Wywołało mnie do tablicy wspomnienie o rumie Stroh – to austriacki rum syntetyczny, producent nie ma prawa używać nazwy "rum" na etykiecie (jedynie pewne gatunki niemieckiego rumu syntetycznego mają takie przywileje), ale o dziwo takie są też do kupienia (są dwie wersje etykiet). Produkowany jest w wersji 40, 60 i 80%, tych lżejszych nie znam, na najcięższej widnieje nota, że jest to trunek zadedykowany ciastom i tortom, a nie pijakom, ale powiedzcie to Czechom. Właśnie tam po raz pierwszy spróbowałem tego napitku, bo tam w kartach alkoholi występuje on w dziale "likiery". Koniecznie spróbujcie z piwem. Potem kupiłem w tamtejszym sklepie cała butelkę, i z pewnym znanym artystą krytycznym wypiliśmy ją rano na kaca – o dziwo zadziałało. Jak widzicie okoliczności przyrody były dość specyficzne, mi smakowało, ale to dość specyficzny trunek. Taka zawartość alkoholu balansuje się ze wszystkim, a wiec na pewno też z tym chemicznym dodatkiem, który smakuje jak skondensowany czeski tuzemak. Stroha można już kupić w Polsce, jest w sieci Makro. Ale przy okazji tego wspomnienia przypominałem sobie co mocnego w życiu piłem. Na pierwszym miejscu jest oczywiście spirytus, kiedy w Polsce zaczynał się kapitalizm, łatwiej było w sklepie o niego niż o zwykła wódkę, wtedy wypiłem dużo spirytusu Royal, przetestowałem na sobie skutki uboczne takiego spożycia, spirytus wypłukał mi śluzówkę w gardle i straciłem głos na kilka dni. Od tego czasu poprzestaje na kieliszku – to dobry aperitiv – oczywiście przed kolejnymi, słabszymi już napojami. Kiedyś nawet znalazłem go w karcie pewnej krakowskiej restauracji (wiem, przynudzam z tym Krakowem, ale pokażcie mi gdzie indziej knajpę, w której podają spirytus) – spore zdziwienie załogi wywołało moje zamówienie.
Potem jest 80% Stroh, a potem całą seria podrobionych i niepodrobionych absyntów. Chętnych znowu odsyłam do Czech, kupcie sobie coś w fosforyzującym kolorze, to na pewno nie stało koło absyntu, ale swoją moc ma. Zawartość zdziwi zapewne pijących prawdziwy absynt, taki jak ten na zdjęciu – buteleczka (100 ml) francuskiego absyntu o mocy 70%, na którym jest ostrzeżenie, żeby tego nie pić bezpośrednio, tylko do czegoś dolewać. Powinni jeszcze takie napisy umieszczać na winie. Natomiast ciekawa jest informacja o zawartości 35 mg tujonu na litr, to maksymalna dawka dopuszczalna w UE. Tujon to zielsko podobno odpowiedzialne za schizy, jakich dostawali kiedyś nałogowi spożywacze absyntu, sądzę, że to bajka, jak ktoś spożywa 70% trunek w nadmiarze to nie potrzebuje żadnego tujonu, żeby zwariować. Współczesne badania starych absyntów potwierdziły, ze jego średnia zawartość wynosiła 25 mg na litr.
Między 70% a 50% mam czarną dziurę, nie przychodzi mi do głowy nic o tej mocy, co piłem, między 40 a 50% są liczne trunki szlachetne, whisky, burbony, rumy, ale takie z wyższej półki. Mocny alkohol o mocy poniżej 40% nie istnieje, bo z definicji przestaje być mocny. Przychodzi wam coś do głowy?
środa, 13 maja 2015
piątek, 17 kwietnia 2015
Co piją faceci z zaczeską
Nuda. Jak w polskim filmie. Naprawdę bardzo bym chciał napisać wam o czymś ciekawym, ale... w ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje. Liczyłem na wyjazd do Moskwy, ale moi gospodarze (a jakże, inteligenci, rosyjska elita) odlecieli w kierunku putinomanii, musiałem dać im się uspokoić, zajrzę do nich za jakieś dwa miesiące (akurat nie miałem ochoty wysłuchiwać o tym, jak o mały włos dosięgła by mnie rzeź wołyńska). Z letargu wyrywają mnie komentarze na blogu, ale pojawiają się z częstotliwością raz na kwartał, to demobilizujące (choć jeden z nich przypomniał mi o zaplanowanym temacie, napisze wam wkrótce o rumie „Stroh”). Żeby się rozerwać pojechałem do Krakowa na targi Wino Expo, ale okazały się tak małe, że zwiedzenie ich zabrało mi mniej czasu niż dojazd (bo one są gdzieś w Nowej Hucie). Knajpy w Krakowie są albo drogie, albo tanie i nieludzko zatłoczone. W Zwisie dwie wódki (40 ml) i buteleczka wody kosztują 25 złych, musiałbym zostać doktorem Kulczykiem, żeby tam się upijać. Żeby zaoszczędzić poszedłem do restauracji Cechowej, ciekawe miejsce, czas się tam zatrzymał, toalety nie sprzątano od czasów późnego Gierka. Przy stoliku obok siedział redaktor Gadowski, okazało się, że Cechowa jest jaczejką krakowskich klubów Gazety Polskiej. Każda próba wieczornego wejścia do barów z tanią wódką kończyła odbiciem się od muru osób ćmiących na zewnątrz fajki. Podejrzewam, że do Republiki Śledzia nigdy nie wejdę, chyba, ze sobie zarezerwuje miejscówkę na 2017 rok. Wróciłem do stolicy, poszedłem do baru Fregata, a tu wódka po 5 zł za 50 ml, świetne zakąski w przystępnych cenach, po prostu nie przenoście nam Krakowa do Warszawy.
