekąski, ja na przykład zjadłem miskę świńskich uszu.
Ludzie: Miałem okazję zobaczyć ich niemało, bo 11-tego września manifestowali przywiązanie do niepodległości Katalonii. Zjechało się do BCN prawie dwa miliony osób, okazało się, że manifestacja polega na odstaniu kilku godzin na ulicach. Rozczarowanie, zero pijaństwa, zero awantur.
PS: Widzicie na zdjęciu z butelkami Koskenkorva Salmiakki? Poprzedni wynajmujący lokal pozostawili wypełnioną w połowie butelkę na stole. To fińska 32% wódka z dużą domieszką lukrecji – czarna jak smoła i anyżkowa jak diabli. Całkiem smaczna, niniejszym chciałem podziękować za ten miły prezent.

niedziela, 7 września 2014

Czy człowiek-pijak wytrzeźwiał?

Wakacje w Polsce są nudne jak flaki z olejem - wędrówki po Żabkach, Biedronkach, Polo i Kauflandach w poszukiwaniu czegoś pijalnego to nie jest ulubiona rozrywka człowieka-pijaka (choć jak się wydaje, większość narodu się tam nie nudzi, a może po prostu pułap cenowy jest adekwatny do stanu portfeli). Jeszcze trochę cierpliwości, jeszcze tylko kilka dni urlopu i wracam do pisania (nie, wbrew tytułowi nie porzuciłem picia).

czwartek, 24 lipca 2014

Co piła wdowa Clicquot?

Szampana? To na pewno, ale przecież świetnie wiecie, że tam gdzie uprawia się winorośl, produkuje się też mocne alkohole – destylaty z wina, destylaty z wytłoczyn winogronowych, często też bazujące na nich likiery. No więc poszedłem pod prąd potocznym skojarzeniom i chciałem się napić czegoś wyprodukowanego w Reims – stolicy szampana – ale czegoś mocniejszego. Szampana produkuje się go w setkach winnic, ale w samym Reims jest tylko osiem domów szampańskich, więc wybór nie był trudny. Można pójść do najsłynniejszych: Veuve Clicqout, Mumm czy Taitinger, można odwiedzić niewielkie i słabiej znane. Zdałem się na stronę tripadvisor.com, jak wrzucicie do jej wyszukiwarki nazwy poszczególnych domów, możecie przeczytać recenzje odwiedzających. Okazało się, że stosunek ceny do ilości proponowanego poczęstunku najlepszy jest w najmniejszych domach (zdziwieni?), padło więc na Martel i Lanson. Warto wcześniej skontaktować się z domem telefonicznie, okazało się, że w weekendy Martel odpoczywa (nie wiem jak w wakacyjnym szczycie, dowiadujcie się). Lanson ma swoje winnice w Epernay, to miasto jest centrum uprawy szampańskich winorośli, samo w sobie jest ciekawe, poza tym winnice można zwiedzać, pewnie warto tam pojechać. Sama wizyta w domu i jego piwnicach wypadła przednio, a co najważniejsze do degustacji podano cztery szampany, a w sklepie były dwupaki w cenach dwukrotnie niższych niż sklepowe. No i clou programu – w sklepie był też marc (czyli grappa) wyprodukowany przez Lansona. To ważne, bo zakupy w sklepach były zaplanowane na niedzielę, a jak się okazało w niedzielę to katolickie miasto oddaje się wizytom w katedrze i kościołach, a nie handlowi (a jest gdzie chodzić na mszę, w katedrze Rems koronowano prawie wszystkich królów Francji). Więc wizyta u Lansona uratowała plan. A sama grappa była jak dobrze starzony owocowy destylat – to są rejestry w których przestaje się odróżniać, czy w beczkę nalano destylat z wina czy z wytłoków. Cena zarówno brandy jak i grappy to 20 EUR za 0,7 l., ratafię można kupować za 10 EUR. Za te pieniądze dostaniecie produkty najwyższej jakości, nie wydawajcie więcej.