Zaangażowałem się w pomoc pewnej alkoholowej inicjatywie, więc przez ostatnie miesiące degustowałem dziesiątki (no dobra, setki) butelek win, nuda. Dobrze że jest piwna rewolucja, w 2014 roku tzw. browary kraftowe (po polsku rzemieślnicze) wydały z siebie 500 (pięćset) nowych etykiet, to jest pole do popisu dla nadużywających – wiec nadużywam, ale po co mam o tym pisać, w sieci jak grzyby po deszczu pojawiają się blogi piwne, ja jestem aktualnie fanem tego.
Dość marudzenia, napisze wam o trunkach białoruskich. „Bulbasz. Nastojka miedowa z piercem” – popularne na wschodzie zestawienie smaków, ja go nie lubię, w ogóle nie widzę połączenia miodu z alkoholem poza miodem pitnym, uważam że sama „piercowka”, czyli „pieprzówka” (ale nie chodzi o pieprz tylko ostre papryczki) jest wystarczająco dobrym wynalazkiem. Ale ta akurat okazała się mało słodka, miód nie zdominował smaku, podniesiony kciuk pana na etykiecie ma sens. „Balsam czarodiej” – po tym obiecywałem sobie dużo, lubię balsamy, a najbardziej te, które są mocne i mają dobrze dobrane zioła – przedawkowanie daje oniryczne odloty. Na etykiecie Czarodzieja jest taka lista ziół, że znałem z nich może ze dwa, zapowiadało się świetnie. Zawartość niestety zdumiewa – bardzo słodki napój o wyraźnym smaku kawowym. Nie do picia w dużej ilości, a ja wypiłem dużo. No ale zapijałem piercowką, więc jakoś to przeżyłem.. „Nastojka biełowieżskaja” – bitter o mocy 43%, trochę słodyczy, dość dziwny zestaw ziół, mimo obecności żubrów na etykiecie nie wyczułem kumaryny. Ujdzie, choć cena lotniskowa 7 EUR – stanowczo przesadzona. Wszystko to przekombinowane, masowe podróbki niezłych rzemieślniczych pomysłów, sądziłem, że produkty białoruskie będą jednak bardziej „root”. takie są niestety skutki kupowania alkoholu na lotnisku.
Zaangażowałem się w pomoc pewnej alkoholowej inicjatywie, więc przez ostatnie miesiące degustowałem dziesiątki (no dobra, setki) butelek win, nuda. Dobrze że jest piwna rewolucja, w 2014 roku tzw. browary kraftowe (po polsku rzemieślnicze) wydały z siebie 500 (pięćset) nowych etykiet, to jest pole do popisu dla nadużywających – wiec nadużywam, ale po co mam o tym pisać, w sieci jak grzyby po deszczu pojawiają się blogi piwne, ja jestem aktualnie fanem tego.
Dość marudzenia, napisze wam o trunkach białoruskich. „Bulbasz. Nastojka miedowa z piercem” – popularne na wschodzie zestawienie smaków, ja go nie lubię, w ogóle nie widzę połączenia miodu z alkoholem poza miodem pitnym, uważam że sama „piercowka”, czyli „pieprzówka” (ale nie chodzi o pieprz tylko ostre papryczki) jest wystarczająco dobrym wynalazkiem. Ale ta akurat okazała się mało słodka, miód nie zdominował smaku, podniesiony kciuk pana na etykiecie ma sens. „Balsam czarodiej” – po tym obiecywałem sobie dużo, lubię balsamy, a najbardziej te, które są mocne i mają dobrze dobrane zioła – przedawkowanie daje oniryczne odloty. Na etykiecie Czarodzieja jest taka lista ziół, że znałem z nich może ze dwa, zapowiadało się świetnie. Zawartość niestety zdumiewa – bardzo słodki napój o wyraźnym smaku kawowym. Nie do picia w dużej ilości, a ja wypiłem dużo. No ale zapijałem piercowką, więc jakoś to przeżyłem.. „Nastojka biełowieżskaja” – bitter o mocy 43%, trochę słodyczy, dość dziwny zestaw ziół, mimo obecności żubrów na etykiecie nie wyczułem kumaryny. Ujdzie, choć cena lotniskowa 7 EUR – stanowczo przesadzona. Wszystko to przekombinowane, masowe podróbki niezłych rzemieślniczych pomysłów, sądziłem, że produkty białoruskie będą jednak bardziej „root”. takie są niestety skutki kupowania alkoholu na lotnisku.sobota, 20 września 2014
Co pił Antonio Gaudi?
Zapewne pił niewiele, bo od kiedy został architektem, wiódł coraz bardziej ascetyczne życie, więc alkoholu zapewne nie nadużywał. Mój wyjazd do Barcelony miał być w pewnym sensie podążaniem śladami Gaudiego, bo będąc szczylem zobaczyłem film „Zawód reporter”, a w nim sceny filmowane we wnętrzach i na dachu jakiejś casa Gaudiego, zrobiło to na mnie wtedy takie wrażenie (casa, film, pani Schneider, zagubiony Nicholson?), że zdecydowałem się zobaczyć dom na żywo. I to był błąd. Zdecydowanie polecam filmy dokumentalne, pocztówki, albumy, w końcu internet. Nie oglądajcie Gaudiego na żywo. W ogóle nie oglądajcie w Barcelonie niczego, za co trzeba zapłacić (z nielicznymi wyjątkami, ale ponieważ nie jest to blog podróżniczy, nie będę was zanudzał szczegółami). Jeśli pieniądze zamiast na bilety wstępu przeznaczycie na alkohol, macie szanse upić się wielokrotnie do nieprzytomności – w zasadzie macie szanse w ogóle nie trzeźwieć.Tym razem skorzystałem z pośrednictwa Wimdu – to strona niemiecka specjalizująca się w wynajmowaniu lokali w dużych miastach. Tanio, mieszkania nie są dostępne na innych stronach, polecam. Wybrałem lokal nieopodal Sagrada Santa Familia – dokąd w końcu nie poszedłem – ale wybór był dobry, dzielnica w miarę cicha, w miarę bez turystów, w miarę dobrze skomunikowana ze wszystkim (o to w BCN nietrudno). Przylatującym radzę na lotnisku odwiedzić sklep wolnocłowy, zorientujecie się, co będzie można kupić w ostatni momencie podróży. Kasjerem może się okazać Polak, od siedmiu lat mieszkający w Barcelonie (pozdrawiam!). Sklep jest wielkości wszystkich sklepów na Okęciu razem wziętych. Ceny takie jak w sklepach w BCN (ale są też promocje), czyli sporo taniej niż na Okęciu (tam czerwony wędrowniczek kosztuje 80 zł za litr!).