środa, 9 lipca 2014

Co pił Tomasi di Lampedusa?


Lubię te miejsca, w których już byłem – że zacytuję klasyka. Więc po czterech latach ponownie odwiedziłem Cefalù na Sycylii. Możecie przypomnieć sobie moje wpisy z tamtego czasu – to same początki tutejszego blogowania. Co się zmieniło? Po pierwsze lokalizacja. Chciałem znowu pojechać z biurem podróży do hotelu Santa Lucia e le Sabbie d’Oro, ale oba biura za pokój z oknem na morze zażądały horrendalnego dodatku – ok. 400 zł (przy cenie wyjazdu 2300). Wkurzyłem się, kupiłem bilet i przez stronę booking.com wynająłem apartament w samym centrum starówki. Finansowo wychodzi to mniej więcej tak samo, plusem jest lokalizacja i pełna swoboda, minusem konieczność przygotowywania posiłków (ale za to można szykować posiłki z lokalnych świeżych produktów). Wiadomości alkoholowe uporządkuje w konkretne działy.
Alkohole mocne. Teoretycznie są jakieś lokalne, ale zarówno w sklepach jak i w barach jako sycylijskie proponują kalabryjskie. Próbowałem standardowego włoskiego zestawu: grappy, amara, sambuki i jedyny produkt z Sycylią w nazwie: limoncello. To jest południe, tu pije się głównie alkohole słodkie i bardzo słodkie, jak się chce czegoś wytrawnego to trzeba sobie kupić w sklepie Fernet-Branca. Z wódek czystych króluje Russkij Standard. Chętni mogą w sklepach kupić spirytus (z czegoś przecież to limoncello trzeba zrobić) w cenie 40 zł za pół litra – a więc tak samo jak w Polsce. Głównie degustowałem amara: wygrało północne Ramazzotti (z Mediolanu), potem było kalabryjskie Averna, przegrało (też kalabryjskie) Vecchio Amaro del Capo – nieznośnie słodki ulepek.
Wino. Sycylia ma swoje znane wina, ale na wyspie nie pije się go dużo. Wśród czerwonych króluje lokalny szczep Nero d’Avola i jego kupaże, jest też lokalne nerello mascalese, z białych catarratto i inzolia. Rozczarowaniem były wina białe – dolna półka niepijalna, sam owoc bez kwasu, po prostu kompoty. Może to kwestia klimatu? Żeby spożyć coś pijalnego trzeba zerknąć na półkę średnią. Wina czerwone generalnie pijalne, nie było specjalnej wpadki. Polecić mogę z czystym sumieniem produkty Abbazia Santa Anastazia – winnicy w okolicach Cefalu, można ją zwiedzać, oraz sporego producenta, Planeta, posiadającego winnice na całej Sycylii, produkującego m.in. jedyne sycylijskie wino klasy DOCG, czyli Cerasuolo di Vittoria. W sklepach są też wina z Włoch kontynentalnych, ale po co?
Piwo. Sprzedawane w butelkach 0,66 lub 0,33 l, króluje lager, a dokładnie pilsner. Moretti, Poretti, Castello, Nastro Azzurro, Dreher i kilka innych. Poprawne, niczym się niewyróżniające, ale w porównaniu z polskimi świetne. Nie widziałem, żeby sprzedawano lane. Konkurencją jest kilka lagerów niemieckich, zwłaszcza Becks, ale to piją tylko tubylcy. Na rynku króluje heinekenowskie Moretti, na zdjęciu w telewizorze w tle właśnie leciała jego reklama. Można je dostać w Polsce, ale zdecydowanie lepiej smakuje na Sycylii.