Pora wrócić do meritum. Co pić:
Napoje bezalkoholowe: woda mineralna Vichy Catalan – wysokozmineralizowana, podobna do Borjomi, w Warszawie (np. w sieci Warus) dostępna po 10 zł za litrową butelkę, w BCN za 1 €! Świetna na rano. Liczne napoje o smaku cytryny, najmniej słodki i najbardziej gazowany jest Kas, kosztuje grosze, dobry do zapijania taniej brandy.
Piwo i cydr: olbrzymi barceloński browar Damm robi kilka piw, królują lagery (ale są też koźlaki i piwa ciemne, także radlery), wszędzie jest flagowa Estrella. Ale jest też najtańszy model, Xibeca, dostępna tylko w litrowych szklanych butlach. Kiedy w latach 60-tych podrożało wino, to piwo miało je zastąpić przy obiadowym biesiadowaniu. Kosztuje 1 €, w Polsce dostępne jest po 10 zł (np. sieć Alma). To są siki, ale całkiem niezłe. Wyższa barcelońska półka to Moritz, też lager, ale z lepszym bukietem i smakiem, tylko małe butelki i puszki, sześciopak kosztuje 4,50 €, więc ceny jak w Polsce. Jest San Miguel, ale po co pić piwo z Madrytu, skoro smakuje tak samo jak te z BCN? Podobno jest tylko jeden browar restauracyjny, są też tap bary, ale mnie najbardziej interesował mainstream, czyli nie to co piją hipsterzy, ale to co piją emeryci. Cydr występuje głównie w wersji „natural” – zero cukru, zero gazu, cierpki aż wykręca gębę, mętny, z osadem – taki lubię najbardziej, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdy gustuje w takich kwachach. Od 2 € za butelki szampańskie (pewnie można znaleźć tańszy), w Polsce (np. sklep El Catador w Warszawie) – 20 zł.
Wino: Katalonia to stolica cavy, jest jej mnóstwo, ale co najważniejsze w sklepie za 2 € kupujecie towar pijalny! W Warszawie trudno dostać taki za 30 zł. Ja uwielbiam bąbelki, wiec wypijałem sobie taką cavę na śniadanie i to mnie doskonale ustawiało na cały dzień. Co do win klasycznych to w sklepach króluje rioja, i tu znowu zaskoczenie. Za 2 € kupujecie pijalne wina czerwone i białe! W zasadzie ceny win kończą się na 6 €. Nie kupujcie win koncernowego Torresa, jest relatywnie drogi (5,5 €), a jest z tych win najbardziej przemysłowy, zresztą jeszcze niedawno w Lidlu był dostępny właśnie za 20 zł. No cóż, w porównaniu z Włochami to jest raj wina! No dobrze, a co z winami niemarketowymi? Co ze słynnym prioratem, jedną z dwóch hiszpańskich apelacji DOQ, w Polsce trudno dostępnym w cenie poniżej 100 zł? W specjalistycznych sklepach kupujecie go od 7 €! Kupiłem np. białego priorata Les Brugueres, 92 punkty u Parkera, najwyżej ocenione przez niego białe wino hiszpańskie (chyba wcześniejsze roczniki niż 2013) – za 12 €! Wino super, ale cena jeszcze bardziej.
Mocne trunki: Szok! Lubię brandy, a tu litrowe butelki od 8 €. Co prawda to są jakieś potanione wynalazki, mają tylko 30%, ale czuć prawdziwą wytrawną brandy w prawdziwej beczce (no dobra, to były wióry), no i są prawie wytrawne. Kilka wiodących marek, Soberano, Veterano (ta nazwa mi się szczególnie spodobała) i inne. Generalnie im lepsza jakość tym moc rośnie, ale rośnie też cena. Kupiłem 10-letniego Torresa (38%), jak dla mnie za dużo tej beczki w nim było, polecam na lotnisku litrowa butelkę 5-letniego w promocyjnej cenie 11 €. Wypijałem wieczorkiem prawie całą butelkę brandy, a rano tylko Vichy Catalan (wymowa katalońska „vici” – z twardym „ci”), Kas z puszki, trochę Xibeki, cava i spokojnie mogłem iść zwiedzać Muzeum Picassa (ten łobuz podarował Barcelonie jakie odpady, kretyńskie wariacje na temat „Las Meninas” Velazqueza, a jak się nudził Velazquezem to malował kaczki za oknem). Chyba poza brandy nie ma mocnego lokalnego trunku – ale to mi zupełnie wystarczyło. (Jest Crema Catalana, ale to słabiutki likier, już lepiej sobie kupić kremowe ciastko z tym czymś w nazwie.)
Gdzie kupować: jest masa sieci marketowych, wybierajcie te hiszpańskie, z większych Mercadona, z mniejszych na przykład Dia, ale tak naprawdę nie ma to znaczenia, wybór i ceny są podobne, lepiej po prostu znaleźć sklep większy niż mniejszy. Byłem w Lidlu, takiej poruty nie widziałem – polskie Lidle są dużo lepsze niż barcelońskie, unikajcie tego jak choroby wenerycznej. Jak chcecie poszukać czegoś z wyższej półki, musicie znaleźć sklep specjalistyczny, to wcale nie jest łatwe. Większość z nich jest mała, a dużych wcale nie ma dużo. Najważniejszym jest Vila Viniteca [http://www.vilaviniteca.es/en/home], ale jak dla mnie to miejsce wydawało się za bardzo rozreklamowane. Przypadkowo znalazłem super sklep przy starówce – nazywa się Tesi, to chyba nazwisko właścicielki. Sporo wina, mocnych alkoholi (z całego świata), piwa, cydry. Naprawdę solidny wybór – w dodatku nie mają strony www i nie mówią po angielsku, czyli pracują dla swoich, a nie dla turystów. Mieści się to na ul. Princessa 55, zaraz przy granicy starówki. Niestety nie mam zdjęcia wnętrza, bo jak przychodziłem po flaszki to byli otwarci, ale jak przychodziłem zrobić zdjęcie to już nie byli – więc dołączam zdjęcie żaluzji i szyldu. Jak pisałem ostatnia deska ratunku to lotnisko – duży wybór, rozsądne ceny. Rozglądałem się za czymś mocnym, obsługa przy każdym trunku o mocy zbliżonej do 40% ostrzegała, że to strasznie mocne, więc na złość znalazłem najmocniejszy alkohol – Ruavieja (Aguardiente de Orujo) – czyli po prostu galicyjską grappę. Kamionkowa butelka sugerowała beczkę (niesłusznie, orujo się nie starzy), a w środku była najbardziej śmierdząca grappa, jaką piłem. Tak jakby ktoś destylował same pestki. Ale w sumie ciekawe doświadczenie. Pewnie w sklepie na Princessa kupiłbym coś bliższego modelowemu orujo, czyli okolice 50%.Gdzie pić: Takiej ilości barów nie widziałem. Nawet sklepy czy cukiernie okazują się być na zapleczu barami. Od dużych do tak małych, że mieści się w nich na stojąco 5 osób (więc reszta stoi na ulicy z kieliszkami w rękach). Zdecydowanie trzeba szukać tych nieturystycznych, rozrzut cen jest spory, im więcej turystów, tym drożej. Piwo podają w wersji małej, średniej i dużej – ta ostatnia to półlitrowy kufel, jego cena wyniesie od 3 do ponad 6 €. Ale nie wszystkie knajpy mają kufle, większość klientów woli piwo w małych pokalach. Wino i mocne alkohole leją „na oko”, czasami po zamówieniu kieliszka wina zostawią butelkę na stole, sugerując samoobsługę (nie liczcie na komunikację po angielsku, ale generalnie nie ma z tym najmniejszego problemu). Wino kosztuje od 1,5 € za kieliszek, brandy to ok. 3 €. Nie jest tanio, ale za to można zamówić ciekawe przekąski, ja na przykład zjadłem miskę świńskich uszu.
Ludzie: Miałem okazję zobaczyć ich niemało, bo 11-tego września manifestowali przywiązanie do niepodległości Katalonii. Zjechało się do BCN prawie dwa miliony osób, okazało się, że manifestacja polega na odstaniu kilku godzin na ulicach. Rozczarowanie, zero pijaństwa, zero awantur.
PS: Widzicie na zdjęciu z butelkami Koskenkorva Salmiakki? Poprzedni wynajmujący lokal pozostawili wypełnioną w połowie butelkę na stole. To fińska 32% wódka z dużą domieszką lukrecji – czarna jak smoła i anyżkowa jak diabli. Całkiem smaczna, niniejszym chciałem podziękować za ten miły prezent.
niedziela, 7 września 2014
Czy człowiek-pijak wytrzeźwiał?
Wakacje w Polsce są nudne jak flaki z olejem - wędrówki po Żabkach, Biedronkach, Polo i Kauflandach w poszukiwaniu czegoś pijalnego to nie jest ulubiona rozrywka człowieka-pijaka (choć jak się wydaje, większość narodu się tam nie nudzi, a może po prostu pułap cenowy jest adekwatny do stanu portfeli). Jeszcze trochę cierpliwości, jeszcze tylko kilka dni urlopu i wracam do pisania (nie, wbrew tytułowi nie porzuciłem picia).
czwartek, 24 lipca 2014
Co piła wdowa Clicquot?
Szampana? To na pewno, ale przecież świetnie wiecie, że tam gdzie uprawia się winorośl, produkuje się też mocne alkohole – destylaty z wina, destylaty z wytłoczyn winogronowych, często też bazujące na nich likiery. No więc poszedłem pod prąd potocznym skojarzeniom i chciałem się napić czegoś wyprodukowanego w Reims – stolicy szampana – ale czegoś mocniejszego. Szampana produkuje się go w setkach winnic, ale w samym Reims jest tylko osiem domów szampańskich, więc wybór nie był trudny. Można pójść do najsłynniejszych: Veuve Clicqout, Mumm czy Taitinger, można odwiedzić niewielkie i słabiej znane. Zdałem się na stronę tripadvisor.com, jak wrzucicie do jej wyszukiwarki nazwy poszczególnych domów, możecie przeczytać recenzje odwiedzających. Okazało się, że stosunek ceny do ilości proponowanego poczęstunku najlepszy jest w najmniejszych domach (zdziwieni?), padło więc na Martel i Lanson. Warto wcześniej skontaktować się z domem telefonicznie, okazało się, że w weekendy Martel odpoczywa (nie wiem jak w wakacyjnym szczycie, dowiadujcie się). Lanson ma swoje winnice w Epernay, to miasto jest centrum uprawy szampańskich winorośli, samo w sobie jest ciekawe, poza tym winnice można zwiedzać, pewnie warto tam pojechać. Sama wizyta w domu i jego piwnicach wypadła przednio, a co najważniejsze do degustacji podano cztery szampany, a w sklepie były dwupaki w cenach dwukrotnie niższych niż sklepowe. No i clou programu – w sklepie był też marc (czyli grappa) wyprodukowany przez Lansona. To ważne, bo zakupy w sklepach były zaplanowane na niedzielę, a jak się okazało w niedzielę to katolickie miasto oddaje się wizytom w katedrze i kościołach, a nie handlowi (a jest gdzie chodzić na mszę, w katedrze Rems koronowano prawie wszystkich królów Francji). Więc wizyta u Lansona uratowała plan. A sama grappa była jak dobrze starzony owocowy destylat – to są rejestry w których przestaje się odróżniać, czy w beczkę nalano destylat z wina czy z wytłoków. Cena zarówno brandy jak i grappy to 20 EUR za 0,7 l., ratafię można kupować za 10 EUR. Za te pieniądze dostaniecie produkty najwyższej jakości, nie wydawajcie więcej.