Napoje niealkoholowe. Pisałem już o dziwacznych bitterach w małych buteleczkach, okazuje się, że w sklepach jest tego masa. Kilkanaście rodzajów, kupiłem San Pellegrino o smaku chilli, okazało się takie jak inne, słodko-gorzki ulepek nienadający się do samodzielnej konsumpcji.
Gdzie i za ile. Zdecydowanie hipermarkety. Jest ich w tej miejscowości około 10, każdy z innej sieci, sieci zagranicznych nie widziałem (w Palermo jest spory Carrefour). Ja tym razem obstawiłem Deco. Duży wybór wszystkiego, niskie ceny. Mocne alkohole od kilku EUR, piwa 0,66 l w cenie 1–1,70 EUR, wina od 2 EUR. Czerwone pijalne były w cenach od 4 EUR, białe od 7. W specjalistycznych sklepach z winami większy wybór, ale też większe ceny. Trzeba się liczyć z wydatkiem 10 EUR za butelkę. Jeśli chcecie ją wypić na miejscu to wraz z talerzem lokalnych przystawek kosztuje 20 EUR. Polecam winebar La Trinacria w okolicach portu. Zakupy na lotnisku – przesiadki są w Rzymie, tam jest masa sklepów, ale te liczne z alkoholem tak naprawdę to jeden, więc wszędzie jest to samo. Za 15 EUR możecie kupić litrowego ferneta albo grappę, więc warto. Na lotnisku w Palermo jest jeden sklep, wybór średni, nie polecam. Pić można oczywiście w knajpach, i to okazał się dobry wybór. Kieliszek czegoś mocnego kosztuje 3 EUR, ale Włosi nalewają setkę, więc tanio. Miła obsługa, właściciel knajpki Cafe 188, którą nawiedzałem, specjalnie dla Polaków sprowadził Żubrówkę (jest na drugim zdjęciu) – ale też łatwo mu było wytłumaczyć, że nie po to przyjechaliśmy na Sycylię, żeby ją pić. Co chwilę darmowe poczęstunki, w tym marsala, która smakuje jakby ją wyżęto ze starej bielizny. Nikt się nie upija, więc mój przerób zrobił wrażenie, a moje zamiłowanie do amaro wyraźnie się Sycylijczykom podobało. W Palermo w małej ulicznej knajpce Cafe Cartari do dużego piwa Moretti dostałem miskę domowych chipsów, podanie zamówionego kieliszka białego wina (znakomitego) okazało się całym rytuałem przynoszenia butelki, otwierania, próbowania. Do wina zestaw zakąsek: oliwki, orzeszki, prażona kukurydza. I to wszystko przy stoliku na środku uliczki z warsztatami kaletniczymi. Za 7 EUR!
Ludzie. Cały sekret tych sytuacji tkwi w mentalności Sycylijczyków. To południe (pamiętajcie o sjeście, choć w Palermo w zasadzie jej nie ma), tu ludzie są zawsze gotowi, żeby ci pomóc czy z tobą po prostu porozmawiać. Chcesz zrobić dobre wrażenie – naucz się kilku słów po włosku (np. birra nazionale grande), zamawiaj włoskie napoje, na ulicy poproś o lody w bułce – od razu cię polubią. Ja ich też, tak więc w przyszłym roku Sardynia albo Toskania.

PS. Niektóre piwa włoskie można dostać w Polsce. Moretti (but. 0,66 l w cenie ok. 8 zł) bywa w Almie, Simply i w sieciowych delikatesach, w Lidlu jest Poretti (puszka 0,5 l za 2,70 zł) i Castelli (but. 0,33 za 2,50). Moretti jeszcze się wybroni, pozostałe dwa to słomkowy płyn pozbawiony piany i smaku. Albo działa syndrom wakacyjny - wszystko wypite na miejscu smakuje lepiej niż po powrocie w domu - albo Carslberg leje różne płyny pod tą samą etykietą. W Lidlu jest też grecki Mythos (puszka 0,5 za 2,70 zł), i tu znowu to samo - pamiętam to piwo jako co najmniej pijalne, a teraz sjest co najwyżej pijalne.