środa, 9 lipca 2014
Co pił Tomasi di Lampedusa?
Lubię te miejsca, w których już byłem – że zacytuję klasyka. Więc po czterech latach ponownie odwiedziłem Cefalù na Sycylii. Możecie przypomnieć sobie moje wpisy z tamtego czasu – to same początki tutejszego blogowania. Co się zmieniło? Po pierwsze lokalizacja. Chciałem znowu pojechać z biurem podróży do hotelu Santa Lucia e le Sabbie d’Oro, ale oba biura za pokój z oknem na morze zażądały horrendalnego dodatku – ok. 400 zł (przy cenie wyjazdu 2300). Wkurzyłem się, kupiłem bilet i przez stronę booking.com wynająłem apartament w samym centrum starówki. Finansowo wychodzi to mniej więcej tak samo, plusem jest lokalizacja i pełna swoboda, minusem konieczność przygotowywania posiłków (ale za to można szykować posiłki z lokalnych świeżych produktów). Wiadomości alkoholowe uporządkuje w konkretne działy.Alkohole mocne. Teoretycznie są jakieś lokalne, ale zarówno w sklepach jak i w barach jako sycylijskie proponują kalabryjskie. Próbowałem standardowego włoskiego zestawu: grappy, amara, sambuki i jedyny produkt z Sycylią w nazwie: limoncello. To jest południe, tu pije się głównie alkohole słodkie i bardzo słodkie, jak się chce czegoś wytrawnego to trzeba sobie kupić w sklepie Fernet-Branca. Z wódek czystych króluje Russkij Standard. Chętni mogą w sklepach kupić spirytus (z czegoś przecież to limoncello trzeba zrobić) w cenie 40 zł za pół litra – a więc tak samo jak w Polsce. Głównie degustowałem amara: wygrało północne Ramazzotti (z Mediolanu), potem było kalabryjskie Averna, przegrało (też kalabryjskie) Vecchio Amaro del Capo – nieznośnie słodki ulepek.
Wino. Sycylia ma swoje znane wina, ale na wyspie nie pije się go dużo. Wśród czerwonych króluje lokalny szczep Nero d’Avola i jego kupaże, jest też lokalne nerello mascalese, z białych catarratto i inzolia. Rozczarowaniem były wina białe – dolna półka niepijalna, sam owoc bez kwasu, po prostu kompoty. Może to kwestia klimatu? Żeby spożyć coś pijalnego trzeba zerknąć na półkę średnią. Wina czerwone generalnie pijalne, nie było specjalnej wpadki. Polecić mogę z czystym sumieniem produkty Abbazia Santa Anastazia – winnicy w okolicach Cefalu, można ją zwiedzać, oraz sporego producenta, Planeta, posiadającego winnice na całej Sycylii, produkującego m.in. jedyne sycylijskie wino klasy DOCG, czyli Cerasuolo di Vittoria. W sklepach są też wina z Włoch kontynentalnych, ale po co?
Piwo. Sprzedawane w butelkach 0,66 lub 0,33 l, króluje lager, a dokładnie pilsner. Moretti, Poretti, Castello, Nastro Azzurro, Dreher i kilka innych. Poprawne, niczym się niewyróżniające, ale w porównaniu z polskimi świetne. Nie widziałem, żeby sprzedawano lane. Konkurencją jest kilka lagerów niemieckich, zwłaszcza Becks, ale to piją tylko tubylcy. Na rynku króluje heinekenowskie Moretti, na zdjęciu w telewizorze w tle właśnie leciała jego reklama. Można je dostać w Polsce, ale zdecydowanie lepiej smakuje na Sycylii.
Napoje niealkoholowe. Pisałem już o dziwacznych bitterach w małych buteleczkach, okazuje się, że w sklepach jest tego masa. Kilkanaście rodzajów, kupiłem San Pellegrino o smaku chilli, okazało się takie jak inne, słodko-gorzki ulepek nienadający się do samodzielnej konsumpcji.
Gdzie i za ile. Zdecydowanie hipermarkety. Jest ich w tej miejscowości około 10, każdy z innej sieci, sieci zagranicznych nie widziałem (w Palermo jest spory Carrefour). Ja tym razem obstawiłem Deco. Duży wybór wszystkiego, niskie ceny. Mocne alkohole od kilku EUR, piwa 0,66 l w cenie 1–1,70 EUR, wina od 2 EUR. Czerwone pijalne były w cenach od 4 EUR, białe od 7. W specjalistycznych sklepach z winami większy wybór, ale też większe ceny. Trzeba się liczyć z wydatkiem 10 EUR za butelkę. Jeśli chcecie ją wypić na miejscu to wraz z talerzem lokalnych przystawek kosztuje 20 EUR. Polecam winebar La Trinacria w okolicach portu. Zakupy na lotnisku – przesiadki są w Rzymie, tam jest masa sklepów, ale te liczne z alkoholem tak naprawdę to jeden, więc wszędzie jest to samo. Za 15 EUR możecie kupić litrowego ferneta albo grappę, więc warto. Na lotnisku w Palermo jest jeden sklep, wybór średni, nie polecam. Pić można oczywiście w knajpach, i to okazał się dobry wybór. Kieliszek czegoś mocnego kosztuje 3 EUR, ale Włosi nalewają setkę, więc tanio. Miła obsługa, właściciel knajpki Cafe 188, którą nawiedzałem, specjalnie dla Polaków sprowadził Żubrówkę (jest na drugim zdjęciu) – ale też łatwo mu było wytłumaczyć, że nie po to przyjechaliśmy na Sycylię, żeby ją pić. Co chwilę darmowe poczęstunki, w tym marsala, która smakuje jakby ją wyżęto ze starej bielizny. Nikt się nie upija, więc mój przerób zrobił wrażenie, a moje zamiłowanie do amaro wyraźnie się Sycylijczykom podobało. W Palermo w małej ulicznej knajpce Cafe Cartari do dużego piwa Moretti dostałem miskę domowych chipsów, podanie zamówionego kieliszka białego wina (znakomitego) okazało się całym rytuałem przynoszenia butelki, otwierania, próbowania. Do wina zestaw zakąsek: oliwki, orzeszki, prażona kukurydza. I to wszystko przy stoliku na środku uliczki z warsztatami kaletniczymi. Za 7 EUR!Ludzie. Cały sekret tych sytuacji tkwi w mentalności Sycylijczyków. To południe (pamiętajcie o sjeście, choć w Palermo w zasadzie jej nie ma), tu ludzie są zawsze gotowi, żeby ci pomóc czy z tobą po prostu porozmawiać. Chcesz zrobić dobre wrażenie – naucz się kilku słów po włosku (np. birra nazionale grande), zamawiaj włoskie napoje, na ulicy poproś o lody w bułce – od razu cię polubią. Ja ich też, tak więc w przyszłym roku Sardynia albo Toskania.
PS. Niektóre piwa włoskie można dostać w Polsce. Moretti (but. 0,66 l w cenie ok. 8 zł) bywa w Almie, Simply i w sieciowych delikatesach, w Lidlu jest Poretti (puszka 0,5 l za 2,70 zł) i Castelli (but. 0,33 za 2,50). Moretti jeszcze się wybroni, pozostałe dwa to słomkowy płyn pozbawiony piany i smaku. Albo działa syndrom wakacyjny - wszystko wypite na miejscu smakuje lepiej niż po powrocie w domu - albo Carslberg leje różne płyny pod tą samą etykietą. W Lidlu jest też grecki Mythos (puszka 0,5 za 2,70 zł), i tu znowu to samo - pamiętam to piwo jako co najmniej pijalne, a teraz sjest co najwyżej pijalne.
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Co pije Ojciec Mateusz?
Jestem już po wakacjach, za kilka dni relacja z wyjazdu na Sycylię, ale teraz krótki wpis o Sandomierzu. Pojechałem tam na Czas Dobrego Sera (czyli IV Ogólnopolski Festiwal Nieskończonych Form Mleka, nazwa mocno na wyrost), dwudniowa impreza na rynku jest w zasadzie niewielkim targiem produktów regionalnych. Dziesięć stoisk producentów sera, cztery winnice, cydr Ignaców, soki Maurera, miody Jarosa, browar Cornelius – i tyle. Skoro niecałe dwie godziny wystarczyły na zwiedzenie stoisk i zakupy, to miałem dużo czasu na przetestowanie sandomierskiego wyszynku. Byłem w około 10 miejscach, to co najmniej połowa barów, kawiarni i restauracji położonych na starówce. Mieszkaniec dużych miast jest rozpuszczony rosnąca modą na różne kulinarne przybytki – od foodtrucków (fe, chyba jadłobusów!) po restauracje z gwiazdkami Michelina, a wśród nich dużo miejsc, gdzie można wypić coś mocniejszego i zagryźć to smaczną przekąską. Ta moda do Sandomierza nie dotarła, podejrzewam, że wymusił to turystyczny klient, taki, który wpada tam na obiad i znika na zawsze. Klient lokalny nie żywi się na starówce i koło się zamknęło. A efektem tego jest porażka. Dwa jej przykłady to Flisak i Pod Ciżemką – ale wybrane tylko dlatego, że miejsca te zwyciężyły w konkursie pt. zakąska. Otóż w pozostałych lokalach po prostu nie ma zakąsek. Do każdego kieliszka możecie sobie zamówić obiad (przemilczę standardowe menu, żebyście dotrwali do końca wpisu), czyli do butelki możecie zamówić 10 lub 12 i pół obiadu. Flisak miał zakąskę – śledzia w dwóch wersjach. W oleju był starym zwiędłym kawałkiem śledzia w starym śmierdzącym oleju. W śmietanie był starym zwiędłym kawałkiem śledzia w niezłej i raczej świeżej śmietanowej pierzynce. Wódki krajowej nie było, była zagraniczna, w 50-tkach (sukces!), ale zabrakło kieliszków, więc nalewana była w kieliszki 25-gramowe. Na zdjęciu widać jak wyglądała realizacja zamówienia. Dałem Sandomierzowi jeszcze jedną szansę i Pod Ciżemką zamówiłem śledzia „trzy smaki”. To są trzy identyczne kawałki starego zwiędłego śledzia z trzema dodatkami. Przebojem była cebula – smażona (!), stara, wyglądała jakby ktoś zdjął ją z kotleta, którego nie dojadł klient trzy dni temu. Były buraczki (poznałem wyłącznie po kolorze) i coś trzeciego, ale to nie miało koloru, a smakowało jak śledź, wiec nie wiem co to było. Jeden rodzaj polskiej wódki, za to nalewanej do 40-tek. Żeby być sprawiedliwym, był też tatar, świeży, spory, w cenie przeciętnego obiadu. Byłem bliski kupienia w sklepie spożywczym lokalnego smalcu, zrobienia sobie z nim kanapek i spożycia tego gdzieś na ławce. Ale po prostu poszedłem do lodziarni, zamówiłem czystą wódkę z tonikiem i tak przetrwałem. Koszmar.
PS. Miód Sandomierski jest tak naprawdę miodem od Jarosa tylko z ceną dwukrotnie wyższą, jedynym lokalnym trunkiem są wina, w tym słynne już z Winnicy Płochockich. Butelki do nabycia w kilku sklepach, cena 50 zł.
PS. Miód Sandomierski jest tak naprawdę miodem od Jarosa tylko z ceną dwukrotnie wyższą, jedynym lokalnym trunkiem są wina, w tym słynne już z Winnicy Płochockich. Butelki do nabycia w kilku sklepach, cena 50 zł.
środa, 4 czerwca 2014
Co piją na Majdanie
Jak pomóc Ukrainie i Ukraińcom? Minister Sikorski przebąkuje o zniesieniu wiz. Znam rozwiązanie prostsze, a zadowolonych będzie zresztą więcej. Zlikwidować korupcję po polskiej stronie granicy. Niech celnicy hurtowo pobierający od Ukraińców po 25$ zostaną przesunięci do bardziej odpowiedzialnych zadań, można ich zresztą przebrać w mundury rosyjskie i zrzucić z samolotów w centrum Kijowa. Zadowoleni będą Ukraińcy przekraczający granicę, obywatele IIPRL, bo ich granica stanie się szczelniejsza (choć może palacze kontrabandy nie będą tak zadowoleni), oraz mieszkańcy UE, bo odzyskają spory kawałek swojej granicy lądowej. O korupcji w urzędach konsularnych przemilczę, przecież piszemy tu o rzeczach przyjemnych. Ukraińcy tęsknią za Polską, bo tu korupcja jest dwa razy mniejsza (celnik ukraiński bierze 50$), a my możemy być dumni, bo po 25 latach od czegoś tam (nie wiem czego, informacje są sprzeczne) mamy korupcję mniejszą niż na Ukrainie. Co prawda dystans się zmniejsza, ale w produkcji czekoladowych orłów jesteśmy na pierwszym miejscu.
Nie jesteśmy niestety na żadnym jeśli chodzi o produkcję wódki. Królują stare marki (część wymarła), ale ich jakość niska (przy biedronkowej cenie trudno się dziwić), nowe produkty pojawiają się tylko na wysokich półkach – jak np. U’luvka. W tym czasie Ukraińcy zaleli rynek światowy wódkami Nemiroff, a potem Chortyca (średniej jakości, ale lepszymi od polskich). Ja zarekomenduje Pierwak – wódkę żytnią. Charakterystyczna kwadratowa butelka zamykana jak oranżada, coś à la krachla. Jeśli nazwa nie wystarczy, to na etykiecie jest duży napis „pierszowo peregonu”. To raczej na skalę przemysłową niemożliwe, ale diabeł tkwi w szczegółach. Otóż jest to mieszanka spirytusu luks, spirytusu zbożowego z pierwszej destylacji i spirytusu z miodu lipowego. Niezły miks, ale się sprawdza – wódka jest smaczna, z bardzo wyraźnym aromatem zbożowym. No i jaka przyjemność z lektury kontretykiety – nie zawiera GMO (tu niestety przegrywamy konkurencje z Ukrainą w kwestii podawania tej informacji), podana jest wartość kaloryczna, zawartość białka, tłuszczu i węglowodanów, jest data przydatności do spożycia, temperatura przechowywania i lista osób, którym odradza się spożycie: młodzież do 18-tego roku, kobiety w ciąży, w podeszłym wieku, sportowcy, alergicy, osoby z przeciwwskazaniami o charakterze medycznym i zawodowym. Nie załapałem się na szczęście do żadnej kategorii.
Nie jesteśmy niestety na żadnym jeśli chodzi o produkcję wódki. Królują stare marki (część wymarła), ale ich jakość niska (przy biedronkowej cenie trudno się dziwić), nowe produkty pojawiają się tylko na wysokich półkach – jak np. U’luvka. W tym czasie Ukraińcy zaleli rynek światowy wódkami Nemiroff, a potem Chortyca (średniej jakości, ale lepszymi od polskich). Ja zarekomenduje Pierwak – wódkę żytnią. Charakterystyczna kwadratowa butelka zamykana jak oranżada, coś à la krachla. Jeśli nazwa nie wystarczy, to na etykiecie jest duży napis „pierszowo peregonu”. To raczej na skalę przemysłową niemożliwe, ale diabeł tkwi w szczegółach. Otóż jest to mieszanka spirytusu luks, spirytusu zbożowego z pierwszej destylacji i spirytusu z miodu lipowego. Niezły miks, ale się sprawdza – wódka jest smaczna, z bardzo wyraźnym aromatem zbożowym. No i jaka przyjemność z lektury kontretykiety – nie zawiera GMO (tu niestety przegrywamy konkurencje z Ukrainą w kwestii podawania tej informacji), podana jest wartość kaloryczna, zawartość białka, tłuszczu i węglowodanów, jest data przydatności do spożycia, temperatura przechowywania i lista osób, którym odradza się spożycie: młodzież do 18-tego roku, kobiety w ciąży, w podeszłym wieku, sportowcy, alergicy, osoby z przeciwwskazaniami o charakterze medycznym i zawodowym. Nie załapałem się na szczęście do żadnej kategorii.
niedziela, 11 maja 2014
Co pije Islam Karimov
Nie wiemy nawet czy coś pije, bo skoro 83% mieszkańców Uzbekistanu to muzułmanie, to może on jest niepijący (zresztą z takim imieniem chyba mu pić nie wypada)? Ale z alkoholem nie jest tam tragicznie, można go kupić bez problemu, trzeba tylko wiedzieć, żeby szukać go w sklepach specjalistycznych (napis „vodka” na szyldach powinien wystarczyć do ich odnalezienia), bo w zwykłych spożywczakach nie ma. Nie ma też na lotniskach, wiec lepiej zaopatrzyć się wcześniej. W Uzbekistanie robi się wino, niestety głównie słodkie, z pijalnych polecam „Marwarid”, „Omar Chajam” czy „Tulia-kandoz”. Są balsamy, czyli bittery – np. „Bucharo” czy „Samarkandskij”. Najlepiej jednak jest kupować koniaki – „Bucharo”, „Uzbekistan”, „Samarkand” czy „Staryj Samarkand”. Na zdjęciu średnia półka, „Samarkand”. W smaku sporo czekolady, wanilii, miodu, trochę cytrusów, na początku trochę zaskakujący złożonością – coś w stylu greckich brandy, ale z jedną zasadniczą różnicą – jest wytrawny, tylko lekkie nuty słodyczy. Zdecydowanie do wypicia w dużych ilościach. Z etykiety wynika, że ma od 6 do 7 lat, oczywiście leżakowany w dębie. W Uzbekistanie najlepiej znać i angielski, i rosyjski, w zależności od tego z którym pokoleniem się chcecie porozumieć. Można też nauczyć się uzbeckiego, ale to nie będzie łatwe. „Alkogol mahsulotlarini me'yordan ortiq iste'mol qilish inson asab tizimi va ichki a'zolarining og'ir kasalliklariga olib keladi” – nie, to nie jest treść lokalnego toastu, to napis na butelce informujący o szkodliwości spożycia alkoholu. Butelka kosztuje ... 8 zł, najdroższy „Staryj Samarkand” około 15 zł. No i najlepiej wypić na miejscu, technika wyrobu korków na podobnym poziomie jak w Izraelu, są one zrobione ze sztywnego niedopasowanego do szyjki plastiku, wszystkie butelki zabrane do bagażu lotniczego przeciekały.
Przy okazji brandy – pojawił się w Polsce nowy produkt bułgarski, dystrybuuje go firma Domain Menada. Ich portfolio to spora półka stacji benzynowej, ale o dziwo mają tam także brandy Asbach. Nowością jest Brandy Belizza – obła półlitrowa butelka 40%, cena w okolicach 25 zł. Smak czekolady, czekolady i jeszcze więcej czekolady, no i nieznośna słodycz. Jakby ktoś rozpuścił słodką czekoladę w wódce. Brrr...
Przy okazji brandy – pojawił się w Polsce nowy produkt bułgarski, dystrybuuje go firma Domain Menada. Ich portfolio to spora półka stacji benzynowej, ale o dziwo mają tam także brandy Asbach. Nowością jest Brandy Belizza – obła półlitrowa butelka 40%, cena w okolicach 25 zł. Smak czekolady, czekolady i jeszcze więcej czekolady, no i nieznośna słodycz. Jakby ktoś rozpuścił słodką czekoladę w wódce. Brrr...
piątek, 25 kwietnia 2014
O tych, co odeszli (2)
Wódki czystej pije się w Polsce coraz mniej, na jej miejsce wskoczyły trunki kolorowe – wódki aromatyzowane i whisky. Efektem tego jest upadek części mniejszych gorzelni, zniknięcie z rynku kilku marek, spadek jakości niektórych (zakładam możliwość, że producent mierząc się ze wzrostem akcyzy, a nie chcąc podnosić ceny, obniża jakość). Co robić w tej sytuacji? Na przykład nic, czekać cierpliwie, aż nawiedzi was ktoś z prezentem, który odkrył gdzieś na pawlaczu. Tak oto stałem się właścicielem zabytkowej butelki wódki Metropolis (a więc mógłbym zatytułować ten wpis „Co pił Fritz Lang”). Wyprodukowano ją w 1999 roku w Warszawskiej Wytwórni Wódek „Koneser” na ulicy Ząbkowskiej. Wódkę produkowano tam od 1895 do 2007 roku, obecnie firma przeniosła się do Warki, wódka Metropolis jest tam nadal produkowana, z opisu na stronie wynika, że pochodzi ze spirytusów zbożowych i ziemniaczanych. Mój zabytek miał wyraźny smak zbożowy, opis wskazywał na spirytusy luksusowe, niestety ta nazwa jest myląca, bo dotyczy spirytusów i zbożowych i ziemniaczanych (np. w wódce Luksusowej, jednej z najbardziej znanych ziemniaczanych na rynku). W każdym razie obstawiam, że była to wódka zbożowa, smaczna, odradzałbym chłodzenie. Nie wiem jak smakuje jej dzisiejsza wersja, ale mogę być pełen obaw, niedawno kupiłem butelkę Wyborowej i to było coś okropnego. W ciągu roku-dwóch jakościowy zjazd ze średniej półki na samo dno. Na pocieszenie dobra wiadomość ze Strykowa. Krytycznie opisywałem produkty formy H2O Drinki, ale okazało się, że jest jeden godny polecenia. Potato Vodka Premium, jak nazwa wskazuje, to wódka ziemniaczana. Co prawda spirytus miał być czterokrotnie rektyfikowany (po co?), ale na szczęście czuć wyraźny smak ziemniaka, generalnie wódka jest niezła. Półlitrową butelkę kupiłem za jakieś 25 zł, to cena promocyjna, w sieci osiąga cenę 50 zł, czy warto tyle wydać, osądźcie sami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




